fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Węgry przyspieszą integrację?

Adobe Stock
Dziewięć państw członkowskich UE apeluje o przemyślenie wspólnej polityki zagranicznej i obrony.

Tradycyjnie w UE uważano, że impulsem dla głębszej integracji w danej dziedzinie jest instytucjonalizacja. To dlatego Francji tak bardzo zależy na instytucjonalizacji strefy euro, czyli powołaniu ministra finansów czy osobnej komisji w Parlamencie Europejskim. Sądzą, że wymusi to z czasem wspólną politykę budżetową krajów posługujących się wspólną walutą.

Tą samą logiką kierowali się autorzy unijnej konstytucji, a potem – po jej odrzuceniu przez społeczeństwa Francji i Holandii – traktatu lizbońskiego, gdy stworzyli nowe stanowisko stałego wysokiego przedstawiciela UE ds. polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Mieli nadzieję, że z czasem doprowadzi to do zbliżenia stanowisk państw UE w polityce zagranicznej. Po dziesięciu latach widać wyraźnie fiasko takiego sposobu rozumowania. I problem nie dotyczy raczej konkretnych osób.

Pierwszą wysoką przedstawiciel była Catherine Ashton. Wybrana nieco przypadkowo, potrzebowano bowiem pilnie kobiety socjalistki, żeby pasowała do parytetów płciowych i partyjnych w pakiecie wysokich stanowisk. Dodatkowo na jej korzyść działał fakt, że w momencie nominacji była unijną komisarz ds. handlu, a wysoki przedstawiciel miał mieć dwa „kapelusze": z jednej strony stanowisko wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej, z drugiej – funkcję w ramach unijnej Rady, czyli służenie przywódcom państw członkowskim. Brytyjka okazała się jednak zupełnie nieprzygotowana do tej nowej roli. Zabrakło jej doświadczenia, wcześniej była tylko niższym rangą ministrem w brytyjskim rządzie i krótko unijnym komisarzem. Oraz charakteru – znane były jej humory i trudności we współpracy, szybkie wyjazdy do Wielkiej Brytanii, gdzie spędzała długie weekendy z rodziną. Ministrowie spraw zagranicznych UE nie traktowali jej jak równorzędnego partnera, jeszcze gorzej było z przywódcami państw UE.

Gdy w 2014 roku zastępowała ją inna kobieta, też socjalistka, Federica Mogherini, Bruksela była pełna nadziei. Młoda Włoszka, zaledwie 41-letnia w chwili nominacji, ale już doświadczona jako szefowa dyplomacji dużego państwa członkowskiego i deputowana specjalizująca się w polityce zagranicznej i obrony, mówiąca biegle w kilku językach, pełna energii i chęci do pracy wydawała się świetną odmianą po zgorzkniałej Brytyjce.

Po pięciu latach doceniany jest właściwie wyłącznie jej zapał do podróżowania, choć i tu niektórzy wskazują, że odbija się on negatywnie na jakości pracy potężnej administracji, czyli Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych, na czele której stoi. To i tak mały powód do krytyki, bo słychać inne, znacznie poważniejsze zarzuty. Niektórzy wskazują, że Mogherini – która w przeszłości należała do komunistycznej młodzieżówki – zbyt ceni pokój i stabilność i nie wchodzi w konflikty z despotami. Gdy w Iranie karano dysydentów, Mogherini apelowała o spokój do obu stron, nie krytykując wprost poczynań irańskiego reżimu, z którym wynegocjowała porozumienie o zaprzestaniu programu nuklearnego.

Swego czasu wsławiła się propozycją łagodzenia relacji z Rosją, którą jednak szybko storpedował Donald Tusk. Akurat w stosunku do Rosji UE pozostaje w ostatnich latach zadziwiająco zdecydowana i zjednoczona, utrzymując sankcje gospodarcze po inwazji na Krym, a potem na wschodnią Ukrainę. Ale to żadna zasługa Mogherini, bo o sankcjach decyduje się na poziomie unijnych przywódców, gdzie kluczową rolę odegrał duet niemiecko-francuski. W krytyce wobec Mogherini pobrzmiewa nawet czasem tęsknota za Ashton, która mimo wszystkich swoich wad prezentowała jedna zdecydowanie proatlantyckie nastawienie i była krytyczna wobec poczynań Putina.

Podsumowanie tych dwóch kadencji prowadzi nas do wniosku, że problem jest strukturalny i nie dotyczy personaliów. Nie sprawdziły się bowiem osoby różnego temperamentu i opcji geopolitycznych, z bardzo odmiennych szkół dyplomacji.

Przez długi czas ta niemoc wysokiego przedstawiciela pasowała państwom członkowskim, szczególnie tym większym. Dzięki temu większą rolę zaczęli odgrywać przywódcy, którzy na szczytach UE osobiście decydowali o sankcjach wobec Rosji czy restrykcjach wobec chińskich inwestorów. Jednak i oni zorientowali się, że to droga prowadząca do osłabienia UE.

Najważniejszy gracz handlowy świata i największy dawca pomocy rozwojowej nie jest w stanie wykorzystać swojej siły wobec państw trzecich, bo w każdej sprawie wspólne stanowisko może zostać zablokowane przez pojedyncze państwo UE. Jak choćby ostatnio przez Węgry, które zawetowały wspólny dokument przygotowany na szczyt UE–Liga Arabska oraz stanowisko UE na forum ONZ w sprawie terytoriów okupowanych Palestyny.

To wszystko spowodowało, że dziewięć państw członkowskich UE przygotowało wspólny apel o przemyślenie struktury wspólnej polityki zagranicznej i obrony. W dokumencie udostępnionym „Rzeczpospolitej" Czechy, Dania, Finlandia, Francja, Niemcy, Holandia, Rumunia, Hiszpania i Szwecja apelują, żeby mniej czasu i energii poświęcać na koordynację wewnątrz UE, a więcej na działania z państwami trzecimi.

Na razie to materiał do przemyśleń, ale w tym kontekście z pewnością wróci propozycja zniesienia weta w wybranych obszarach polityki zagranicznej.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA