fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Służby mundurowe

Armia sama się ochroni

MON skarży się m.in. na złe wyszkolenie i wyposażenie ochroniarzy, a nawet na to, że piją w pracy. – To incydentalne przypadki – odpowiada prezes Polskiej Izby Ochrony
Fotorzepa, Jerzy Dudek
MON bierze się do firm pilnujących jednostek wojskowych. Nadzór nad nimi przejmie żandarmeria, a ochroną zajmą się wkrótce sami żołnierze.

Objęcie firm ochroniarskich nadzorem przez Żandarmerię Wojskową zakłada przygotowany przez MON projekt nowelizacji ustawy o ochronie osób i mienia. To może być pierwszy krok do stopniowego usuwania z jednostek wojskowych tzw. specjalistycznych uzbrojonych formacji ochrony (SUFO).

Iluzja nadzoru

Projekt nowelizacji zakłada, że żandarmeria ma m.in. kontrolować uprawnienia pracowników, warunki przechowywania i ewidencjonowania broni i amunicji oraz sposoby użycia przez pracowników SUFO broni palnej.

Z dotychczas obowiązujących przepisów wynika, że nadzór nad firmami, które ochraniają jednostki wojskowe sprawuje szef MON. Pomysłodawcy zmian prawnych przyznają jednak, że nadzór „ma charakter iluzoryczny".

– Dzisiaj ustawa nie określa, że to właśnie żandarmeria ma sprawować nadzór nad tymi formacjami, chociaż w rzeczywistości od lat je kontroluje – tłumaczy nam Sławomir Wagner, prezes Polskiej Izby Ochrony.

W uzasadnieniu do projektu nowelizacji ustawy urzędnicy MON wskazują na patologie związane z ochroną obiektów wojskowych: „Dotyczą one braków w wyposażeniu i wyszkoleniu pracowników SUFO, naruszeń przepisów o czasie pracy mogących się odbić na jakości ochrony, a także nietrzeźwości w miejscu pracy".

– Takie przypadki są incydentalnie – broni środowiska Sławomir Wagner. Jego zdaniem głównym celem nowelizacji może być próba ograniczenia udziału prywatnych firm w ochranianiu jednostek.

I ma rację. W uzasadnieniu do nowelizacji znalazły się słowa o zamyśle „przejęcia przez Żandarmerię Wojskową pełnego nadzoru nad ochroną fizyczną w resorcie".

Czy to oznacza, że niebawem prywatne firmy przestaną ochraniać obiekty wojskowe? – Do tego dążymy – mówi nam Bartłomiej Misiewicz, rzecznik MON. Według niego ochronę przejmie wojsko, ale nie żandarmeria.

Dodaje, że w pierwszej kolejności wojskową ochroną zostaną objęte miejsca stacjonowania tych oddziałów NATO, które wzmocnią wschodnią flankę sojuszu. – Trwają w tej sprawie uzgodnienia, chcemy, aby zajęły się tym pułki ochrony – dodaje Misiewicz.

Takie jednostki wojskowe istniały w czasach PRL, a także w latach 90. Służyli w nich głównie żołnierze służby zasadniczej. Stopniowo je likwidowano i zastępowano firmami ochroniarskimi. Teraz Pułk Ochrony działa tylko w Warszawie. Kolejne powstaną być może jeszcze w tym roku.

Zamiast emerytów

Pomysł MON podoba się politykom i ekspertom. – SUFO nie są w stanie zapewnić bezpieczeństwa w przypadku ataku na obiekty infrastruktury krytycznej. Pracują tam głównie emeryci. Ci ludzie w każdej chwili mogą np. zrezygnować z pracy i zostawić bez ochrony broń, której mają pilnować – tłumaczy Anna M. Siarkowska (Kukiz'15), szefowa sejmowej podkomisji do spraw społecznych w wojsku.

Dr Cezary Tatarczuk, ekspert do spraw bezpieczeństwa z Uczelni Kwiatkowskiego w Gdyni nie ma wątpliwości, że ochrona jednostek przez samych żołnierzy będzie bardziej profesjonalna. – Żołnierze są lepiej przygotowani do służby, choćby dlatego, że muszą zaliczyć testy psychofizyczne. Są w stanie odeprzeć atak w sytuacji zagrożenia – dodaje. Jednocześnie zwraca uwagę, że przejęcie przez wojsko ochrony nad wszystkimi obiektami mogłoby być bardzo kosztowne dla państwa.

Z danych Komendy Głównej Policji wynika, że obecnie jest zarejestrowanych około tysiąca firm SUFO, a z danych MON – że zatrudnionych jest w nich ok. 7 tys. osób. Z informacji MON wynika, że SUFO ochraniają teraz 332 obiekty należące do Dowództwa Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA