fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Społeczeństwo

Epidemia w Niemczech: Nikt nie umarł w wielkiej rzeźni

Po towar do rzeźni Tönniesa znowu przyjeżdża mnóstwo ciężarówek. Szlachtuje się tu teraz 16 tys. świń dziennie
Rzeczpospolita/ Jerzy Haszczyński
Łatwo i szybko zapomniano o masowym zakażeniu koronawirusem. Wątpliwe, by wpłynęło na wyniki wyborów w najludniejszym landzie.

Z powodu wybuchu epidemii w zakładach króla kiełbas i kotletów Clemensa Tönniesa ponad 600 tys. ludzi w dwóch powiatach doświadczyło w czerwcu drugiego niemieckiego lockdownu. Firma, do której należy największa rzeźnia w UE, przeżyła katastrofę wizerunkową, jej właściciel stał się wrogiem publicznym numer 1. 

Wiele wskazuje jednak na to, że dzięki koronawirusowi polepszy się los pracujących w jego zakładach gastarbeiterów, w tym Polaków.

Rzeczpospolita

Pół życia przy taśmie

Całe Niemcy dowiedziały się, jak pracownicy ze wschodu są wykorzystywani przez pośredników i w jak nieprzystających do XXI wieku warunkach często mieszkają.

– Nawet po sześciu w jednym pomieszczeniu, jedna kuchnia na pięć–sześć pokoi. Tam, gdzie mieszkał mój mąż, powstawiano łóżka piętrowe, jak w koszarach czy więzieniu. Nic nie remontowano, tłumacząc, że Polacy i tak nie dbają, bo to pijacy, nie ma co w nich inwestować – opowiadała mi w sierpniu Polka, która już od kilku lat nie pracuje u Tönniesa, ale nadal mieszka w Rheda-Wiedenbrück, gdzie się znajduje wielka rzeźnia.

Inna, też już była pracowniczka, tak opisywała mi swoją pracę: – Byłam na drugiej zmianie, zaczynaliśmy o 14, wracałam do domu nawet po czwartej w nocy. Przez półtora roku nie dostałam żadnego dodatku za pracę w nocy, za święta, nigdy za cokolwiek, słychać było, że biuro dostawało, pracownicy stojący przy taśmie – nie.

Normalne umowy

Tönnies stał się symbolem tego, jak się wykorzystuje ludzi – obcokrajowców, by Niemcy mieli w supermarketach tanie mięso i wędliny. Gdy nazwisko właściciela pojawiło się na okładce najważniejszego tygodnika „Der Spiegel” z dopiskiem „miejsce zbrodni”, sieci handlowe prześcigały się w zapewnieniach, że już nie współpracują z jego koncernem. Jedne – jak podawały niemieckie media – wspominały o wycofaniu wszystkich produktów Tönniesa, inne, że tylko tych z największej rzeźni w Rheda-Wiedenbrück, gdzie wybuchła epidemia.

Teraz już nic z tego buntu handlowców nie pozostało. Rzecznik Tönniesa, Andreas Vielstädte, podkreśla wręcz, że żaden klient nie zrezygnował z produktów tej firmy. Była po prostu przerwa w dostawach do sklepów, gdy zakład z powodu epidemii nie pracował.

Jak informował „Rzeczpospolitą” Vielstädte, w sierpniu rzeźnia szlachtowała 16 tys. świń dziennie. W ostatnich miesiącach przed pandemią 20 do 25 tys., a zgodnie z pozwoleniem mogłoby trafiać pod nóż 30 tys. (precyzyjniej: zwierzęta najpierw oszałamiane są dwutlenkiem węgla).

Najważniejsze zmiany wymusiła opinia publiczna i politycy, którzy zaczęli pracować nad nowymi zasadami pracy w przemyśle mięsnym. W zakładach zatrudniających powyżej 49 pracowników wszyscy będą musieli mieć normalne umowy, a nie odpowiednik śmieciowych zawieranych na dodatek z pośrednikami.

Koncern Tönniesa nie czeka, aż ustawa zostanie przegłosowana. Zapewnia, że do 1 stycznia 2021 roku sam podpisze umowy z gastarbeiterami, uzyskają zarobki jak Niemcy, będą mieli urlopy i nie będą się musieli obawiać wziąć zwolnienie, gdy przytrafi się choroba.

Rheda-Wiedenbrück, 50-tys. miasto, z którego pochodzi i w którym ma największy zakład król kiełbas i kotletów Clemens Tönnies
jerzy haszczyński

Stygmatyzowani

13 września w Nadrenii Północnej-Westfalii, najludniejszym niemieckim landzie (17,3 mln mieszkańców), odbędą się wybory komunalne – starostów, rad miejskich i gminnych, burmistrzów. Na przełomie czerwca i lipca wściekłość na polityków z powodu zamieszania wywołanego koronawirusem w rzeźni i nowymi restrykcjami była tak duża, że trudno było sobie wyobrazić, że nie wpłynie ona na głosowanie. Wtedy bardzo ucierpiał także wizerunek premiera landu Armina Lascheta, marzącego o karierze na najwyższym stanowisku w całym kraju polityka chadeckiej CDU, ale on ma to szczęście, że wybory do landtagu mają się odbyć dopiero w maju 2022 r.

Lockdown prawie trzy miesiące temu objął dwa powiaty: Gütersloh i Warendorf, rzeźnia, w której doszło do masowych zakażeń, leży w tym pierwszym, niedaleko granicy drugiego. Oba są konserwatywne, dominuje w nich CDU. To na rządzących polityków zazwyczaj złorzeczyli zamknięci w domach mieszkańcy. I ci, którzy przeżywali upokorzenia, gdy próbowali wyjechać na urlop w inne regiony kraju. – Samochody z rejestracją powiatu Gütersloh (GT) były zatrzymywane, a pasażerom grożono lub ich obrażano – opowiadał mi szef lokalnego dziennika „Die Glocke” Frank Möllers. A od innego dziennikarza słyszałem, że mieszkańcy czuli się stygmatyzowani.

Czy przeciwnicy polityczni CDU wykorzystują tę wściekłość, którą wywołał tu dodatkowy lockdown? – Nie, na plakatach się do tego nie odnosimy, chcemy pozytywnej kampanii, a nie agresywnej. To raczej pasuje do partii radykalnych, z lewej czy z prawej strony. Nie chcemy też używać haseł typu „Koniec z Tönniesem” – mówił w sierpniu „Rzeczpospolitej” Thorsten Klute, szef socjaldemokratycznej SPD w powiecie Gütersloh, głównego rywala CDU.

Tönnies jest kojarzony z CDU, część mediów w regionie drukowała listę darowizn króla kotletów na rzecz tej partii, przez kilkanaście lat około 150 tys. euro.

Frank Möllers z dziennika „Die Glocke” uważa, że pandemia i lockdown spowodowały, że okazję do zaprezentowania się w kampanii mieli tylko ci, co rządzą. Czyli CDU.

Z tej partii jest też Theo Mettenborg, od 2009 r. burmistrz Rheda-Wiedenbrück, który w niedzielę walczy o reelekcję z dwoma rywalkami – z SPD i Zielonych. Miałem z nim całkiem długie spotkanie, ale nie pozwolił mi nagrywać rozmowy ani cytować, bo ma złe doświadczenia z mediami. Mogę przedstawić ogólne wrażenia: burmistrz Mettenborg jest pewny zwycięstwa, unika krytykowania wpływowych i możnych. Pochodzi z pogranicza Rhedy i Wiedenbrück, miast, które połączyły się w jedno w 1970, rok przed jego urodzeniem. Jego rodzice mieli gospodarstwo rolne, ale tam szlachtowano na użytek własny ledwie jedną świnię na rok, to było wielkie wydarzenie.

Tanio albo bezpiecznie

– Najbardziej się boję, że ludzie zapomną o kryzysie. Bo skoro nie ma już masowych zakażeń, to może nic nie trzeba zmieniać – mówi Thorsten Klute z SPD, mając na myśli stosunek do obcokrajowców, w szczególności gastarbeiterów z zakładów mięsnych. Oraz sprzeczność, którą w najtrudniejszym momencie, zauważyły miliony Niemców: nie można mieć wędlin tanich i zarazem zdrowych, wyprodukowanych w bezpiecznych warunkach i przez normalnie traktowanych pracowników.

Zapomnienie to już raczej fakt, sprzyjają mu dane o epidemii. Wirusa wykryto u 1400 pracowników (czyli co piątego). Ale nikt nie umarł, niewielu ciężko przechodziło chorobę. W połowie sierpnia w całym powiecie Gütersloh było poniżej stu zakażonych.

Co wiadomo o zakażonych pracownikach z Polski, których u Tönniesa jest około 2 tys. (oprócz tego 3 tys. Rumunów i 500 Bułgarów)? Dane są szczątkowe.

– Wśród zakażonych było co najmniej kilkudziesięciu Polaków. Wiem o pięciu, którzy trafili do miejscowego szpitala, miałem okazję z nimi rozmawiać. Według wstępnych informacji dodatkowa osoba miała trafić na oddział intensywnej terapii, ale szybko zweryfikowano, że nie ma to bezpośredniego związku z koronawirusem, a było jedynie przykrym wynikiem nieodpowiedzialnego zachowania tego Polaka podczas obowiązkowej kwarantanny – mówi „Rzeczpospolitej” Jakub Wawrzyniak, konsul generalny z Kolonii, który kilkakrotnie przyjeżdżał w czasie lockdownu do Rheda-Wiedenbrück.


Tekst powstał dzięki stypendium dziennikarskiemu Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA