fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sędziowie i sądy

Nowy młot na nowe czarownice - komentuje Mariusz Królikowski

Fotolia.com
Kampania antysądowa | Opowieści o sędziach nijak się mają do rzeczywistości.

Roku Pańskiego 1478 dwaj niemieccy dominikanie Heinrich Kramer i Jakob Sprenger opublikowali po raz pierwszy swe słynne dzieło „Malleus Maleficarum" („Młot na czarownice"). Traktat ten był chyba najpopularniejszym dziełem o czarach, czarownicach i sposobach ich zwalczania. Stał się bardzo popularnym w całej Europie podręcznikiem dla organizatorów polowań na czarownice, stosowanym w zasadzie aż do wieku XVIII, choć ostatnia „czarownica" została spalona na stosie w 1811 r. w Reszlu, o dziwo, na terenie oświeconego Królestwa Pruskiego.

Tematyka polowań na czarownice, choć już w znaczeniu przenośnym, nie wygasła bynajmniej wraz ze stosem reszelskiej mieszczki Barbary Zdunk. Była chętnie podnoszona i twórczo rozwijana przez polityków i ideologów różnych maści, od komunistów i faszystów po antykomunistów i antyfaszystów. Przykłady z historii najnowszej można mnożyć w nieskończoność.

A nuż przejedzie Timmermans

W ostatnich dniach idea polowań na czarownice powróciła niespodziewanie w kampanii medialnej przewrotnie zatytułowanej „Sprawiedliwe sądy". W roli czarownic zostali tym razem obsadzeni sędziowie i sądy. W roli młota na czarownice obsadziła się dotychczas bliżej nieznana Polska Fundacja Narodowa.

Była to spora niespodzianka, bo statutowym celem fundacji jest propagowanie dobrego wizerunku Polski za granicą. A prawdę mówiąc, trudno zgadnąć, jak może polepszyć wizerunek naszego kraju gorliwe wykazywanie, że jedna trzecia władz Polski to siedlisko niesłychanej wprost patologii. Państwo, w którym sądy są pełne bezkarnych przestępców w togach, w dodatku niezwykle leniwych, nie wzbudza wszak zaufania zagranicznych partnerów.

Równie zaskakujące jest to, że promocja wizerunku Polski ma polegać na puszczaniu spotów antyreklamowych w polskich kanałach telewizyjnych i wywieszaniu billboardów przy polskich drogach. Czyżby liczono, że programy obejrzą akurat cudzoziemcy ze znajomością języka polskiego? Albo że autostradą przy billboardzie będzie przejeżdżał Frans Timmermans? Autorzy kampanii zastrzegli jednak, że około połowy z 19 mln zł przeznaczonych na ten cel będzie wydanych na kampanię zagraniczną. Czyli jednak można się spodziewać, że już niedługo mieszkańcy Europy dowiedzą się, że od Polski lepiej trzymać się z daleka, bo w razie czego na sprawiedliwy proces sądowy nie ma tu co liczyć.

Płacimy my wszyscy

Jeszcze bardziej zaskakuje sposób finansowania tej kampanii antyreklamowej. Treści w niej przekazywane jednoznacznie wskazują, że mają uzasadniać trzy rządowe (częściowo wnoszone jako poselskie) projekty ustaw. Notabene musi dziwić, że w ogóle próbuje się bronić ustaw, które już zostały zawetowane i do których powrotu w pierwotnej postaci już nie ma. A jedna z nich weszła nawet w życie, więc tym bardziej nie ma powodu, by wydawać pieniądze na jej promowanie. Logiczne byłoby, by taka kampania odbyła się przed uchwaleniem tychże ustaw, a nie po zakończeniu procesu legislacyjnego.

Jeszcze bardziej musi dziwić, że kampania nie jest finansowania z pieniędzy partyjnych (co byłoby przynajmniej w pewnym zakresie zrozumiałe), lecz ze środków przekazanych Fundacji Narodowej przez największe państwowe spółki. Czyli przez każdego, kto kupuje benzynę, energię elektryczną, nawozy sztuczne, oszczędza pieniądze, gra na giełdzie albo jeździ pociągami. W dodatku chodzi o niebagatelną kwotę, zbliżoną do wysokości rocznej dotacji udzielanej z budżetu państwa partii rządzącej. Innymi słowy – gdyby partia rządząca chciała z własnych pieniędzy sfinansować swoją kampanię – musiałaby wydać na to całą roczną dotację.

Na pewno sytuacja, w której państwowe spółki przeznaczają duże kwoty na walkę z własnym państwem, uznać trzeba za kuriozalną. Nie można bowiem zapominać, że sądy i trybunały nie są jakimś ciałem obcym, lecz taką samą częścią władzy państwowej jak Sejm, Senat czy Prezydent. Ciekawe, jak zareagowaliby politycy, gdyby taka sama kampania została przeprowadzona przeciwko posłom, senatorom albo ministrom. A przecież w takim przypadku materiału na billboardy by nie zabrakło.

O merytorycznej zawartości kampanii powiedziano już wiele. Składa się ona ze zręcznych manipulacji i półprawd, które łącznie mają utwierdzić odbiorcę w przekonaniu, że sędziowie nader często orzekają niesprawiedliwie, są opieszali i w ogóle nie odpowiadają za swoje czyny. Konstatacja ta ma uzasadniać wprowadzenie przepisów w oczywisty sposób łamiących konstytucję, jak proponowane w „pakiecie Ziobry" skrócenie kadencji Krajowej Rady Sądownictwa czy też „opcja zerowa" w Sądzie Najwyższym.

Kwestia sprawiedliwości sądowych orzeczeń oczywiście może być dyskusyjna. Znaczna część osób wychodzących z sądów jest niezadowolona z wyroku. W sprawach cywilnych zwykle połowa, bo jedna ze stron wygrywa, a druga przegrywa. Przegrywająca na ogół uważa się za pokrzywdzoną i rzadko kiedy uznaje słuszność porażki. W sprawach karnych jest jeszcze gorzej – ponad 90 proc. spraw kończy się wyrokami skazującymi, więc niezadowolonych jest więcej. Nie od dziś wszak wiadomo, że więzienia pełne są niewinnych ludzi. Nie ma więc żadnego problemu, by relacjami osób uważających się za pokrzywdzone wypełnić tysiące billboardów i filmików antyreklamowych. Problem w tym, że w materiałach tych nie pojawia się ani stanowisko drugiej strony, ani tym bardziej stanowisko sądu. Widz pozostaje z przekonaniem, że komuś stała się krzywda, choć zna jedynie część prawdy.

Nie oznacza to oczywiście, że wszystkie orzeczenia są słuszne, a wszyscy niezadowoleni nie mają racji. Spośród 15 milionów spraw rozpoznawanych rocznie przez sądy z pewnością można znaleźć przykłady orzeczeń zaskakujących. W końcu mniej więcej co trzeci zaskarżony wyrok jest zmieniany lub uchylany w wyniku kontroli instancyjnej, co na ogół oznacza, że sąd odwoławczy przyznaje rację skarżącemu. Nie jest to jednak żaden argument za rewolucją w wydaniu ministra Ziobry. Co najwyżej można rozważać rozszerzenie możliwości wnoszenia kasacji w takich sprawach.

Wystarczy machnąć legitymacją

Drugi istotny element kampanii to rzekoma bezkarność sędziów za masowo popełniane przestępstwa i wykroczenia. Według flagowego spotu wystarczy machnąć legitymacją sędziowską i wszelkie problemy z prawem już sędziego nie dotyczą. Autorzy kampanii zebrali z mediów kilkanaście przykładów naruszeń prawa przez sędziów z ostatnich jedenastu lat (najstarsze dotyczy 2006 r.). Niestety, tylko w jednym podali, jak zakończyło się postępowanie wobec sędziego. W pozostałych milczą, pozostawiając odbiorcę w przekonaniu, że żadna odpowiedzialność sędziego nie spotkała.

Tymczasem, po sprawdzeniu poszczególnych spraw, okazuje się, że sędzia oskarżony o dokonaną w 2006 r. kradzież kiełbasy i jazdę w stanie nietrzeźwości został prawomocnie skazany i usunięty z zawodu, a dwa lata temu zmarł. Sędzia podejrzana o kradzież spodni okazała się osobą przeniesioną w stan spoczynku ze względu na problemy psychiczne. Sędzia podejrzany o kradzież 50 zł na stacji benzynowej został nieprawomocnie wydalony z zawodu. Zwykły obywatel dostałby za to mandat 200 zł, więc gdzie ta legendarna bezkarność?

Warto zauważyć, że nawet pozornie łagodne orzeczenie dyscyplinarne powoduje opóźnienie w osiąganiu kolejnych stawek awansowych i może oznaczać łączną stratę do kilkunastu tysięcy złotych. Zdaje się, że żadna grupa zawodowa nie ponosi tak dotkliwych konsekwencji naruszeń prawa, nawet w postaci drobnych wykroczeń. I nie znam żadnego przypadku, aby sędzia, któremu udowodniono przestępstwo, pozostał w służbie. Opowieści o sędziach nijak się mają do rzeczywistości.

Uczciwsi od średniej krajowej

Nie ma dokładnych statystyk dotyczących przestępczości wśród sędziów, ale już choćby z zestawienia prowadzonego na rzecz kampanii antysądowej wynika, że spośród kilkudziesięciu postępowań dyscyplinarnych prowadzonych rocznie przeciwko sędziom zdecydowana większość dotyczy przewinień służbowych jak nieterminowe pisanie uzasadnień. Tylko kilka postępowań rocznie – na grupę 10 tys. sędziów – dotyczy czynów zabronionych. Dla porównania – na 10 tys. obywateli przypada rocznie około 200 przestępstw.

Wynika z tego, że sędziowie są kilkadziesiąt razy uczciwsi od średniej krajowej i zupełnie absurdalne są twierdzenia o „bezkarnej kaście". I nie można z pewnością mówić o zamiataniu większości spraw pod dywan, bo od dwóch lat wykrywaniem przestępstw wśród sędziów zajmują się prokuratorzy i służby specjalne podległe ministrom Ziobrze i Kamińskiemu. Gdyby rzeczywiście przestępczość wśród sędziów była tak masowa, jak to się nam wmawia – na pewno byśmy o tym usłyszeli. Na razie od dwóch lat mamy kilka wykroczeń związanych z drobnymi kradzieżami i jedną wykrytą aferę gospodarczą z udziałem jednego sędziego (Sąd Apelacyjny w Krakowie). Właśnie w tej jedynej sprawie sądy dyscyplinarne wcale nie okazały się pobłażliwe – byłemu prezesowi z Krakowa uchylono immunitet i wyrażono zgodę na jego aresztowanie.

W telewizji pokazali...

Warto też wspomnieć statystyki dotyczące wykroczeń drogowych popełnianych przez osoby mające immunitet. Okazuje się, że parlamentarzyści popełniają te czyny trzykrotnie częściej niż sędziowie. A nikt nie mówi o „nadzwyczajnej kaście posłów", nie domaga się utworzenia specjalnej Izby Dyscyplinarnej dla parlamentarzystów, nie nawołuje też do rozwiązania z tego powodu Sejmu i Senatu.

Oczywiście i te nieliczne przypadki naruszeń prawa przez sędziów powinny być piętnowane i karane. I tak się dzieje. Sądownictwo dyscyplinarne działa dobrze i żadne rewolucyjne zmiany nie są tu potrzebne.

Z badań wynika, że za poważny problem społeczny jest uznawana korupcja wśród sędziów. Tak wskazuje aż 30 proc. respondentów CBOS. Tak też uważa wielu polityków, zwłaszcza partii rządzącej. Znamienna jest tu niedawna wypowiedź doradczyni prezydenta Zofii Romaszewskiej: „Wszyscy wiemy, że duża grupa sędziów była skorumpowana (...). Jest wielkie żądanie ludzi, żeby wyrzucić tych skorumpowanych sędziów".

To dość powszechne przekonanie o korupcji w sądach nijak się ma jednak do rzeczywistości. W ostatnich kilkunastu latach przypominam sobie tylko jedną sprawę dotyczącą łapówki w postaci pieniędzy i... ryb w galarecie. Sprawa ta (z 2008 r.) skończyła się prawomocnym skazaniem i usunięciem z zawodu. Innych spraw jakoś nie wykryto. I to nie tylko za czasów PO, ale także rządów Zbigniewa Ziobry i Mariusza Kamińskiego. A przecież trudno się spodziewać, że prawdziwa afera korupcyjna nie byłaby nagłośniona, skoro nagłaśnia się kradzież pęta kiełbasy sprzed jedenastu lat. Przy obecnym poziomie techniki ukrycie takiego masowego rzekomo zjawiska byłoby po prostu niemożliwe.

Skąd więc tak silne przekonanie o korupcji – nie wiadomo. Można jedynie spekulować, że z faktu, iż tylko 18 proc. badanych opiera swoje opinie na własnym doświadczeniu, a aż 54 proc. na doniesieniach medialnych.

Ostatnim głównym zarzutem kampanii antysądowej jest przewlekłość postępowań. Na ten problem wskazuje najwięcej, bo aż 48 proc. respondentów CBOS. Autorzy kampanii znaleźli nawet sprawę, która trwa 33 lata, aczkolwiek bazowali na notatce prasowej z 2012 r. i nikt nie sprawdził, czy rzeczywiście jest w toku.

Naturalnie trudno się nie zgodzić, że sprawy sądowe trwają za długo. Nie jest to jednak na ogół wina sędziów, tylko obowiązujących procedur, zbyt dużego wpływu spraw, niesubordynacji świadków czy celowego przewlekania przez strony.

Mało kto zdaje sobie sprawę, że na jednego sędziego w Polsce przypada dwukrotnie więcej spraw niż przeciętnie w Europie. Mimo to Polska pod względem długości postępowań zajmuje wcale nie ostatnie, tylko 12. miejsce na 25 państw Unii Europejskiej. Średni czas postępowania nie wynosi – jak próbuje się nam wmawiać – wiele lat, tylko pięć miesięcy. A 93 proc. trwa krócej niż rok.

Wobec zmasowanej kampanii medialnej sądy są praktycznie bezbronne. Nie mamy 19 mln zł na propagandę. Nie mamy na to nawet złotówki, bo nie taka jest rola sądów. Owszem, w sądach są rzecznicy prasowi. Jest sędzia Michał Laskowski, rzecznik Sądu Najwyższego, i sędzia Waldemar Żurek, rzecznik Krajowej Rady Sądownictwa. Są rzecznicy i zespoły medialne stowarzyszeń sędziowskich, np. SSP Iustitia. Wszystko to są jednak orzekający sędziowie, dla których występowanie w mediach jest zajęciem dodatkowym.

Brakuje scentralizowanego, złożonego z profesjonalistów zespołu do kontaktów z mediami, który mógłby w sposób właściwy i jednolity budować wizerunek sądów w mediach. Bo, jak już wspomniano, większość obywateli swoją wiedzę o sądach czerpie głównie z mediów. Niestety, żadna z dotychczasowych władz nie była zainteresowana stworzeniem takiej służby. Któż bowiem chciałby stracić ulubionego chłopca do bicia?

Trzeba podkreślić, że to do władzy wykonawczej należy właściwa dbałość o wizerunek państwa polskiego, a nie niszczenie tego wizerunku. Bo wizerunek sądów bardzo łatwo zepsuć, lecz jego odbudowa może trwać latami. Ze szkodą dla obywateli, ale także dla polityków.

Autor jest sędzią Sądu Okręgowego w Płocku, prezesem Oddziału Płockiego Stowarzyszenia Sędziów Polskich Iustitia

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA