fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Teatr

Marzy mi się rewia o Violetcie Villas

Małgorzata Potocka w warszawskim Teatrze Sabat na Foksal
materiały prasowe
Założycielka Teatru Sabat Małgorzata Potocka mówi o prowadzeniu prywatnej rewii, trudnych chwilach i planach.
Od blisko 20 lat prowadzi pani Teatr Sabat. Skąd wziął się pomysł na taki teatr?
Z tęsknoty i wielkiej miłości. W pełnych szarości czasach PRL, podróżując po świecie z grupą Sabat, byliśmy trochę jak kolorowe ptaki. Docieraliśmy z występami do Paryża, Las Vegas, Wiednia, Londynu i Bangkoku – miejsc, w których czuliśmy się jak w bajce. Chciałam tamten świat przenieść tu, nad Wisłę. Pierwsza myśl o czymś własnym pojawiła się tuż po występach w Paryżu. Wtedy prowadziłam mały kabaret La belle epoque. I zamarzyłam, by kontynuować swą przygodę z Sabatem, ale bardzo długo szukałam miejsca dla naszych występów.
Adres na Foksal był od razu?
Patrząc na historię moich poszukiwań, można powiedzieć: do trzech razy sztuka. Na początku był klub Tango, z którym musiałam się rozstać. Bez uzgodnienia ze mną postanowili całkowicie zmienić jego profil. Potem przymierzałam się do dyrekcji Teatru Syrena, w którym przez lata występowałam z Sabatem. Konkurs wprawdzie wygrałam, ale dziwnym trafem władze wybrały kogoś innego. Wtedy traktowałam to jak porażkę, ale dziś myślę, że właśnie ulica Foksal stała się dla mnie przeznaczeniem. Ponieważ Teatr Polski planował rozbudowę swej siedziby przy ul. Karasia o nową scenę – wyprowadzono Scenę Kameralną z Foksal. Właściciel kamienicy szukał nowego najemcy. Wprowadziłam się do zrujnowanego miejsca, wymagającego pilnego remontu, ale z piękną tradycją.
Jakie cele stawiała pani przed sobą?
Chciałam nawiązać do najlepszych wzorców teatru rewiowego, do przedwojennych kabaretów, choć wiedziałam, że to będzie walka z wiatrakami.
Dlaczego w Polsce teatr rewiowy jest niszowy?
Wciąż żyjemy w epoce dyktatury telewizji. Nie bez przyczyny ktoś powiedział, że to, czego nie pokażą w telewizji, po prostu nie istnieje. I tak jest właśnie z teatrem rewiowym. Telewizja w ogóle go nie pokazuje, więc w powszechnej świadomości on nie istnieje. I dopiero kiedy ktoś pojawi się u nas, przeciera oczy ze zdumienia, że jest taki teatr, w którym choć na jeden wieczór można się poczuć jak w lepszym, elegantszym, kolorowym świecie.
Czym przyciąga pani widzów?
Kilku dyrektorów teatrów mówi, że ich placówka to coś więcej niż teatr, ale myślę, że to hasło najpełniej realizuje się właśnie w Sabacie. Można tu przyjść o 19.30 na sam spektakl, ale można też pojawić się godzinę wcześniej, by z bliską osobą lub partnerem w biznesie porozmawiać podczas eleganckiej kolacji. Po spektaklu zaś bawić się niemal do rana, tańcząc na scenie przy muzyce na żywo i piosenkach śpiewanych przez naszych artystów. Po pierwszej wizycie widzowie chętnie do nas powracają, zapraszają przyjaciół, znajomych.
Jeździcie po Polsce?
Tak. Wprawdzie spektakle wyjazdowe kończą się zawsze owacją na stojąco, ale nie jest to łatwe przedsięwzięcie, bo w niemal każdym przedstawieniu wykorzystujemy ok. 200 kostiumów. Pakowanie tego wszystkiego, potem rozpakowywanie, jest uciążliwe, a poza tym konieczna jest garderoba usytuowana przy scenie, bo wszelkie „przebiórki" nie mogą trwać dłużej niż dwie minuty.
Radzicie sobie bez dotacji.
Nie mamy wyjścia. Choć trudno mi to zrozumieć. Jesteśmy jedynym profesjonalnym teatrem rewiowym w Polsce. W swoich programach nawiązujemy do najlepszych światowych tradycji. Na scenie nasi artyści prezentują największe szlagiery polskie i światowe, jeden z naszych programów nawiązywał do przebojów polskich kabaretów, do barwnego klimatu dawnej Warszawy. Uważam, że propagujemy polską kulturę, a nie możemy liczyć na wsparcie państwowego mecenasa.
Występowaliście w Brukseli z okazji święta Unii Europejskiej i podkreślano, że macie najlepsze tancerki w Europie.
I proszę sobie wyobrazić, że ten wyjazd sfinansowała Unia Europejska, a nie Polska. Co do naszych artystów to naprawdę jestem z nich dumna. Każda premiera poprzedzona jest kilkoma miesiącami prób i ciężkiej pracy.
Obywa się pani bez udziału celebrytów?
Oni najchętniej wpadliby tu na ostatnią chwilę, pomijając miesiące prób. A ja tego nie akceptuję.
Przyjęła pani zwycięzcę show „Twoja twarz brzmi znajomo".
Bo Marek Molak normalnie uczestniczył w próbach i nie był tym, który chce iść na skróty. Bardzo się z tego cieszymy, bo świetnie wkomponował się w zespół, który mozolnie tworzę od lat.
Każdy wasz występ jest dość kosztowny. Opłaca się?
Liczymy na współpracę z prywatnym biznesem. Wiele firm po przekroczeniu naszych progów, widząc magię tego miejsca chętnie urządza tu swoje eventy, jubileusze, programy, a scenariusze swoich programów dostosowujemy w takich przypadkach właśnie do tych firm.
Decydując się na poprowadzenie prywatnego teatru, musiała pani z wielu rzeczy zrezygnować.
W życiu odradzałam się kilkakrotnie. Kilka razy śmierć zaglądała mi w oczy. Pamiętamy przygodę na porwanym przez terrorystów statku „Achille Lauro", gdzie naprawdę żegnaliśmy się z życiem. Potem był pobyt w Kenii, kiedy wybuchła rewolucja. Ostatnio – kilka lat temu – czekała mnie bardzo niebezpieczna operacja – niebezpieczna, ale umożliwiająca normalne życie. Wierzę więc w opiekę Opatrzności i moje dzieło życia – Sabat. To mnie trzyma przy życiu.
Chyba wierzy pani w przeznaczenie.
A jakże by inaczej. Czy pan wie, że jako kilkuletnia dziewczynka przyszłam z mamą na eliminacje do dziecięcego spektaklu. Reżyser przyglądał się, jak tańczę, i powiedział mamie: „Pani córka jest bardzo utalentowana, ten talent trzeba rozwijać". I wie pan, gdzie odbyła się ta rozmowa? Na scenie przy Foksal, gdzie dziś prowadzę Teatr Sabat. Jak tu nie wierzyć w przeznaczenie? Słynna Hanka Bielicka, która grała u nas na inaugurację, życzyła mi: „Niech to miejsce będzie twoim szczęściem i przyniesie ci sukces".
W tym tygodniu jest ostatnia okazja, by odwiedzić was przed wakacjami, a co po wakacjach?
Przygotowujemy wielką galę na jubileusz dwudziestolecia teatru, a potem rewię musicalową z największymi przebojami światowych musical. Ale od lat marzę o zrobieniu spektaklu o Violetcie Villas. Była wielką światową artystką, która nie do końca wykorzystała swój niesamowity potencjał, ale też sporo ludzi robiło wszystko, by tak się stało. Znałyśmy się jeszcze z czasów Syreny. Wiedziała, że mam teatr, rozmawiałyśmy o wspólnych planach, ale choroba je przekreśliła. W Teatrze Sabat z pewnością znalazłaby swój dom.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA