fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Duże pieniądze chaotycznie wydawane

Fotorzepa, Robert Gardziński
Rząd PiS ma kłopoty z precyzyjnym zdefiniowaniem swoich celów – twierdzi ekonomista Janusz Jankowiak.

Rzeczpospolita: Ile w skali roku będzie kosztował budżet państwa projekt „Rodzina 500+" ?

Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu: Na etapie „konsultacji społecznych" precyzyjne określenie kosztów nie jest możliwe. Ale szacunek w skali roku, bez wyłączeń, przy założeniu niewliczania tych transferów do opodatkowanych dochodów, opiewa na ok. 20–22 mld zł. Kwota efektywnie poniesionych przez budżet wydatków będzie jednak prawdopodobnie nieco niższa.

Jak projekt wpłynie na wzrost zadłużenia państwa i deficyt budżetowy?

Koszty te mają być pokryte przez dodatkowe dochody. Ale nie będą. Podatki sektorowe dadzą ok. 7–8 mld zł. Domknięcie luki w VAT można optymistycznie oszacować na 10 mld zł w dwóch najbliższych latach. Reszta brakującej kwoty powiększy deficyt i potrzeby pożyczkowe państwa. Żegnamy właśnie stary paradygmat konwergencji fiskalnej, zakładający zbieganie deficytu do średniookresowego celu fiskalnego (MTO) wynoszącego 0,5 proc. PKB dla deficytu strukturalnego. Witamy się z nowym: będziemy walczyć o utrzymanie się deficytu headline w okolicach 3 proc. PKB bez względu na fazę cyklu koniunkturalnego. Jest to – oczywiście – ekonomiczny absurd.

W jednym z wywiadów powiedział pan, że program „Rodzina 500+" ma złą nazwę i tworzy chaos w pomocy rodzinie. Dlaczego?

Program finansowego wsparcia rodzin w Polsce jest już bardzo rozbudowany. Obejmuje on: ulgę podatkową na dzieci, becikowe, system świadczeń rodzinnych, odrębny system pomocy społecznej. Od początku 2016 roku dochodzi do tego jeszcze świadczenie rodzicielskie przeforsowane przez rząd PO–PSL, czyli tysiąc złotych miesięcznie dla rodziców, którzy nie mają prawa do urlopu przez pierwszy rok życia dziecka. Na tę rozliczność systemów wspierania ze zróżnicowanymi kryteriami ma być teraz nałożony kolejny program – 500+. Dotychczasowy system finansowego wsparcia rodzin w Polsce kosztował ok. 15 mld zł rocznie. Wprowadzenie programu 500+ podwaja ten koszt, bo podnosi go rocznie do wysokości ok. 35 mld zł, czyli ok. 1,5 proc. PKB. To dużo pieniędzy wydawanych bardzo chaotycznie i bardzo nieefektywnie.

Pieniądze z programu 500+ mają iść tylko na dzieci, które są w Polsce. Wicepremier, minister rozwoju Mateusz Morawiecki, powiedział: nie chcemy płacić na dzieci, które mieszkają w bogatych krajach Zachodu.

To klasyczny przykład chaosu, jaki powstaje przy nieprecyzyjnym zdefiniowaniu celu programu: jeśli chodzi o wsparcie finansowe, to kryteria dochodowe i stałe miejsce zamieszkania mają sens; jeśli chodzi o demografię, takie wykluczenie nie ma sensu.

O 16 mld zł PiS chce zwiększyć wydatki w przyszłorocznym budżecie w porównaniu z tym, co zakładał rząd PO. Jednocześnie gabinet Beaty Szydło zakłada wzrost dochodów państwa. Deflacja nie pokrzyżuje planów PiS?

Dochody budżetu ogółem mają być wyższe od prognozy pozostawionej przez poprzedni rząd o 16,1 mld zł. W rzeczywistości dochody podatkowe będą zapewne niższe z uwagi na przeszacowane parametry makro (dynamika PKB, średnioroczna inflacja) stanowiące podstawę dla oszacowania wielkości nominalnych. Dochody z nowych podatków sektorowych są łatwiejsze do precyzyjnego oszacowania i stąd można przyjąć, że kwota blisko 9 mld zł, przyjęta przez rząd w projekcie budżetu, jest zawyżona o ok. 2 mld zł. Rezerwa dla dochodów ogółem tkwi jednak w dochodach niepodatkowych, w tym głównie we wpłacie z aukcji LTE (9,2 mld zł) oraz we wpłacie z zysku NBP (3,2 mld zł). Różnica między tymi dochodami jest jednak kolosalna. Dochody z LTE po nowelizacji stabilizującej reguły wydatkowej (SRW) zwiększą limit wydatków w roku 2016, ale nie zwiększą kwoty wydatków w kolejnych latach (nie będą namnażane jak w przypadku zastąpienia prognozy inflacji celem inflacyjnym NBP). Dochody z zysku NBP nie tylko nie zwiększają limitu wydatków, ale – zgodnie z ESA 2010 – nie mają wpływu na wynik sektora finansów publicznych liczony według standardów Eurostatu. Ponieważ jednak w rzeczywistości mogą one sięgnąć 7–9 mld zł, a nie prognozowanych przez MF 3,2 mld zł, stwarza to sięgający ok. 5–6 mld zł bufor dla zrekompensowania ewentualnych ubytków w prognozowanych dochodach. Może on też posłużyć do zmniejszenia planowanego deficytu budżetu państwa. Wydatki budżetu mają być wyższe o 16,5 mld zł. Przy poszanowaniu reguły wydatkowej przez poprzedni rząd wzrost wydatków rok do roku wynieść miał w 2016 roku 8,2 mld zł. Zmiana reguły wydatkowej daje możliwość wzrostu wydatków budżetu państwa o 24,7 mld zł rok do roku. Na obecnym etapie naszej wiedzy o projekcie budżetu odnotować trzeba, że taki wzrost kwoty wydatków oznaczać może wyczerpanie w 2016 roku ok. połowy przestrzeni dla maksymalnego wzrostu limitu po zmianach w regule wydatkowej i w podatkach. To dobra wiadomość: zawsze mogło być gorzej.

Uzależnienie reguły wydatkowej od celu inflacyjnego NBP zakłada nowelizacja ustawy o finansach publicznych, którą podpisał prezydent Andrzej Duda. Prezydent dał zielone światło do zadłużania?

Nowelizacja reguły wydatkowej zmienia algorytm służący do obliczania kwoty wydatków sektora na dany rok. Odbywa się to poprzez podniesienie nominalnych wydatków w wyniku mnożenia wydatków z poprzedniego okresu przez wskaźnik CCPI, jakim jest cel inflacyjny NBP. Oznacza to wzrost wydatków wyższy, o ile osiągana realnie inflacja pozostaje poniżej. Na każde 0,1 punktu proc. wzrostu inflacji przypada ok. 700 mln zł trwałego podniesienia limitu wydatków namnażanego w kolejnych latach. Nowelizacja reguły wydatkowej dotyka też zmiany w module dyskrecjonalnym algorytmu. Wprowadza się tam zasadę, że prognozowane skutki działań jednorazowych i tymczasowych dotyczących dochodów budżetu (o wartości większej niż 0,03 proc. PKB) powiększają limit wydatkowy, ale nie kwotę wydatków wynikającą z reguły podatkowej. Dzięki temu manewrowi dochody jednorazowe z okresów poprzednich nie mają wpływu na kwotę wydatków obliczaną na kolejny rok, ale podnoszą limit na rok 2016. Za sprawą destrukcji reguły wydatkowej w jej poprzednim wcieleniu wydatki w roku 2016 będą mogły wzrosnąć – według moich szacunków – o dodatkowe 16 mld zł wobec wzrostu możliwego bez zmiany reguły, a w roku 2017 – o kolejne 12 mld złotych. Ale to i tak będzie za mało, by po 2016 sfinansować kolejne obietnice wyborcze. Jestem złej myśli co do dalszych losów nawet tej zmodyfikowanej reguły wydatkowej.

Rząd w najbliższych sześciu–ośmiu latach planuje wydać 120–130 mld zł na politykę obronną. Mateusz Morawiecki zapowiedział również, że rząd PiS zamierza pobudzić aktywność gospodarczą, wykorzystując 240 mld zł kapitału zgromadzonego przez firmy. Realne?

Trzeba popatrzyć na dzisiejszą fatalną strukturę wydatków na wojsko. Bez jej zmiany każda dodatkowa kwota przeznaczona na obronność zmieni się w dodatkowe wydatki na płace, emerytury, transfery pochłaniające ok. połowy budżetu wojskowego. Najpierw trzeba wprowadzić służby mundurowe do powszechnego systemu ubezpieczeń społecznych. Później efektywnie alokować nowe środki w wydatkach rzeczowych.

Rząd planuje wprowadzenie w 2016 r. podatku od sklepów wielkopowierzchniowych, który ma przynieść budżetowi ok. 3,5–4,5 mld zł rocznie. Już na początku roku ma wejść w życie podatek od niektórych instytucji finansowych, który oznaczałby roczne wpływy od banków na poziomie 4 mld zł. Jak pan ocenia te propozycje?

Szacunki są zawyżone. Ale najważniejsze, że znów mylnie zdefiniowany jest cel podatków sektorowych. W krajach rozwiniętych, w których go wprowadzono, nie miał on celu fiskalnego, ale był instrumentem makroostrożnościowym, niwelującym ryzyko podejmowane przez banki. Miał je zniechęcać do spekulacji. U nas chodzi o odebranie połowy zysków bankom i przeznaczenie ich na transfery socjalne. Bardzo szlachetne. Ale jak to się ma do bezpieczeństwa systemu finansowego? W przypadku niektórych słabszych banków ten podatek doprowadzi je na skraj rentowności. Jeszcze gorzej jest z podatkami od sklepów nazywanych wielkopowierzchniowymi. Tu mówi się o „wyrównywaniu szans". Zabawne. To „wyrównywanie" sprowadzać się będzie do przerzucenia kosztów podatku przez sieci handlowe na krajowych dostawców i producentów. Dość specyficzna forma wsparcia rodzimej przedsiębiorczości.

Złoty się umacnia. Czy MF powinno interweniować na rynku walutowym?

Niech mnie pan nie rozśmiesza. Nie widzę zbyt wiele potencjału aprecjacyjnego dla złotego w najbliższym czasie. Spowodowane jest to zarówno warunkami w otoczeniu zewnętrznym, głównie wzrostem ryzyka w segmencie rynków wschodzących po rozpoczęciu cyklu podwyżek stóp przez amerykański Fed, jak też wyceną ryzyka lokalnego po zmianie paradygmatu w polityce fiskalnej. Poczekamy na ocenę przez agencje ratingowe zmian w stabilizującej regule wydatkowej oraz na ocenę przez KE wiosną 2016 programu gospodarczego i prognoz rządowych. Wtedy zobaczymy, gdzie powędruje nasz złoty.

PiS obsadza nową RPP. Czy ceny kredytów spadną po wymianie składu?

Nie ma obniżki stóp w moich prognozach. Głównie dlatego, że ich redukcja o zakładane obecnie przez rynek 50 pkt bazowych niewiele pomogłaby sferze realnej, ale za to – przy awersji do ryzyka ze strony inwestorów – mogłaby zwiększyć odpływ kapitału portfelowego, co oznaczałoby nie tylko pogłębienie zapaści na giełdzie, ale też osłabienie złotego. Ale to racjonalna analiza. Z racjonalnością RPP bywa różnie.

Czy możliwa jest realizacja programu PiS „Bilion na inwestycje", z którego aż 350 mld zł miało pochodzić z banku centralnego? Politycy PiS wymyślili, że będzie on udzielał bankom komercyjnym nisko oprocentowanych pożyczek, by pobudzić akcję kredytową firm.

Wszystko tu jest mgliste. Mgliście mówi się o gwarancjach kredytowych BGK oraz „wzorowanym na rozwiązaniach brytyjskich i węgierskich programie udzielania płynności bankom komercyjnym pod zastaw kredytów przyznawanych małym i średnim przedsiębiorstwom". Kto miałby tej płynności bankom udzielać? Naturalnie chodzi o NBP. Ta dość specyficznie rozumiana polska odmiana „ilościowego luzowania" polityki pieniężnej pełniej ujęta została w wystąpieniu Zbigniewa Kuźmiuka na forum programowym PiS w Katowicach, gdzie mowa była o „Wielkim inwestycyjnym projekcie rozwojowym", rzędu 10 proc. PKB, angażującym środki z „ilościowego luzowania", oszczędności firm i obywateli, środki unijne, TFI utworzone z udziałem spółek Skarbu Państwa itp. – łącznie wart 1–1,5 bln zł. A wszystko to bez wywoływania presji inflacyjnej i bez przyrostu długu publicznego. Problem polega na tym, że w polskim sektorze bankowym mamy dużą nadpłynność sterylizowaną przez NBP, ale wciąż sięgającą kilkudziesięciu mld zł, a wszelkie gwarancje BGK zaliczają się do długu publicznego. Po co więc NBP ma dostarczać bankom więcej płynności? I jak ma to robić? Przyjmując jako zabezpieczenie gwarantowane przez BGK kredyty udzielone przedsiębiorcom wcześniej przez banki komercyjne, bez powiększania długu publicznego? Problemem nie jest podaż kredytu inwestycyjnego. A popyt na kredyty korporacyjne rośnie w solidnym 8–9 proc. wymiarze. W roku 2016 ta dynamika będzie już dwucyfrowa. W Polsce problemem nie jest procentowy udział inwestycji w PKB. Oscyluje on trwale wokół 20 proc. i jest powyżej średniej unijnej. Nie jest nim też nawet relacja nakładów inwestycyjnych do wyniku finansowego, bo wyniki przedsiębiorstw spadają, a nakłady inwestycyjne rosną. Naszą piętą achillesową jest niska efektywność inwestycji. Głównie w sektorze publicznym. To warto poprawiać. Ale nie zalewając banki kasą z NBP, bo to alokacji kapitału z pewnością nie poprawi.

Marek Kondrat jest twarzą banku ING i wziął udział w marszu KOD. Politycy PiS wzywają do bojkotu banku, bo Marek Kondrat protestował z KOD. Kto komu szkodzi?

Twarz Marka Kondrata jest przede wszystkim jego własnością. Niepowtarzalnym znakiem firmowym, który Kondrat chce nosić bez wstydu. Myślę, że nawet najbardziej tępi troglodyci są w stanie zrozumieć takie proste rzeczy, że twarz ma się tylko jedną. To chyba dobrze, kiedy bank kojarzy się z przyzwoitością.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA