fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Maciej Gutowski, Piotr Kardas o terminie wyborów: Potrzeba opamiętania w czasach zarazy koronawirusem

Adobe Stock
Gotowość narażenia milionów ludzi na niebezpieczeństwo po to, by uzyskać zamierzony efekt, dyskwalifikuje polityka i prawników, którzy mu doradzają.

Od chwili ogłoszenia stanu zagrożenia epidemicznego jako reakcji na pandemię konstytucjonaliści wskazują, że władze publiczne dokonują specyficznego zabiegu językowego, określanego mianem „Etikiettenschwindel". Podkreślają, że stan pandemii, w którym dziś się znajdujemy, spełnia wszelkie warunki wprowadzenia stanu nadzwyczajnego, najpewniej w postaci stanu klęski żywiołowej. Wypowiedzi te wydawać się mogą opinii publicznej nieco natrętne i irytujące, bo czymże jest problem wyborów prezydenckich wobec otaczającego nas zagrożenia, rodzącego lęk przed chorobą i śmiercią. Przekazywane codziennie informacje generują niepewność bliższej i dalszej przyszłości. Sprawy polityczne w zestawieniu z pandemią wydają się mało istotne. Codziennie zajmujemy się wszak problemem, który spowodował stan społecznej atrofii.

W każdym przypadku rozchwiania struktury społecznej w sytuacji klęski żywiołowej ujawniają się tendencje do niegodnego wykorzystywania nadzwyczajnej sytuacji, w jakiej bez własnej woli znaleźli się ludzie. Społeczny margines oszustów, naciągaczy gotowych poświęcić lub narazić życie lub zdrowie ludzkie dla własnych doraźnych korzyści. W otaczającej nas rzeczywistości dostrzec można i takie zachowania, choć ich skala nie wydaje się duża. Spotykają się z powszechnym napiętnowaniem, co dopełniają deklaracje władzy o gotowości stanowczego przeciwdziałania tego typu praktykom.

Na razie zaskakująco dobrze zdajemy egzamin ze „społeczeństwa obywatelskiego". Efektywnie przestrzegając zasady społecznej izolacji, ograniczając działalność zawodową wymagającą bezpośrednich kontaktów. Z wielką satysfakcją obserwujemy codziennie przejawy spontanicznej pomocy udzielanej innym.

Czytaj też:

Niesmaczne kalkulacje

Na tym tle niesmakiem napawają zachowania skalkulowane na zbicie politycznego kapitału na ludzkim nieszczęściu. Na strachu, obawie o najbliższych, o życie, zdrowie i pracę. Na obawie przed chorobą, która na pewien czas odwróciła spadkową tendencję sympatii do urzędującego prezydenta. Na prostej kalkulacji, że w czasach zarazy można zwiększyć szanse na reelekcję. Kalkulacji uzasadniającej wykorzystanie telewizji publicznej, dotowanej ostatnio 2 mld zł, do tworzenia produktu wyborczego w postaci wizerunku w harcerskim mundurku.

Trudno pozbyć się wrażenia, że władze publiczne z powodów sobie tylko wiadomych konsekwentnie i z uporem godnym lepszej sprawy wystrzegają się określenia aktualnej sytuacji zgodnie z konstytucyjnymi wymogami, odwołując się co rusz do różnego typu neologizmów, rażących nieadekwatnością oraz wskazujących na instrumentalność działania w złej wierze. Dla każdego rozsądnie myślącego prawnika jest zupełnie oczywiste, że mamy do czynienia, de facto i de iure, z sytuacją konstytucyjnego stanu nadzwyczajnego. Fakt, iż właściwe organy władzy publicznej nie dokonały wymaganych przez Konstytucję RP czynności mających na celu zgodne z prawem wprowadzenie stanu nadzwyczajnego z wszystkimi wynikającymi z tego restrykcjami oraz konsekwencjami, nie może zmienić oceny rzeczywistej sytuacji państwa polskiego i jego obywateli. To zaś oznacza, że na gruncie art. 228 ust. 7 Konstytucji RP nie mogą być przeprowadzane wybory prezydenta Rzeczypospolitej. Przemożne dążenie władzy do wysłania obywateli do urn wyborczych dla realizacji trudnego do zrozumienia i akceptacji politycznego celu nie tylko nie uwzględnia konstytucyjnych wymogów, ale narusza elementarną przyzwoitość. Trudno pozbyć się wrażenia schizofrenii władz publicznych, z jednej strony apelujących pod rygorami odpowiedzialności represyjnej do pozostania w domach, z drugiej prących do sprowadzenia na obywateli niebezpieczeństwa dla życia lub zdrowia poprzez powodowanie szerzenia się choroby zakaźnej, co w pewnych okolicznościach może być oceniane w perspektywie art. 165 § 1 pkt 1 k.k.

Gotowość narażenia milionów ludzi na niebezpieczeństwo po to, by uzyskać zamierzony polityczny efekt, dyskwalifikuje każdego polityka. Odbiera autentyczność, ukazuje cynizm, nieodpowiedzialność, brak wyobraźni niezbędnej do pełnienia jakiejkolwiek funkcji publicznej. Dyskwalifikuje prawników sekundujących i wspierających nieroztropne, niekonstytucyjne działania. Obraża poczucie przyzwoitości i elementarnego sensu. Jest przejawem niedającego się zaakceptować w żadnych okolicznościach egoizmu, bezwzględności, przedmiotowego traktowania obywateli. Traktowania polityki jako źródła łupów, nie zaś służby publicznej.

Sprzeczne komunikaty

Prawdopodobnie okaże się, że wyborów prezydenckich i tak nie da się przeprowadzić. Doświadczenia ostatnich kilkunastu dni dają podstawę do przypuszczeń, że politycy się na to nie odważą. Ludzie zaś, rozumiejąc skalę zagrożenia, podejmą racjonalne zachowania, zrezygnują z udziału w komisjach wyborczych, nie podejmą innych niezbędnych dla organizacji wyborów działań i ostatecznie pozostaną w dniu wyborów w domu. Zgodnie zresztą z zaleceniami władzy publicznej o potrzebie przestrzegania społecznej izolacji. Zademonstrują, że wysyłanie skrajnie sprzecznych komunikatów, podlane sosem własnego interesu nieliczącego się z losem innych, zasługuje na milczącą wzgardę. Wybory się nie odbędą, lecz niesmak pozostanie. I poczucie, że cynizm polityczny przybrał niewyobrażalne rozmiary. Że jedyną motywacją polskiej klasy politycznej była bezwzględna kalkulacja, wskazująca, że warto żonglować losem innych dla osobistej lub grupowej politycznej korzyści. Nie licząc na opamiętanie w czasach zarazy, pozostaje mieć nadzieję, że tak jak byliśmy zdolni do zasługującej na najwyższe uznanie samoorganizacji, tak będziemy umieli konsekwentnie pokazać lekceważącym nas politykom jaskrawoczerwoną kartkę.

Autorzy są profesorami i adwokatami

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA