fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Spór o SN: trzeba nam sędziów mądrych i doświadczonych

Fotorzepa, Danuta Matloch
Bez zmiany kryteriów doboru kadr nie ma mowy o reformie.

Temperatura politycznego sporu o Sąd Najwyższy staje się bardziej uciążliwa niż tegoroczna kanikuła, przy czym wzajemne okładanie się kijami przesłoniło refleksję nad tym, co ma być celem, do którego zdąża reforma, i jaki krajobraz wyłoni się, gdy opadnie kurz bitewny. Rządzący doszli do przekonania, iż ryba psuje się od głowy, należy zatem ukonstytuować nową Krajową Radę Sądownictwa, która we współpracy z Prezydentem RP ukształtuje nowy skład Sądu Najwyższego, a potem będzie już z górki.

Życzeniowe myślenie

Dla praktyka obserwującego funkcjonowanie polskiego wymiaru sprawiedliwości od połowy lat 90. ubiegłego wieku takie postawienie sprawy jest skrajnie naiwne. Jeżeli intencje rządzących są szczere i nie chodzi tylko o zastąpienie sędziów „swoimi", godzi się przypomnieć im, że problemem zasadniczym polskiego sądownictwa nie jest SN, ale cały system, poczynając od modelu rekrutacji do zawodu, na organizacji pracy sędziów i sądów kończąc. W kimś, kto od ponad 20 lat praktykuje jako prawnik sądowy, śmiech budzi sformułowanie, że sędziowie są „nadzwyczajną kastą". Na co dzień spotykam się z niskim poziomem orzecznictwa, jego nieprzewidywalnością, poważnymi brakami w kulturze osobistej sędziów, tendencją do ferowania rozstrzygnięć zachowawczych opartych na literalnym („urzędniczym") rozumieniu prawa, z niechęcią do samodzielnego myślenia i tworzenia rozstrzygnięć precedensowych, gdy wymaga tego specyfika danej sprawy. Wymienienie kilkudziesięciu sędziów SN niewiele zmieni. Zacząć by należało od przemyślenia, jakich sędziów życzylibyśmy sobie mieć w sądach powszechnych.

Obecny system naboru kadr do zawodu sędziego wywodzi się z pomysłu urzeczywistnionego za czasów rządów PO-PSL, że sędziów „produkować" będzie Krajowa Szkoła Sądownictwa i Prokuratury. Pomysł przypomina rekrutację do tzw. szkoły pisania dającego nadzieję, że jej ukończenie zagwarantuje absolwentowi zostanie pisarzem czy poetą. Tyle że pisarzem może stać się ten tylko, kto dysponuje talentem literackim, a sędzią z prawdziwego zdarzenia jedynie prawnik dźwigający na barkach odpowiedni zasób doświadczenia zawodowego i życiowego we wszystkich sferach skomplikowanej rzeczywistości społecznej, w których styka się ono z prawem w działaniu.

Nie dziwi nic

Obecnie młody człowiek po pięcioletnim okresie teoretycznego kształcenia uniwersyteckiego trafia na 36 miesięcy do kolejnej szkoły, a po zdaniu stosownych egzaminów rozpoczyna praktykę orzeczniczą. Nie dziwi więc, że 30-latek w todze poucza menedżera, który zjadł zęby na zarządzaniu przedsiębiorstwami, jakie działania należało podjąć, by uratować je przed upadłością. A przecież nigdy w życiu nie miał okazji nabyć żadnego doświadczenia praktycznego w skomplikowanej materii ekonomiczno-prawnej związanej z funkcjonowaniem gospodarki. Potrafi jedynie wygłaszać ex cathedra formułki „prawa w księgach", jakich go wyuczono.

Nie dziwi także sędzia, który po analizie skomplikowanej umowy gospodarczej albo transakcji kapitałowej wydaje wyrok wprowadzający w konfuzję obie strony sporu – wychodzą z sali z przeświadczeniem, że sąd nie zdołał w ogóle uchwycić istoty sprawy. Tyle że jeśli ktoś nigdy w życiu nie miał okazji osobiście pracować przy stworzeniu oprzyrządowania prawnego dla skomplikowanej inwestycji przemysłowej albo transakcji kapitałowej czy też restrukturyzacyjnej itp., trudno oczekiwać, że da sobie radę z rozstrzyganiem sporów, jakie pojawiają się na tle takich złożonych stanów faktycznych.

Klient udający się do adwokata z reguły usłyszy, iż „wyroki sądów są nieodgadnione" i żaden profesjonalny pełnomocnik mający doświadczenie zawodowe nie da mu gwarancji, jaki będzie wynik sprawy, nawet gdy wydaje się ona oczywista. Jeśli więc mamy poważnie myśleć o reformie sądownictwa, zacząć należałoby od przyjęcia do wiadomości, że zawodu sędziego nie da się nauczyć w szkole.

Korona na niewłaściwej głowie

To, że zawód sędziego stanowi koronę zawodów prawniczych, w polskiej rzeczywistości jest sloganem. Sędziowie przywdziewają tę „koronę", nie mając żadnego doświadczenia praktycznego w jakimkolwiek innym zawodzie prawniczym, a także dysponując – z racji wieku – znikomym doświadczeniem życiowym. Jest raczej odwrotnie: niektórzy z sędziów po latach orzekania migrują do innych zawodów prawniczych, zmęczeni gorsetem, jaki narzuca praca w sądzie, i w nadziei na większe zarobki. I tu z reguły, co potwierdzają moje osobiste obserwacje, taki były sędzia, a teraz już adwokat albo radca prawny, skonfrontowawszy się z rzeczywistością prawno-gospodarczą, jest oceniany przez klientów na zasadzie: „czy ten mecenas urwał się z choinki?" – gdyż jego rekomendacje są odbierane jako kompletnie nieżyciowe, czy też prowadzące do „pięknej katastrofy". I nie wynika to z tego, że klienci oczekują od prawników głównie porad mających na celu wykorzystanie kruczków prawnych, by uniknąć odpowiedzialności. Oczekują kreatywności w rozwiązywaniu problemów i zrozumienia, że system prawny jest służebny wobec rzeczywistości, a nie odwrotnie. To, że osoby przychodzące na rynek usług prawnych z sądownictwa mają trudności w przyswojeniu tego oczekiwania, to argument za tezą, iż obecny system produkuje sędziów zamkniętych w wieży z kości słoniowej, tzw. prawa w księgach.

Jeśli wolą rządzących jest rzeczywiście przebudowanie systemu, powinni się skupić na sformułowaniu nowych kryteriów doboru kadry sędziowskiej. Wymogiem podstawowym powinno być legitymowanie się stosunkowo długą – przynajmniej dziesięcioletnią – samodzielną praktyką prawniczą, następnie kryterium wieku (przynajmniej 40 lat), a wreszcie kryterium dochodowym, sprawiającym, że z jednej strony stanowisko sędziowskie będzie materialnie atrakcyjne, z drugiej zaś wysokie wynagrodzenie istotnie wpłynie na sędziowską niezawisłość. Aspekt dochodowy nie powinien różnicować sędziów różnych szczebli. Chęć awansu w służbie sędziowskiej nie powinna być dyktowana czynnikami finansowymi, lecz merytorycznymi.

Analogiczne kryteria doświadczenia zawodowego oraz wieku zawarte zostały w znowelizowanej ustawie o Sądzie Najwyższym, co wskazuje na chaos myślowy rządzących. Wymagania takie należy stawiać osobom chcącym rozpocząć praktykę orzeczniczą w sądzie pierwszej instancji, a nie osobom mającym ambicje zasiadania w najwyższym organie władzy sądowniczej.

Przychodzi z wiekiem

Nieporozumieniem jest również wysyłanie sędziów na emeryturę w wieku 65 lat – nawet obrońcy reformy, jak były sędzia TK Wiesław Johann, wskazują, że doświadczony prawnik w tym wieku jest z reguły w szczycie swych możliwości intelektualnych. Właściwa struktura systemu sądowniczego to coś na kształt piramidy proponowanej w platońskim państwie. Jeżeli chcesz rozstrzygać o sprawach innych, najpierw poterminuj kilkanaście lat w realnym świecie, a jeśli uważasz się za właściwą osobę, by kształtować judykaturę w skali kraju, dobrze, byś miał także siwe włosy na skroni.

W wojnie o SN nie widać jednak refleksji, by przebudować system. Rzecz zakończy się jak zwykle: rządzący ogłoszą sukces po wymianie kadr, zaś klientela sądów nie zauważy, by cokolwiek zmieniło się w jakości orzecznictwa czy sprawności i kulturze funkcjonowania sądów.

Autor jest radcą prawnym, wspólnikiem w Kancelarii Radców Prawnych Oleś&Rodzynkiewicz sp.k.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA