fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

„Rojst”: Niespełniona obietnica znakomitości

materiały prasowe
Recenzje pierwszych odcinków miniserialu „Rojst" były entuzjastyczne. Osadzona w latach 80. historia nie przypominała niczego, co polski widz mógł w ostatnich latach oglądać na małym ekranie. Co więcej, nieodbiegające od wysokobudżetowych zachodnich produkcji zdjęcia zdradzały duże ambicje twórców, aby stworzyć obraz na światowym poziomie. Niestety wywindowane przez cztery pierwsze odcinki oczekiwania przynoszą w finale duże rozczarowanie.

Widz ma poczucie przeładowania, chaosu i pośpiechu wynikającego z chęci poświęcenia wszystkim rozpoczętym wątkom odpowiednio dużo miejsca. Reżyser Jan Holoubek, chcąc stworzyć misterną wielowarstwową opowieść, sam zdołał się w niej zagubić.

Jesień, połowa lat 80. Anonimowe miasteczko na Ziemiach Odzyskanych. W niedalekim lesie znaleziono zwłoki prominentnego działacza partyjnego oraz prostytutki. Milicja szybko przekazuje oficjalną wersję do mediów i zamyka sprawę. Sprawca – konkubent zabitej kobiety – przyznaje się do morderstwa i znika zamknięty w zakładzie psychiatrycznym. Typowy scenariusz sprawy, w której nikomu nie zależy na wykryciu prawdziwych morderców. Historia przypomina tę opowiedzianą przez Macieja Pieprzycę w „Jestem mordercą" na podstawie autentycznej sprawy Zdzisława Marchwickiego, skazanego za morderstwa w pokazowym procesie pełnym nadużyć i manipulacji prokuratury oraz służb. Pieprzyca opowiedział o interesach partii, zakulisowych działaniach SB,...

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA