fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Unijna armia leci na F-35

Bruksela, 19 listopada. Prezydent Francji Emmanuel Macron i król Belgów Filip wraz z małżonkami – Brigitte i królową Matyldą
AFP
Prezydent Macron chce wspólnej europejskiej obrony. Nawet jeśli powstanie, to przez dekady będzie miała amerykańskie myśliwce.

Anna Słojewska z Brukseli

Francuski przywódca był w poniedziałek i wtorek z wizytą państwową w Brukseli. To pierwsza taka wizyta od 1971 roku, mimo że między oboma krajami istnieją niezwykle ścisłe więzy.

Zanim przyjechał i spotkał się z królem Filipem, Pałac Elizejski zdecydował się wydać oficjalny komunikat o tym, że decyzja rządu Belgii o zakupie amerykańskich myśliwców jest jego suwerennym wyborem. To było konieczne, żeby uroczystości przebiegały w dobrej atmosferze.

Trzy warunki, trzy oferty

Belgijski rząd już w 2014 roku postanowił o wymianie floty myśliwców dla belgijskiej armii, a przetarg rozpisał w marcu 2017 roku. Obecnie Belgowie latają na amerykańskich F-16, ale potrzebne są nowe. Warunki były trzy. Nowe maszyny muszą należeć do najlepszych dostępnych na rynku, cena musi być konkurencyjna, a dodatkowo oferent powinien zaangażować belgijski przemysł. Każdy z tych punktów miał przypisaną wagę, odpowiednio 57, 33 i 10 proc.

Od początku liczyły się trzy oferty: amerykański F-35 koncernu Lockheed Martin, brytyjski Typhoon produkowany w konsorcjum Eurofighter z Niemcami, Hiszpanami i Włochami, oraz francuski Rafale koncernu Dassault. Przy czym ten ostatni formalnie w przetargu nie wytrwał, bo Francuzi uznali, że jest on źle rozpisany. Pozostało zatem dwóch oferentów, z których wybrano Lockheed Martin. Stawka wysoka, bo to 3,6 mld euro na początek, a w sumie w czasie 40 lat trwania kontraktu kwota wyniesie 15 mld euro.

Nie do wybaczenia

Nic dziwnego zatem, że wybór dokonany przez rząd premiera Charlesa Michela wywołał duże poruszenie, ale w dyskusji bynajmniej nie podważano oferty amerykańskiej od strony wojskowej. Chodzi o wielką politykę.

Francja nie może wybaczyć Belgii, że ta wybrała ofertę amerykańską zamiast francuskiej, i to tym bardziej w czasach, gdy USA rządzi Donald Trump, a Europa na poważnie przymierza się do wspólnej polityki obronnej, której elementem ma być większa synergia w przemyśle wojskowym. Tym bardziej że Bruksela, podobnie jak Paryż, zawsze była w awangardzie stolic forsujących wojskową integrację UE, nawet w kontrze do Amerykanów. Jej wybór jest więc dla Francji obrazą.

Prezydent Macron wprost powiedział, że to „wbrew interesom europejskim", a dziennik „Le Monde" pisał o tym, jak to „Belgia, kraj założyciel UE, ze swoją stolicą Brukselą, siedzibą unijnych instytucji, w sprawach wojskowych wykonuje rozkazy amerykańskie".

Zresztą krytyka płynęła także z wewnątrz, bo Belgia, inaczej niż Polska, nie darzy USA nieograniczoną sympatią, szczególnie w erze Trumpa. A do obrony europejskiej rzeczywiście podchodzi bardzo ambitnie. Georges Dallemagne, deputowany chadecki, oświadczył, że wybór F-35 to „katastrofa dla strategicznej suwerenności UE oraz dla europejskiego i walońskiego (Dallemagne reprezentuje Walonię w parlamencie federalnym – red.) przemysłu obronnego". Krytycy tej decyzji zarzucali premierowi Michelowi, flamandzkiemu liberałowi, że uległ namowom swojego koalicjanta, czyli flamandzkiego nacjonalistycznego ugrupowania N-VA.

Zwolennicy wskazują na przewagę oferty amerykańskiej. A Francuzom przypominają, że Belgia nie jest pierwszym krajem, który ją uznał. Bo F-35 wybrali Brytyjczycy, Włosi, Holendrzy, Duńczycy, a inni poważnie rozważają jego zakup. Właściwie każdy kraj, który w swoim zamówieniu zażyczyłby sobie myśliwca zdolnego do przenoszenia ładunków nuklearnych w ramach misji NATO, musiałby optować za F-35.

Kluczowi Brytyjczycy

– Wolałbym kupić europejski samolot zamiast amerykańskiego – mówi „Rzeczpospolitej" Sven Biscop, ekspert belgijskiego think tanku Egmont. – Ale F-35 to najbardziej zaawansowana obecnie maszyna i nie ma odpowiednika na europejskim rynku – dodaje.

Belgia musi zatem kupić F-35, a jednocześnie zgłasza akces do programu FCAS (ang. Future Combat Aircraft System), który ma stworzyć europejski myśliwiec najnowszej generacji. Wersja testowa miałaby być gotowa w 2025 roku, a bojowa w 2040 roku. FCAS to inicjatywa brytyjsko-francuska, otwarta dla partnerów przemysłowych z innych krajów. Na razie jednak mamy do czynienia ze wstępnym etapem zaawansowania, a poprzednie próby współdziałania skończyły się niczym.

– Trzeba to zrobić, bo wspólna polityka obronna musi mieć własne europejskie myśliwce – uważa Biscop. Podkreśla jednak, że to wymagałoby porzucenia narodowych ambicji i skupienia się na jednym wspólnym projekcie. I to z udziałem nie tylko Francuzów i Niemców, ale także Brytyjczyków, których od końca marca 2019 roku już w UE nie będzie. – Bez Wielkiej Brytanii nie będzie to miało sensu. Potrzebna jest ich technologia, ich przemysł, no i ich zamówienia. Trzeba już myśleć o klientach – mówi ekspert.

Nowy myśliwiec to projekt realizowany na razie bez udziału UE. Ale Unia zdecydowała się na stworzenie tzw. PESCO, czyli stałej strukturalnej współpracy w dziedzinie obrony. Kraje łączą siły w różnych projektach wojskowych, na liście w ciągu roku od stworzenia PESCO wpisano ich już 17. Polska uczestniczy w pięciu, ale obecny na spotkaniu ministrów obrony w Brukseli Mariusz Błaszczak wyraźnie podkreślał, że unijna obrona nie może być konkurencją dla NATO. I że Polska popiera PESCO, ale nie jest zwolenniczką stworzenia europejskiej armii, bo nie takie są cele UE. To skromniej niż przywódcy Francji i Niemiec, dla których celem, choć odległym w czasie, jest właśnie europejska armia. Emmanuel Macron mówił wprost, że mogłaby ona bronić UE przez Rosją.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA