fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Marek Migalski: Ekonomia nie wpływa na polityczne wybory Polaków

PAP, Paweł Supernak
W politycznych wyborach Polacy na ogół nie kierują się względami ekonomicznymi.

W ostatnim czasie rząd Beaty Szydło zaczął intensywnie chwalić się osiągnięciami gospodarczymi kraju, sądząc, że może to odwrócić negatywny trend, który ujawnił się niedawno w sondażach. To jednak całkowicie błędna strategia – Polacy prawie w ogóle nie kierują się w swoich politycznych wyborach względami ekonomicznymi i nic ich nie obchodzi, jak partie rządzące radzą sobie w sprawach gospodarczych.

To być może zaskakująca teza, ale opiera się ona na oczywistych faktach. W całej 28-letniej historii wolnej Polski wyborcy prawdopodobnie tylko raz zagłosowali „ekonomicznie", a i to nie za bardzo. Chodzi o elekcję 1991 r., kiedy to zmęczone kosztami reformy wstrząsowej społeczeństwo wyraziło swój sprzeciw wobec niej tym, że na partie kwestionujące jej sens oddało stosunkowo wiele głosów. To wówczas drugą siłą w parlamencie stał się Sojusz Lewicy Demokratycznej, który ostro krytykował sens poczynań ekip solidarnościowych. Trzeba jednak pamiętać, że wybory te wygrała jednak Unia Demokratyczna, która była symbolem bolesnych reform, choć zdobyła niewiele ponad 12 proc. głosów. Nie przeszkodziło to jednak, by ugrupowania postsolidarnościowe, a nie postkomunistyczne, utworzyły rząd i... kontynuowały dotychczasowe reformy. Nawet więc w tamtych wyborach czynnik ekonomiczny nie przesądził o zmianie politycznej (choć w pierwszej fazie zmienili się reformatorzy – Bieleckiego zastąpił Olszewski).

SLD i PSL doszły do władzy dopiero dwa lata później, gdy warunki ekonomiczne i poziom życia zaczęły się powoli... poprawiać, a tempo ostrych reform osłabło. Partie postsolidarnościowe straciły więc władzę nie wtedy, gdy aplikowały społeczeństwu gorzką pigułkę, lecz wówczas, gdy zaczęła ona działać.

Podobnie było w latach następnych – partie rządzące traciły władzę bez związku z sytuacją gospodarczą kraju. Przecież, by odwołać się do pierwszej dekady XXI w., SLD nie przegrał w 2005 r., bo doprowadził do katastrofy gospodarczej. Wyniki ekonomiczne kraju były wówczas więcej niż dobre. Jeszcze dobitniej widać to było dwa lata później, gdy Polacy odebrali władzę PiS – działo się to wszak w momencie, gdy gospodarka kwitła, bezrobocie malało, a wzrost gospodarczy zachwycał. No i na koniec – gdyby sytuacja ekonomiczna kraju miała decydować o preferencjach naszych rodaków, to PO straciłaby władzę nie w 2015, lecz w 2011 roku.

Nie wiadomo, dlaczego nie ma korelacji między politycznymi decyzjami Polaków a sytuacją gospodarczą kraju. Może wiąże się to z tym, że nie potrafią oni dostrzec związku między swoją sytuacją życiową a stanem narodowej ekonomii? A może są zbyt słabo wykształceni i nie wiedzą, co to jest PKB, dług publiczny czy stopa wzrostu? Być może jednak – co byłoby dla nich nieco bardziej schlebiające – są zbiorowością nie tyle nieokrzesaną ekonomicznie, ile narodem postmaterialistycznym (lub przedmaterialistycznym) i nie przywiązują wagi do kwestii tak banalnych i trywialnych jak gospodarka, skupiając się na kwestiach aksjologicznych i estetycznych?

Tak czy inaczej – niezaprzeczalnym faktem jest to, że polski elektorat kieruje się w swych politycznych wyborach, mówiąc językiem poprzedniej epoki, raczej nadbudową niż bazą; przywiązuje wagę do spraw pozaekonomicznych i to one decydują o tym, kogo popiera w kolejnych elekcjach; skupia się na sferze polityczno-moralnej, nie zauważając prawie (nie potrafiąc zauważyć?) kwestii gospodarczych.

Dlatego tak bezsensowne są obecne starania rządu mające na celu przekonanie wyborców, w jak doskonałym stanie jest nasza narodowa ekonomia (przypominają dramatyczne i daremne chwalenie się przez ekipę PO, ileż to tysięcy dróg i autostrad wybudowano za jej czasów). Pomijając już dylemat, na ile ów stan jest wynikiem działań rządu, na ile jest od niego niezależny, a na ile nawet jest tak dobry... pomimo poczynań obecnej ekipy, to Beata Szydło, Mateusz Morawiecki i inni politycy gabinetu winni pamiętać, że dobry stan polskiej gospodarki w żaden sposób nie będzie decydował o tym, na kogo w 2019 r. zagłosują Polacy. To przykre, ale prawdziwe. Oni kierują się w swych wyborach czymś zupełnie innym. Czym? Tym, co potrafią zrozumieć. Czyli sprawą Misiewicza i jego zarobkami, czy też rozbitymi limuzynami lub przejawami aroganci i pychy rządzących. Ale także – i to już dobra wiadomość dla polityków PiS – takimi kwestiami jak to, czy ktoś obroni nas przez zalewem uchodźców, którzy jak wiadomo, chcą nas mordować i gwałcić; tym, ile pomników Wyklętych postawimy; oraz tym, czy nie ściągniemy na siebie kary Bożej poprzez legalizację małżeństw homoseksualistów.

Dlatego jeśli miałbym coś doradzać obozowi rządzącemu, to to, by porzucił próżny trud tłumaczenia rodakom, że żyją w najlepszym ze światów, że Polska rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatnio, ale by skupili się na szczuciu na targowicę, która opanowała dusze „opozycji totalnej", na zapewnianiu, że tylko minister Błaszczak może nas uchronić przed czyhającymi na nasze życie muzułmanami oraz na przekonywaniu, iż jedynie oddziały Wojsk Obrony Terytorialnej mogą powstrzymać Angelę Merkel, która wraz z Hupką i Czają szykują się do odebrania nam Szczecina i Wrocławia. Że brzmi to absurdalnie? Jeszcze bardziej absurdalnie jawią się próby przekonania do siebie Polaków wykazywaniem tego, w jak dobrym stanie jest nasza gospodarka pod obecnymi rządami. Rodacy nigdy nie zwracali na to uwagi.

Autor jest politologiem, byłym europosłem PiS i PJN

 

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA