fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Nauczyciele kontra system

Fotorzepa, Rafał Guz
Wykształcenie ogólne to podstawa do prowadzenia prawdziwego dialogu społecznego.

W poniedziałek do rozmów z nauczycielami nagle została powołana z ławki rezerwowych wicepremier do spraw społecznych Beata Szydło. Inni kandydaci wymigali się od wejścia na boisko, nie chcąc stawać się twarzami potencjalnej klęski. Termin następnego spotkania wyznaczono na 1 kwietnia, co może budzić złośliwe skojarzenia z dniem żartownisia.

Historia choroby

Na początek kwietnia nauczyciele zapowiedzieli strajk. Protest „poparł" w emocjonalnym apelu prezydencki minister Krzysztof Szczerski. Dzięki jego szczerym słowom ci, którzy mieli etyczne wątpliwości, zrozumieli, że nie czas na hamletyzowanie i rozdarcie moralne. Trzeba czynu. Choć minister i profesor został haniebnie zmuszony do złożenia samokrytyki, to jego zasługi w budzeniu świadomości opuszczenia i lekceważenia przez państwo nie dadzą się przecenić. Od kogoż mamy wyczekiwać wsparcia, jeśli nie właśnie od elit intelektualnych. Bezkompromisowa odwaga, intelektualna przenikliwość i moralna doskonałość Profesora Szczerskiego znalazły nieudolnych naśladowców, którzy chcieli podłączyć się pod ten sukces. Tu musiało się pojawić nazwisko człowieka o niekwestionowanym autorytecie humanistycznym, szczególnie na polu historii Rosji – Marka Suskiego.

Po ujawnieniu – najpierw podejrzenia, a po miesiącu żenujących przepychanek – twardych danych dotyczących zarobków Aniołków Glapińskiego z obu stron barykady politycznej pojawiły się wyjaśnienia. Minister Jadwiga Emilewicz, a potem profesor Hanna Gronkiewicz-Waltz niezwykłym chórem stwierdziły, że jakkolwiek zarobki Pań w managemencie NBP mogą być dla niezorientowanego obywatela zaskakujące, to przecież muszą być takie, by Panie swych rozległych kompetencji i doświadczenia we współpracy z Prezesem Glapińskim nie zechciały oddać innemu Prezesowi.

Mechanizm jest oczywisty: za wysokie kwalifikacje trzeba słono płacić, szczególnie w najwyższych rejestrach, bo tam potrzebni są artyści w swoim fachu, a artystów jest niewielu.

Nie jest moim zamiarem wdawać się w retoryczne rozważania o owych kompetencjach w tym przypadku. Jeśli nawet byłyby duże, nasuwa się refleksja, że taki mechanizm powinien obowiązywać we wszystkich sferach i zawodach. Wszędzie bowiem artyści są cenni i wszędzie mogą słusznie chcieć zarabiać więcej. Dlaczegóż więc w sferze bankowej, menedżerskiej płacimy pieniądze, o których nawet nie słyszano w innych sferach, np. w pokojach nauczycielskich i – uprawiając prywatę – na kampusach uniwersyteckich, gdzie pensja roczna takiego doktorzyny jak ja jest porównywalna z samą premią, na którą we własnym mniemaniu zasłużyła premier Beata Szydło? Dlaczego w przypadku owych artystów zarządzania chcemy dużymi poborami zapobiec ich odejściu, a w przypadku nauczycieli nie zależy nam na artystach i stosujemy logikę odwrotną: „nie podobają się wam zarobki, to idźcie poszukać innej pracy"?

Jesteśmy skłonni płacić za to, co uważamy za ważne i cenne. A co jest cenne? Kasa. No i władza, czyli kasa. Naczelną wartością są pieniądze, PKB, wzrost gospodarczy i tego typu zaklęcia. Nie rozumiemy – być może dlatego, że jesteśmy produktami tego systemu edukacji – że ci managerowie niczego sami nie tworzą oprócz – zgoda, ważnych – systemów zarządzania tym, co wymyślą dobrze wyedukowani specjaliści.

Edukacja jest ważna tylko w górnolotnych, pełnych frazesów deklaracjach politycznych wygłaszanych na inauguracjach akademickich. Straciliśmy przekonanie o prostej zależności wykształcenia i sukcesu życiowego. Dla uspokojenia sumienia twierdzimy, że takie wykształcenie nie jest już możliwe w dobie specjalizacji i lawinowo rosnących zasobów wiedzy. Ważniejsze w karierze stają się spryt, zaradność, przedsiębiorczość, umiejętność lansowania siebie, marketingu, PR-u. Miarą sukcesu staje się skuteczność w opowiadaniu własnych historii, którymi wzajemnie się okłamujemy, a nie rzetelność znana jeszcze Rzeckiemu i Wokulskiemu.

Mechanizm taki obowiązuje również w sferze społecznej, gdzie nie jest premiowana umiejętność dialogu, ale sztuka grania fobiami, resentymentami i mitologiami. One zastępują porządną argumentację. Nie cenimy przygotowania do krytycznego oglądu rzeczywistości, bo nikomu nie jest to potrzebne, a już w szczególności rządzącym. Wiedzę zastępujemy bez zażenowania zasłyszanymi informacjami, które bezkrytycznie kolportujemy, bo zgadzają się z naszymi oczekiwaniami, potwierdzają nasze tezy i utwierdzają w nich.

Pożądany upadek?

Godzimy się dużo łatwiej z tym, że mądrzy ludzie z charyzmą albo odchodzą ze szkoły, albo w ogóle nie wkraczają na drogę do niej prowadzącą. Mała strata. Niemoralnie mówimy, że szkoła jest dobra, bo są w niej nadal entuzjaści, którzy nie odejdą nigdy, nawet gdyby mieli dopłacać do interesu. Paradoksalnie więc ci właśnie, którymi szkoła stoi, są jej hamulcowymi, bo zakłamują rzeczywistość i nie dopuszczają do upadku, który mógłby być ozdrowieńczy. Obok nich w szkole pozostają tylko ludzie, którzy jeśli kiedykolwiek mieli charyzmę i pasję, to dziś są sfrustrowani swą pozycją, patrzą na siebie wilkiem i rozpaczliwie próbują ocalić swą podobno niedającą się przecenić rolę i godność. Tak też są postrzegani przez rodziców, a nawet uczniów. Dopuściliśmy do przerażającej degradacji edukacji i dziwimy się, że następne pokolenia utwierdzają się tylko w przekonaniu, że dobre wykształcenie nie jest nikomu do niczego potrzebne, a uczyć się trzeba po to, by dostać zaświadczenie.

Taki stosunek do edukacji pokazuje, czego w ogóle od niej oczekujemy. Czy liczymy na nowoczesne wykształcenie, czy myślimy o szkole jako o kursie przygotowawczym do egzaminów i niestety koniecznym etapie na ścieżce kariery zawodowej mającym właśnie doprowadzić do tych miododajnych menedżerskich posad. Czy chcemy, by szkoła rozwinęła naturalną chęć poznawczą, która jeszcze żyje w dzieciach na początku podstawówki? Czy – przeciwnie – chcemy, by uczyli się wybiórczo tego, co uważamy za potrzebne w życiu, czytaj, co da im pieniądze.

Nie dostrzegamy wartości wykształcenia ogólnego jako bazy do kształcenia szczegółowego i jako podstawy dialogu społecznego. Nie cenimy wykształcenia humanistycznego, a potem nie rozumiemy, dlaczego część młodych wykształconych nie dostrzega np. problemu trójpodziału władzy. Za to cenimy przedsiębiorczość jako wyznacznik sukcesu życiowego.

Nikt nie zadaje pytania o model wykształcenia ogólnego, które tworzy bazę wspólnoty społecznej, a wykształcenie humanistyczne rozumiemy jako faktografię, a nie logikę, która była istotą humanizmu dla prawdziwych profesorów: Kotarbińskiego, Ajdukiewicza czy Szaniawskiego. Popadamy w samozadowolenie, kiedy nasi uczniowie znajdują się w czołówce wyników testów PISA, co tylko udowadnia, że nabraliśmy wprawy w przygotowywaniu do nich.

Problemem szkoły nie do końca jest przeładowanie materiałem. Głównym problemem jest sfunkcjonalizowanie wiedzy, a raczej jej brak. Pokazanie związku z rzeczywistością i przydatności w kontakcie z nią. Innymi słowy, pokazanie uczniom, po co się tego materiału uczyć. Pomijając, rzecz jasna, cel doraźny – egzamin.

Heroicznym zdobywcom matury nie przychodzi do głowy, że pizza o średnicy 40 cm jest większa od dwóch pizz o średnicy 28 cm. Nie mają w ogóle pomysłu, że do tego też może służyć matematyka.

Miliony izolowanych faktów dużo trudniej przyswoić niż te same miliony połączone w sensowny system. Mało tego, taki system prowokuje do szukania następnych faktów.

Jest zatem i druga strona medalu, która jest skutkiem tego samego wartościowania, które powoduje, że autorytet belfrów i szkoły spada na łeb. Lata radosnych eksperymentów edukacyjnych w połączeniu z ekonomiczną selekcją negatywną do zawodu spowodowały, że dziś zarzuty wobec nauczycieli nader często bywają słuszne. I nie chodzi nawet o słynne 18 godzin pensum, bo dobry nauczyciel i wychowawca wielokrotnie zwiększa to pensum w różnych formach samodoskonalenia, przygotowania lekcji, tworzenia dodatkowych zajęć, wyjść, projekcji, warsztatów, dyskusji, jak i zaangażowania wychowawczego z tymi uczniami, którzy czując wreszcie prawdziwego pedagoga-przyjaciela, obsiadają go i obarczają problemami, których nie chcą zauważyć np. rodzice.

Artyści edukacji

Rację mają ci, którzy mówią, że 1000 zł nie załatwi problemu. Nie załatwi w perspektywie taktycznej, ale może dać początek poprawy w perspektywie strategicznej. Jeśli państwo uczyniłoby realne kroki ku temu, by najpierw zrozumieć, że edukacja naprawdę jest cenna, a potem wyciągnąć z tego wnioski i zapłacić za to, co jest dla społeczeństwa co najmniej równie cenne jak umiejętność zarządzania pieniędzmi, to najpierw na kierunkach pedagogicznych, a potem w szkole pojawiliby się ludzie, którzy byliby artystami edukacji. Do tego trzeba dołożyć drugi składnik – głęboką i rzetelną refleksję na temat kształtu edukacji, postawienie jej wysokich wymagań, by hasłowo mówiąc, nauczyciela w klasie nie byłoby tak łatwo zastąpić wyszukiwarką w Google'u.

Wtedy w szkole byłaby – jak w banku – konkurencja pomiędzy specjalistami, którzy umieją sprostać wymaganiom nowoczesnej szkoły i uczestniczyć w jej kreowaniu. Minister Emilewicz, mówiąc o bankach, skarży się, że „pozyskanie dobrych pracowników z rynku jest naprawdę trudne", więc trzeba ich wynagradzać „obficie". Zapewniam Panią Minister, że pozyskanie dobrych nauczycieli „z rynku" jest co najmniej tak samo trudne, więc...

Pozostaje jeszcze jedna grupa, która zarabia nieźle, choć Marek Suski jest innego zdania. Posłowie. Tu mechanizm kompetencji działa mniej. Nie mówi się o kwalifikacjach, które są cenne i warte wynagradzania. Określenie „prawdziwy fachowiec" z roku na rok oznacza coraz bardziej cynika, demagoga, który uważa za cnotę i mistrzostwo umiejętność przegadania drugiego – czyli słynnej narracji. Prawdziwa fachowość, ideowość i przyzwoitość jest tu co najmniej dwuznaczna. Staje się raczej obciążeniem.

W tym świecie po prostu mówi się o zapobieganiu korupcji. Kwalifikacje poselskie nie zawierają uczciwości, choć wydawałoby się, że właśnie to jest sfera, do której – jak mawia pewien Prezes – nie idzie się po pieniądze. Posłowi trzeba płacić, by nie był narażony na pokusę korupcyjną. Partiom politycznym trzeba płacić z budżetu, bo inaczej wpadną w szpony lobbystów. Nie żeby mieli jakieś wewnętrzne standardy, jakie uważamy za oczywiste i jakich wymagamy od lekarzy, nauczycieli czy policjantów. Te standardy i tę uczciwość trzeba kupić. Im musimy płacić, a lekarzom, nauczycielom, pielęgniarkom, policjantom i innym nie musimy, bo oni te standardy po prostu mieć powinni, a jeśli nie, to naślemy prokuratora.

A pani minister Emilewicz szczerze współczuję tych ośmiu i pół tysiąca miesięcznie, innych benefitów nie wypominając. Ubolewam, że z tego jeszcze musi opłacić mieszkanie. Być może jednak tak dobry fachowiec – wzorem bliskiej współpracownicy Pana Prezydenta – znajdzie miejsce płatne znacznie lepiej, np. w spółce Skarbu Państwa. Cierpliwości, Pani Minister.

Autor jest dr. nauk humanistycznych, filozofem i politologiem. Wykłada na Wydziale Polonistyki UW. Był nauczycielem licealnym.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA