fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

"Rzeczpospolita" ma 100 lat

Dziewanowski: Zmiana warty czy wartowni

Sławomir Mrożek (1930–2013) – pisarz, jeden z największych polskich dramaturgów XX wieku. Przez kilka lat rysował do „Plusa Minusa” swoje „Kazania na górce”
materiały prasowe
Wszystkie siły polityczne powinny podzielić się odpowiedzialnością za przeprowadzenie reform niezbędnych, by Polska mogła wejść w XXI w. jako równorzędny partner innych krajów europejskich.

Komuniści utracili władzę [w 1989 r. – przyp. red.] i stało się to w sposób bezkrwawy. Nastąpił czteroletni okres rządów dotychczasowej opozycji. Przemieniła się ona teraz w grupę rządzącą i stało się to ku jej wielkiemu zdumieniu i zaskoczeniu. Okres ten właśnie się zakończył i pora powiedzieć o nim parę zdań podsumowania. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że na wnikliwą ocenę jest za wcześnie, a poza tym wiele spraw nadal się toczy i nie jest to ani ostatnie rozdanie kart, ani ostatnia odsłona dramatu. Jednakże pewien ważny czas z pewnością przeminął.

Członkowie ówczesnej opozycji demokratycznej, biorąc na siebie odpowiedzialność za sprawy państwowe, mieli zadanie nieporównanie trudniejsze niż dotychczasowi władcy, którzy sobie z tym zadaniem i tak nie poradzili, doprowadzając gospodarkę do stanu upadku, rozkręcając hiperinflację, przemieniając państwo w wielkiego międzynarodowego dłużnika.

Nie było na co czekać

Czy wobec swego niedostatecznego przygotowania opozycja powinna była przejąć odpowiedzialność za państwo, czy też może raczej uchylić się od tego i czekać? Ale czekać na co? Aż kraj pogrąży się w chaosie? Aż inflacja osiągnie poziom setek procent dziennie? Aż poleje się krew? Było rzeczą całkowicie już oczywistą, że PZPR nie jest w stanie sprawować rządów i że z kontynuowania stanu istniejącego wyniknąć może tylko katastrofa.[...]

Doprawdy, ci, którzy dziś twierdzą, że od początku wiedzieli, iż nie należy się wdawać w żadne rozmowy ani iść na układy, nabrali tej mądrości później. Wtedy zachowywali się raczej cicho.

Ludzie byłej opozycji, przejąwszy rządy, potrafili w ciągu paru miesięcy wprowadzić w życie zestaw posunięć gospodarczych, finansowych i społecznych, które pozwoliły na zahamowanie inflacji, rozpoczęły niezbędny, lecz do dziś nie zakończony proces prywatyzacji, doprowadziły do wymienialności złotego, umocniły walutę, wypełniły towarami rynek, zapewniły Polsce niezależność paliwową i energetyczną. Kiedy dziś spojrzymy na wschód i na sytuację niektórych krajów byłego ZSRR, możemy się przekonać, jak wyglądałaby Polska, gdyby nie dokonano tego dzieła. [...]

Faktem jest, że rządy „solidarnościowe" doprowadziły do redukcji polskiego zadłużenia w tzw. Klubie Paryskim o 50 proc., co wynosi ponad 20 miliardów dolarów. Zawarły one także wysoce satysfakcjonujące porozumienia ze zjednoczonymi Niemcami, nawiązały przyjazne stosunki ze wszystkimi sąsiadami i doprowadziły do wycofania z Polski wojsk rosyjskich.

Kiedy mówię o {rządach solidarnościowych", nie mówię tylko o poszczególnych gabinetach, lecz również o Belwederze i o całym utworzonym w tym czasie systemie państwowym. Nie mniej bowiem istotnym dziełem tych czterech lat było utworzenie fundamentów demokracji parlamentarnej, opartej na rządach prawa. Nie cieszy się ona dzisiaj nadmierną sympatią i zasłużyła sobie na wiele krytycyzmu.[...] Ale nie ulega najmniejszej wątpliwości, że istnienie nawet niezbyt sprawnego systemu parlamentarnego jest jednak o niebo lepsze od braku takiego systemu.

Utworzony także został system środków przekazu, które cierpią wprawdzie na liczne schorzenia (głównie są to zresztą schorzenia wieku dziecięcego), ale są w miarę niezależne i działają bez cenzury; popełniają mnóstwo błędów, ale stanowią jednak dość skuteczne narzędzie kontroli społecznej nad sprawującymi władzę i nad biurokracją.

To wszystko, o czym wyżej, stało się w ciągu tych czterech lat i na tyle się już umocniło, że umożliwiło tej jesieni względnie sprawne i nie powodujące (jak dotąd) większych wstrząsów przejęcie władzy przez inną ekipę [SLD i PSL – przyp. red.]. [...]

Czy to była rewolucja?

Fakt, że [w roku 1989 – red.] nikt ani razu nie wystrzelił, że nie wybito jednej szyby, że nie zburzono Bastylii, ani nikogo w niej nie zamknięto mógłby przeczyć tezie o rewolucji. Z drugiej strony fakt, że cała klasa, a raczej liczna grupa społeczna (nomenklatura partyjna, jeżeli nawet nie była według klasycznych definicji klasą, to z pewnością była bardzo liczną i wpływową grupą, a chyba także czymś więcej), została dość nagle pozbawiona wpływów i że nastąpił przyspieszony proces wymiany kadr, że był to, po długim okresie niemal pełnego zastoju, znowu czas wielkiej ruchliwości społecznej, zawodowej itp. - mógłby świadczyć, że jednak było to coś na kształt rewolucji. Jak to nazwiemy, nie ma wszakże większego znaczenia. Podjąłem te rozważania tylko po to, by uzasadnić powołanie się na wiele mówiącą obserwację Shawa, a także przypomnieć trzeźwą i sceptyczną uwagę Jeana Cocteau: „Czystość rewolucji może trwać najwyżej dwa tygodnie".

W naszym, polskim przypadku trwało to trochę dłużej, ale niewiele. Prędko, prócz braku przygotowania, ujawniła się prywata, pazerność, brak poczucia miary, a często i przyzwoitości, skłonność do nadużywania urzędów i władzy, w końcu żądza szybkiego wzbogacenia się. To wszystko wyszło wkrótce na światło dzienne. Czasem występowało w formie karykaturalnej (jak załatwianie spraw rodzinnych przy pomocy prokuratury), czasem w formie groźniejszej (jak załatwianie spraw publicznych przy użyciu tajnych dokumentów). [...]

Brak przygotowania i niedojrzałość sił posolidarnościowych przejawiał się między innymi w tym (a był to bardzo poważny mankament), że nie potrafiły cierpliwie, starannie i jasno wyłożyć swych celów i zamierzeń; że nawet mając program – nie potrafiły go przemienić w szczegółowy plan działań ogólnospołecznych.

Zbyt zaufawszy w swój autorytet, w swoje posłannictwo i w swoją historyczną rację, zaniedbały starania o to, o czym politycy demokratyczni nigdy zapominać nie powinni: że podstawowym sprawdzianem skuteczności polityka jest nie to, czy przyzna mu rację historia, tylko czy ją przyznają wyborcy - i to już w najbliższych wyborach. „Wojna na górze" i niszczący, nieraz haniebny charakter kolejnych kampanii wyborczych, zadały takiemu podejściu ciężką klęskę.

Cóż więc się stało?

Nastąpiła zmiana warty, ale już w nowej wartowni, gdzie obowiązuje inny regulamin. Być może, nowi szyldwachowie dostosują się do zmienionego otoczenia - i wtedy ta zmiana wyjdzie na korzyść polskiej demokracji. Korzystne będzie, jeśli wszystkie główne siły polityczne w Polsce podzielą się kolejno odpowiedzialnością za przeprowadzenie reform niezbędnych, by Polska mogła wejść w XXI wiek jako równorzędny partner innych krajów europejskich, a nie jako skansen zacofania. Będzie to długi i trudny proces społeczny, w czym nie ma niczego dziwnego, bo przemiany na taką skalę i tak głębokie muszą trwać o wiele dłużej, niż spodziewano się na początku.

Aby proces tworzenia prawdziwej i sprawnej demokracji, jedynego ustroju, zapewniającego postęp społeczny i gospodarczy, mógł przynieść sukces, trzeba też, by wyborcy przekonali się, że nikt w polityce ani w ekonomii cudów robić nie może, manna z nieba nie pada, a gołąbki same nie wpadają do gąbki. Gdyby sprawy potoczyły się w taki sposób, to być może w Polsce zacznie wreszcie funkcjonować stabilna i odpowiedzialna demokracja parlamentarna, która nie może przecież polegać na tym, że jedni starają się przeprowadzać niezbędne zmiany (popełniając przy tym błędy, co jest zrozumiałe), drudzy zaś jedynie krytykują je, obiecując wyborcom Niderlandy.

Kazimierz Dziewanowski (1930–1998), dziennikarz, publicysta („Świat", „Życie Warszawy", „Literatura", „Tygodnik Solidarność", w stanie wojennym wydawca prasy podziemnej, dyplomata (w latach 1990–1993 ambasador RP w USA), współpracownik „Rzeczposolitej"

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA