fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Społeczeństwo

Franciszek przegrał w swojej ojczyźnie

Argentyna. Obejmujące się, szczęśliwe kobiety
AFP
W środę nad ranem argentyński Senat przegłosował prawo do przerywania ciąży do 14. tygodnia. To symboliczna cezura w 500-letniej historii katolicyzmu w Ameryce Łacińskiej.

„Każda odrzucona osoba jest dzieckiem Boga" – pisał jeszcze we wtorek tuż przed rozpoczęciem debaty w izbie wyższej parlamentu papież. Ale senatorów nie przekonał. I następnego dnia konstatował ze smutkiem: „wszyscy żyjemy przede wszystkim dlatego, że ktoś chciał dla nas życia".

Zwycięstwo zwolenników legalnej aborcji było zdecydowane. Opowiedziało się za nią 38 senatorów przy 29 głosach przeciwnych i jednym wstrzymującym (w głosowaniu nie mógł wziąć udziału 90-letni były prezydent Carlos Menem, zwolennik utrzymania dotychczasowych przepisów: jest w śpiączce). Dwa tygodnie wcześniej jeszcze większe poparcie liberalizacja uzyskała w izbie niższej parlamentu.

Całą noc na placu w Buenos Aires, przy którym stoi budynek Kongresu, stał gęsty tłum. Ale podzielony na dwie części. Po jednej stronie „zielona fala" – złożony przede wszystkim z młodych kobiet ruch feministyczny. Po drugiej „niebiańscy" – Argentyńczycy wierni Kościołowi. Gdy wynik już był przesądzony, ci pierwsi zaczęli tańczyć, drudzy rozeszli się ze smutkiem.

Kraj podzielił się jednak nie tylko po linii pokoleniowej. O ile za zniesieniem zakazu aborcji było kosmopolityczne Buenos Aires, o tyle już nie prowincja, szczególnie na północy kraju.

Tę cywilizacyjną przepaść będzie teraz bardzo trudno zasypać. O jej głębi świadczy choćby debata w Senacie. – Gdy się rodziłam, kobiety były nikim. Nie miały prawa głosować, rozwodzić się, dziedziczyć, studiować. Teraz odzyskują godność – przekonywała 71-letnia Silvia Sapag.

– Oczy Boga patrzą na każdego z nas. Błogosławią tych, którzy chronią życie, a potępiają tych, którzy zabijają niewinnych. I mówię to nie ja, ale Biblia, na którą wszyscy składaliście przysięgę – odpowiedziała Maria Belem Tapia.

Największy dziennik kraju, „Clarin", triumfował: „Argentyna stała się trochę bardziej sprawiedliwa. Dołączyła do cywilizowanych narodów świata, które nie widzą w kobietach przedmiotów stworzonych do rodzenia".

Zdaniem organizacji feministycznych każdego roku dokonywano pół miliona nielegalnych zabiegów aborcji. Od przywrócenia 38 lat temu demokracji w ich wyniku zmarło ok. 3 tys. kobiet.

Inicjatywa prezydenta, peronisty Alberta Fernandeza, przeprowadzenia tak fundamentalnej zmiany cywilizacyjnej w środku pandemii jest jednak równie kontrowersyjna, co zaostrzenie w tym samym czasie prawa do aborcji w Polsce czy legalizacja eutanazji w rządzonej przez socjalistów Hiszpanii. Jest częścią szerokiego programu reform rozpoczętego po porażce wyborczej w 2019 r. liberała Mauricia Macri, który pozostawił Argentynę w zapaści. W kraju, który na początku XX wieku należał do ścisłej czołówki rozwiniętego świata, a dziś spadł do poziomu rozwoju Białorusi, Fernandez i wiceprezydent Cristiną Fernandez de Kirchner starają się rozwijać pomoc socjalną i renegocjować dług z MFW. Liberalizacja aborcji ma przyciągnąć młody elektorat, mimo iż gospodarka w tym roku załamie się o 11 proc., a inflacja już przekroczyła 35 proc.

Jest to też wynik trwającego od wielu dekad osłabienia wpływów Kościoła nie tylko w Argentynie, ale całej Ameryce Łacińskiej. Franciszek, który po decyzji Senatu najpewniej zawiesi planowaną wizytę apostolską w ojczyźnie, utrzymywał bliskie relacje z prezydentem. Jako arcybiskup Buenos Aires był też niezwykle popularny, w szczególności z uwagi na rozwiniętą przez niego pomoc dla najbiedniejszych (w mieście i reszcie kraju Kościół prowadzi tysiące punktów z darmową żywnością). A jednak Fernandez okazał się głuchy na argumenty Ojca Świętego w tak fundamentalnej sprawie i odwołał obowiązujący od 1921 r. zakaz przerywania ciąży.

Do tej pory aborcja w Ameryce Łacińskiej była legalna tylko na komunistycznej Kubie, w malutkiej Gujanie oraz mającej status departamentów zamorskich Gujanie Francuskiej, a także zamożnym Urugwaju. Argentyna staje się więc pierwszym dużym krajem kontynentu, który poszedł tą drogą. Ale zapewne nie ostatnim, bo i poza nim wpływy Watykanu słabną. O ile jeszcze w 1970 r. 92 proc. Latynosów uważało się za katolików, o tyle teraz ten współczynnik spadł do 59 proc. Pozostali dzielą się równo po połowie: 1/5 postawiła na protestantyzm i tyleż uważa się za agnostyków lub ateistów. Zdaniem waszyngtońskiego instytut Pew 81 proc. osób, które przechodzą do innych Kościołów chrześcijańskich, „szuka bezpośredniego kontaktu z Bogiem".

Swoją rolę odegrały też skandale pedofilskie i korupcyjne, a także bliskość Watykanu z autorytarnymi reżimami, zanim przyszła do Ameryki Łacińskiej wielka, demokratyczna fala w połowie lat 80. Siedem lat pontyfikatu Franciszka to za mało, aby taką spuściznę przezwyciężyć.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA