fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rząd PiS

Prawne zabiegi rządu PIS przeciwko Tuskowi

AFP
Polska wciąż szuka proceduralnych możliwości zablokowania nominacji dla byłego premiera.

Polityczny argument, że nie powinno się mianować szefa Rady Europejskiej wbrew woli kraju jego pochodzenia, nie został przyjęty przez żadne państwo w UE. Polska mnoży zatem wątpliwości prawne. Jest jednak mało prawdopodobne, żeby udało jej się zablokować wybór Tuska od tej strony.

– Nie ma takiej prawnej możliwości – mówi „Rzeczpospolitej" Jean-Claude Piris, prawnik, współautor unijnych traktatów.

Przede wszystkim sam traktat jest w tej sprawie ogólny. Pozostawia szefom państw i rządów ogromną swobodę w decydowaniu, kogo i w jaki sposób wybrać. Wiadomo, że decyzja zapada kwalifikowaną większością głosów, kadencja przewodniczącego trwa 2,5 roku i jest jednokrotnie odnawialna.

Polskie racje...

Przyjmuje się, że szefem Rady powinien być jej były lub obecny członek, czyli premier lub prezydent państwa członkowskiego, ale – i tu rację ma Polska – nigdzie to nie jest zapisane. Przyjmuje się także, że w przypadku odnowienia mandatu na drugą kadencję dotychczasowego przewodniczącego jego osoba nie musi być przez nikogo zgłaszana, a procedura jest właściwie automatyczna, ale – tu też rację ma Polska – nie jest to nigdzie zapisane.

Polska chciałaby, żeby jej kandydat – Jacek Saryusz-Wolski – został zaproszony na szczyt i mógł przedstawić przywódcom swoją wizję. Prezydencja maltańska odmówiła, argumentując, że panuje pogląd, iż dla takiego zaproszenia powinna być jednomyślność, a takiej nie ma. Znów jednak bez powołania się na żadne przepisy, bo ich po prostu nie ma. Nasi dyplomaci słusznie argumentują, że przy stanowisku, którego historia liczy zaledwie 7,5 roku, trudno mówić o utartych i nienaruszalnych zwyczajach. I że byłoby z pożytkiem dla wszystkich, gdyby uzgodniono jasne i precyzyjne reguły wyboru w postaci wewnętrznych regulacji Rady. To jednak wcale nie musi podobać się przywódcom, którzy nie chcą mieć związanych rąk. Nawet jednak gdyby chcieli jasnych reguł, to do czwartku na pewno ich nie uzgodnią. Ani nawet do końca maja, a to ostateczna data wskazania przewodniczącego.

Przy jasnym zapisie, że decyzja zapada większością głosów, można próbować odwoływać się do tzw. kompromisu luksemburskiego. To nieformalne porozumienie z 1966 roku, które przewidywało, że państwo członkowskie może w sprawach dla siebie kluczowych zażądać jednomyślności, nawet jeśli prawo przewiduje głosowanie większościowe.

Kompromis ten został wprowadzony dla Francji, która prowadziła politykę pustego krzesła, nie zgadzając się na podjęcie niekorzystnej dla siebie decyzji w drodze głosowania większościowego.

...i sztuczki

Prawnicy wskazują jednak, że nie ma on już zastosowania. Po raz ostatni próbowała się do niego odwołać Polska w 2006 roku (pod rządami PiS), żeby zablokować niekorzystną dla siebie reformę rynku cukru. Udało się to na dwie godziny. – Poza tym w tym wypadku trudno argumentować, że wybór przewodniczącego RE to żywotny dla Polski interes – mówi Jean-Claude Piris.

Polska premier może też spróbować użyć innych instrumentów. Może np. przywołać kompromis z Joaniny, który pozwala na obniżenie progów mniejszości blokującej daną decyzję. O ile normalne progi dla wyboru szefa RE mówią o minimum ośmiu krajach reprezentujących minimum 65 proc. ludności UE, to Joanina obniża je do sześciu państw lub 49 proc. ludności, przy czym wystarczy spełnienie tylko jednego progu. Polska nawet tego obniżonego progu dla grupy sojuszników nie uzyskała. W ostateczności Beata Szydło może opuścić salę, ale to też nie zablokuje decyzji większości.

 

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA