fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Społeczeństwo

Ameryka Łacińska w ogniu

Kolumbijska policja pacyfikuje protesty. Kryzys obejmuje już niemal całą Amerykę Łacińską
AFP
Od czwartku w wielu miastach Kolumbii narasta fala protestów. W Bogocie wprowadzono godzinę policyjną.

– Musieliśmy powstrzymać falę przemocy. Niszczone są sklepy, infrastruktura publiczna. To nie są żadne pokojowe manifestacje – tłumaczy burmistrz Bogoty Enrique Penalosa. Na razie w starciach zginęły trzy osoby. Jednak w mediach społecznościowych pojawiło się szereg filmów pokazujących, że za wieloma aktami przemocy stoi policja.

Opozycja uważa, że konserwatywny prezydent Ivan Duque chce zdyskredytować ruch protestu i usprawiedliwić jego pacyfikację. To nie był pierwszy przypadek użycia siły przez przywódcę kraju.

– Duque, który został wybrany w ubiegłym roku, zapowiadał, że zerwie zawarte w 2016 r. porozumienie pokojowe kończące 50-letnią wojnę domową z marksistowskimi Rewolucyjnymi Siłami Zbrojnymi Kolumbii (FARC). Na to co prawda nie pozwolił Trybunał Konstytucyjny. Jednak władze tolerują narastanie przemocy, w wyniku której w ostatnim roku zostało już zamordowanych niemal 500 działaczy społecznych – mówi „Rzeczpospolitej" Daniel Zovatto, Chilijczyk i jeden z najpoważniejszych znawców Ameryki Łacińskiej.

0,2 proc. wzrostu

Juan Manuel Santos, poprzednik Duque, w rozmowie z CNN tłumaczy jednak, że Kolumbia stała się tylko kolejnym krajem, który padł ofiarą głębokiego kryzysu obejmującego już niemal całą Amerykę Łacińską.

– Frustracja jest ogromna. Ludzie szukają więc radykalnych rozwiązań – uważa Santos.

Zbieżność buntów w wielu krajach już dała upust teoriom spiskowym. Mówi się, że manifestacje podburza przywódca Wenezueli Nicolas Maduro, aby odwrócić uwagę od własnego kraju, gdzie musi stawić czoła uznawanemu przez cały Zachód za prezydenta liderowi opozycji Juanowi Guaido.

– Wszystko idzie zgodnie z planem – oświadczył sam Nicolas Maduro.

Jeśli taki plan faktycznie istnieje, to jego rola w wybuchu fali protestów jest jednak znikoma. Kontynent ma bardzo realne problemy. Do pewnego stopnia stał się ofiarą własnego sukcesu. W przeciwieństwie do Rosji czy Chin, od trzech dekad przytłaczająca większość państw latynoskich zdołała nie tylko wybić się na demokrację, ale także ją umocnić. Temu sukcesowi towarzyszył wyjątkowy rozwój gospodarczy: tylko w latach 2003–2013 średnie tempo wzrostu PKB Ameryki Łacińskiej osiągnął 3,5 proc. rocznie, a tacy lewicowi politycy jak brazylijski prezydent Lula da Silva zdołali przez rozbudowę programów socjalnych wyrwać z nędzy 100 mln osób, które zasiliły szeregi klasy średniej.

Model ekonomiczny oparty o eksport surowców załamał się jednak, gdy wraz ze spowolnieniem chińskiej gospodarki popyt i ceny na latynoską ofertę się załamały. Zdaniem MFW w tym roku wzrost gospodarczy kontynentu wyniesie ledwie 0,2 proc.

– Ludzie, którzy raz dobili do klasy średniej, mają rozbudowane aspiracje i niełatwo o nich zapomną. Tym bardziej że dzięki powszechnemu dostępowi do internetu Latynosi są o wiele bardziej świadomymi obywatelami – tłumaczy Santos.

Zmiany strukturalne

Chile w ostatnich tygodniach pokazało, jak zapalną mieszankę wszystko to tworzy. Wystarczyła podwyżka o 30 pesos (4 amerykańskie centy) cen biletów metra w Santiago, stolicy jednego z najbogatszych krajów kontynentu, aby wybuchły gwałtowne starcia z policją. Prezydent Sebastian Pinera nie zawahał się wyprowadzić czołgi na ulicę: liczba ofiar śmiertelnych już sięgnęła 20 osób.

To może mieć głębokie skutki. Amerykański miesięcznik „Foreign Affairs" cytuje sondaż, który pokazuje, że demokracji ufa już tylko 57 proc. mieszkańców kontynentów, najmniej od obalenia dyktatur wojskowych.

Latynosi nie zgadzają się jednak, jaka miałaby być recepta na przełamanie obecnych problemów. Wiedzą tylko, że zmiany muszą być radykalne. W Brazylii, która nie tylko wychodzi z jednego z największych kryzysów gospodarczej w historii, ale gdzie afera „Lava Jato" („Pralka") pokazała ogromną skalę korupcji, a Rio de Janeiro awansowało do grupy najbardziej niebezpiecznych miast świata, wyborcy w ub.r. wybrali na prezydenta nieznanego skrajnie prawicowego Jaira Bolsonaro. W tym samym czasie w Meksyku ten urząd objął mocno lewicowy Andres Manuel Lopez Obrador.

– Łączy ich jedno: to politycy, którzy rządzą twardą ręką – mówi Zovatto.

Ten brak rozeznania, jaką drogą iść do przodu, dobrze widać w Boliwii, skąd po 14 latach rządów uciekł kilka dni temu do Meksyku pierwszy prezydent, w którego żyłach płynie indiańska krew – Evo Morales. Gdy został po raz czwarty wybrany w głosowaniu, w którym odnotowano wiele nieprawidłowości, konserwatywna opozycja nie bez racji zarzuciła mu tendencje autorytarne. Ale z powodu programów socjalnych, które pozwoliły wyrwać z nędzy miliony mieszkańców Boliwii, Morales wciąż pozostaje bardzo popularny w ogromnej części społeczeństwa. Jego następczyni, tymczasowa szefowa państwa Jeanine Anez, która chce ciąć programy pomocowe, staje więc wobec coraz większej fali protestów.

Ale w tę niedzielę mieszkańcy Urugwaju szykowali się do pchnięcia kraju w zupełnie odwrotnym kierunku, niż to robił Morales. Przez 15 lat lewica doprowadziła tu do poważnego zadłużenia, bo wraz ze spowolnieniem wzrostu nie ograniczyła wydatków socjalnych. Dlatego w chwili zamykania tego wydania „Rzeczpospolitej" wydawało się, że nowym prezydentem zostanie zwolennik zaciskania pasa, kandydat prawicy Luis Lacalle Pou.

W sąsiedniej Argentynie wyborcy kilka tygodni wcześniej postawili na przeciwny kierunek. Po czterech latach rządów liberała Mauricia Macri do władzy wrócili peroniści: Alberto Fernandez, a przede wszystkim jako wiceprezydent Christina Fernandez de Kirchner. Gdy w latach 2007–2015 była ona prezydentem kraju (wcześniej od 2003 r. głową państwa był jej mąż Nestor Kirchner), swoją protekcjonistyczną polityką doprowadziła Argentynę na skraj bankructwa. Jednak nadmierna ostrożność Macri zniechęciła inwestorów i zmusiła Buenos Aires do zawarcia z MFW drastycznego programu oszczędności, aby zapobiec bankructwu państwa.

– Ameryka Łacińska potrzebuje głębokich zmian strukturalnych. Tego się nie da zrobić w krótkim czasie. Ale wyborcy jeszcze o tym nie wiedzą. Liczą na cudowne rozwiązania – mówi Daniel Zovatto.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA