fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Jarosław Gwizdak: Sąd jak w brytyjskim serialu? Wątpię

Adobe Stock
Granica między pryncypialnością i śmiesznością jest bardzo cienka.

Poświęcić cały sezon serialu na pokazanie procesu sądowego? Przecież to nudy na pudy. Nikt tego nie obejrzy... A jednak. Serial nie tylko oglądano, ale doczekał się trzech sezonów, co jest wyznacznikiem sporego sukcesu. Produkcję i jej aktorów nagrodzono, inne kinematografie stworzyły swoje wersje.

Lubię oglądać brytyjskie seriale. Z reguły opowiadają ważną historię w sposób nienachalny. Twórcy zakładają, że widz też ma swój rozum i nie trzeba ładować mu informacji do głowy łopatą. Bohaterowie są przede wszystkim ludźmi, ze swoimi słabościami i emocjami, często trudnymi do powściągnięcia.

Serial „Broadchurch" opowiada o tragedii rodziny Latimerów. Ich jedenastoletni syn Daniel został zamordowany. Podejrzenia dotykają każdego z mieszkańców tytułowego letniska nad morzem. Mroczna przeszłość i teraźniejszość dogania bohaterów, małe i większe sekrety wychodzą stopniowo na jaw. Pierwszy sezon kończy się zatrzymaniem podejrzanego.

W drugim sezonie obserwujemy proces przed sądem i ławą przysięgłych. Każdy odcinek to osobny moment rozprawy, zeznanie ważnego świadka czy płomienna przemowa adwokata. W tle śledztwo wznowione przez policjantów. Do tego życiowe dramaty mieszkańców, przeżywana żałoba i strata. Adwokatki sięgają po cały arsenał środków procesowych, a ich peruki nie mają czasu się zakurzyć.

Jedną z przełomowych scen jest zamknięcie rozprawy i przekazanie sprawy do decyzji przysięgłym. W krótkiej i klarownej przemowie sędzi przewodniczącej widzowie dostają kompendium wiedzy o zasadach procesu karnego. Jest mowa i o domniemaniu niewinności i o prawie do obrony. O tym, że oskarżonemu wolno milczeć i kłamać. I o tym, jaką wartością jest fair trial, choć może mijać się ze społecznym zapotrzebowaniem, wolą gniewnego ludu czy pragnieniem odwetu. A to, że w śledztwie należy respektować gwarancje procesowe, jest absolutnym fundamentem postepowania. I nie ma od tego wyjątków.

Sąd Koronny w Wessex gra budynek Uniwersytetu w Exeter, będący w swej lekkiej architektonicznej formie znakomitym kontrastem dla ciężaru zbrodni. Przysięgli obradują długo. Początkowo nie mogą ustalić rozstrzygnięcia i daleko im do jednomyślności. W czasie procesu byli pod baczną obserwacją wytrawnych pełnomocników, szukających w gronie „dwunastu gniewnych ludzi" akceptacji dla swojej wersji zdarzeń.

Co ciekawe, bohaterowie serialu są bardzo krytyczni zarówno wobec prowadzących śledztwo inspektorów, jak i trybów machiny wymiaru sprawiedliwości. Z drugiej strony, pewne konstrukcje procesowe są dla wszystkich jego uczestników świętością. Przysięga składana przez świadka ma zapewniać szczerość jego zeznań. Adwokatki stron w przerwach w rozprawie palą razem papierosy i normalnie rozmawiają. Kiedy przesłuchiwane jest dziecko, prawnicy nie mają na sobie peruk...

Ostatnio sceny z „Broadchurch" pojawiły mi się przed oczami w sali rozpraw katowickiego Sądu Apelacyjnego. Miałem okazję obserwować dwie rozprawy dyscyplinarne przeciwko sędziemu Waldemarowi Żurkowi. Obwinionym był sędzia, oskarżycielami dyscyplinarnymi sędziowie, obrońcy oskarżonego to adwokat, aplikant i... dwóch sędziów. Składy sędziowskie były trzyosobowe. Sami zawodowcy. Sala rozpraw przedzielona ścianką z pleksi, orzekający w przyłbicach lub w maseczkach. Duszno, głośno, przygnębiająco. I pusto, bo publiczności i mediom przyznano łącznie raptem osiem kart wstępu.

To, czym dla jednej ze stron jest fair trial, dla drugiej jest procesową obstrukcją. To, co jest gwarancją praw obwinionego, dla drugiej strony jest składaniem bezzasadnych wniosków.

W tym wszystkim praktycznie niemożliwe jest znalezienie jakiegoś punktu stycznego, czegoś, co w postępowaniu cywilnym stanowiłoby okoliczności bezsporne. Warto przypomnieć: podstawą wniosków o ukaranie sędziego Żurka są jego działania jako sędziego i obywatela. Odwołanie się od zmiany podziału czynności i skierowanie pozwu do sądu.

O tym, co wolno i czego nie wolno sędziemu, będzie więc orzekał sąd. Na orzeczenie z pewnością poczekamy. Jestem przekonany, że każda ze stron wykorzysta w pełni drogę odwoławczą. Niestety jestem także przekonany, że przedstawiciele obu obozów nie spotkają się już ze sobą „na papierosie". Granica między pryncypialnością a śmiesznością jest przecież bardzo cienka.

Autor jest byłym sędzią, członkiem zarządu Fundacji Inpris, Obywatelskim Sędzią Roku 2015

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA