fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Widmo rosyjskiej agresji wisi nad Zachodem

AFP
Kreml gra dzisiaj na rozbicie wspólnoty euroatlantyckiej. Im większy chaos panuje w świecie Zachodu, tym bardziej realne jest zagrożenie ze Wschodu – pisze były szef Służby Wywiadu Wojskowego.

Pytanie o skalę zagrożenia militarnego ze strony Rosji stawiamy sobie od ponad 300 lat. Całkowicie rzecz jasna inny wymiar ma ono w ostatnich latach – po upadku komunizmu i wejściu Polski do NATO i UE. Jednak nasz wschodni sąsiad dość konsekwentnie na różne sposoby dokłada starań, abyśmy traktowali groźbę agresji z jego strony z należytą powagą i uznawali ją za realną. Bo ona jest realna.

Jednocześnie warto zauważyć, że pomimo bogatej publicystyki i literatury eksperckiej niełatwo jest doświadczyć przekonujących ocen trafnie identyfikujących cele Rosji w polityce zagranicznej. Zresztą pytanie: co myślą, czym się kierują i jak działają Rosjanie, jest od lat przedmiotem – często niekonkluzywnej – dyskusji polityków i ekspertów w najważniejszych stolicach świata.

Nie ulega wątpliwości, że hierarchizacja priorytetów i kryteriów politycznych Rosji jest warunkiem do skutecznego zrozumienia jej aktywności w sferze bezpieczeństwa. Tak więc najważniejszym celem i zadaniem oligarchii rządzącej dziś na Kremlu jest zachowanie władzy i przeciwdziałanie procesom, które jej zagrażają, a także jednoczesne zwalczanie i osłabianie tych, którzy są identyfikowani jako przeciwnicy polityczni i ideowi. To prawda banalna, ale wymaga przypomnienia dla czytelności narracji: Rosja jest krajem autokratycznym, który nie uznaje takich wartości jak demokracja i wolność słowa, gdzie rządzący nie zamierzają oddać władzy w rezultacie wyborów, a najlepszym sposobem, by to osiągnąć, jest niedopuszczenie do powstania efektywnej opozycji i odcięcie jej od ewentualnego wsparcia z zagranicy. W celu ochrony takiego systemu stworzono odrębną ideologię, w ramach której Rosja jest globalnym punktem odniesienia, a liberalna demokracja źródłem upadku i słabości.

Powstrzymać efekt domina

Moskwa miała w ostatnich latach powody do obaw: najpierw kolorowe rewolucje w Gruzji i na Ukrainie, potem arabska wiosna i w końcu bunt na Majdanie, który oddziaływał już bezpośrednio na świadomość rosyjskiego społeczeństwa, a jednocześnie – w inny sposób – Kremla. Przecięcie łańcucha zdarzeń, w wyniku których od władzy (oddolnie czy – jak chcą rządzący Rosją – w wyniku inspiracji z zewnątrz) odsuwani są dyktatorzy w państwach ważnych z punktu widzenia rosyjskich interesów to bezpośredni powód ataku na Ukrainę i rozpoczęcie interwencji w Syrii. Rosja skutecznie identyfikowała i antycypowała zagrożenie, następnie zareagowała stanowczo i skutecznie, osiągając założone cele. Baszar al-Asad będzie z pewnością najsilniejszym partnerem w negocjacjach na temat przyszłości Syrii; nie kwestionują już tego ani Amerykanie, ani ich europejscy sojusznicy. Ukraina zaś jest państwem w stanie wojny, znajdującym się pod stałą presją polityczną i dyplomatyczną ze strony Moskwy, bez szans – przynajmniej w ciągu najbliższych lat – na realny dialog na temat członkostwa w UE i NATO. Jej władze muszą się stale liczyć z działaniami Rosji uderzającymi w ich legitymację i żywotne interesy.

Kolejnym wspólnym mianownikiem wojen w Syrii i na Ukrainie jest główny rywal i punkt odniesienia dla rosyjskiej polityki zagranicznej – Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. USA są w rosyjskiej interpretacji globalnego porządku głównym czynnikiem sprawczym w polityce międzynarodowej, zarówno wtedy, gdy planują i realizują konkretne działania, jak i wówczas, gdy się od nich – świadomie bądź nie – powstrzymują. Jest swoistym paradoksem, jak mało w XXI wieku USA zajmowały się Rosją (sytuację tę lekko zmieniła ingerencja Federacji Rosyjskiej w amerykańskie wybory prezydenckie), a jak bardzo niemal każde wydarzenie na świecie łączone jest w Moskwie z aktywnością USA. Cały rosyjski aparat propagandowy w czasie kryzysu ukraińskiego eksponował inspirującą rolę Stanów Zjednoczonych w organizacji zamachu stanu i odsunięciu prezydenta Janukowycza od władzy, pomimo że Waszyngton w czasach prezydentury Baracka Obamy (w przeciwieństwie do Polski i UE), de facto nie prowadził w stosunku do Ukrainy żadnej polityki.

Właśnie USA, a nie jej europejscy sojusznicy, były i są celem, jak również punktem odniesienia rosyjskiej polityki i propagandy. Wobec Europy gra była zawsze bardziej subtelna i wyrafinowana. Moskwa doceniała zawsze „pragmatyczne" podejście Berlina, Paryża czy Rzymu do uwzględniania jej interesów. Krytyka dotycząca mankamentów rosyjskiej, „suwerennej", demokracji była raczej rutynowa. Ograniczała się do komunikatów medialnych po oficjalnych spotkaniach i niemal nigdy nie przekładała się np. na ograniczenie gotowości do realizacji interesów (jak np. w odniesieniu do budowy gazociągu Nord Stream).

Rosjanie stosowali w zasadzie jedną konsekwentną zasadę: nie rozmawiać z instytucjami i urzędnikami Unii Europejskiej, a istotne dla nich kwestie omawiać bezpośrednio z przywódcami państw europejskich. Kryzys polityczny po aneksji Krymu i ataku na Ukrainę skomplikował relacje z Niemcami i Francją, głównymi konstruktorami i notariuszami porozumień mińskich, ale nie skorygował metod działania rosyjskiej dyplomacji, czego skutki można obserwować, np. słuchając ostatnich wypowiedzi niektórych polityków wyszehradzkich czy, dajmy na to, bułgarskich.

Dziel i rządź

Dochodzimy w tym miejscu do kolejnego celu rosyjskiej polityki, jakim jest dekompozycja NATO i Unii Europejskiej. Nawet wtedy, gdy poszczególne państwa tworzące obie, jakże różne, organizacje prowadziły odmienną politykę wobec Rosji, Bruksela – w dwóch wymiarach: natowskim i unijnym – stabilizowała zdrowy, oparty na wartościach krytycyzm w stosunku do działań Moskwy. Unia, uznawana przez Rosję za słabą, mniej groźną, czy wręcz godną lekceważenia, stała się dla wielu społeczeństw Europy Wschodniej synonimem bezpieczeństwa socjalnego, stabilnego prawa i dobrobytu czyli antytezą „ruskiego miru", organizowanego w myśl logiki czerpiącej z dorobku KGB, że potencjalnych partnerów/rywali można albo przekupić albo zastraszyć. Jeśli nie ma szans na skuteczną rywalizację z nimi, trzeba ich zdezintegrować, skłócić i rozbić. Według tego kryterium Rosja wspiera tendencje nacjonalistyczne, separatystyczne, populistyczne i autorytarne w Europie, ponieważ prowadzi to do dekompozycji obu organizacji opartych na – w założeniu – solidarnej współpracy demokratycznych państw, która w takim wydaniu rodzi zagrożenie dla interesów Moskwy.

Kolejnym zadaniem rosyjskiej polityki jest kontrola przestrzeni poradzieckiej, w przeszłości określanej mianem „bliskiej zagranicy". Moskwa za jeden z fundamentów swej strategii uznaje prawo do zachowania dominującej pozycji politycznej i gospodarczej w krajach byłego ZSRR, z wyłączeniem państw bałtyckich. O ile pogodziła się z tym, że nie jest w stanie pełnić roli hegemona w dawnym stylu, za oczywiste uważa, że należy zwalczać na tym obszarze poszerzanie wpływów innych, głównie USA i UE (ale też Turcji czy Chin). Dzisiaj oznacza to de facto przeciwstawienie się demokratyzacji tych państw, zwalczanie ich potencjalnych aspiracji do członkostwa w UE i NATO, a jednocześnie próby kreowania alternatywnych struktur, takich jak Wspólnota Niepodległych Państw, Związek Białorusi i Rosji czy w innym wymiarze układ taszkiencki i Szanghajska Organizacja Współpracy. W tym kontekście rosyjska agresja na Gruzję czy Ukrainę, której strategicznym celem było uczynienie tych państw niezdolnymi do członkostwa w NATO, ale też w UE, była – z moskiewskiego punktu widzenia – działaniem defensywnym.

Istotnym elementem pozwalającym przewidzieć skalę rosyjskiej aktywności militarnej była zawsze ocena potencjalnej kontrreakcji rywala. Czynnikiem sprzyjającym operacjom wojskowym w Gruzji, na Ukrainie i w Syrii było przekonanie o braku reakcji militarnej Zachodu (NATO, USA) i pełnej możliwości osiągnięcia założonych celów militarnych. Ryzyko wojskowe ponoszone w trakcie tych wojen było ograniczone. Największe w wojnie ukraińskiej, gdzie przy pełnym rozpoznaniu katastrofalnego stanu ukraińskiej armii, niespodzianką była determinacja formacji ochotniczych i przeszacowanie nastrojów prorosyjskich poza Donbasem. Decyzje Kremla oparte były zawsze na zimnej kalkulacji i realizowane według przygotowanego zawczasu planu, gdzie potencjalne zagrożenia były starannie i – jak się później okazywało – trafnie definiowane. Nie były to operacje spontaniczne czy awanturnicze, tylko podręcznikowe wręcz użycie środków militarnych do realizacji celów politycznych.

Pożyteczni idioci 2.0

Co z tego wynika dla aktualnej oceny zagrożeń militarnych ze strony Rosji dla Polski i wschodnich państw NATO? Pomimo że rosyjska (czy w przeszłości radziecka) narracja polityczna była zawsze defensywna (w jej myśl, to Moskwa broni swojej suwerenności przed zagrożeniem ze strony Zachodu, NATO czy USA) to dziś jest ona po prostu adekwatna do rzeczywistości, z jednym zastrzeżeniem: Zachód nie zagraża Rosji militarnie, ale cywilizacyjnie. W logice kremlowskich strategów ta różnica się jednak zaciera – aby odeprzeć zagrożenie należy więc rozbudować zdolności militarne, izolując własne społeczeństwo od wpływów demokratycznego świata, nawet kosztem własnego rozwoju gospodarczego. Paradoksalnie, Rosja jest dziś bliższa Korei Północnej niż państwom europejskim. Nikogo na starym kontynencie nie trzeba przekonywać o destrukcyjnym charakterze jej polityki zagranicznej. Wydaje się, że ona sama również ostatecznie utraciła zapał do udawania, że mogłaby być państwem demokratycznym i pluralistycznym. Rządzący na Kremlu, chcąc zachować władzę, straszą świat swoim potencjałem militarnym, mając świadomość braku innych atutów. Dodatkowo, podejmując strategiczne decyzje, mogą oni nie przejmować się zbytnio głosem opinii publicznej.

Pomimo że rosyjskich planistów politycznych i wojskowych stale nurtuje pytanie, czy agresja na jedno z państw NATO musi oznaczać konfrontację z całym sojuszem, Rosja nie jest obecnie zainteresowana atakiem na państwa bałtyckie, a tym bardziej na Polskę. Kreml ocenia, że NATO wyciągając wnioski z kryzysu ukraińskiego zrobiło wiele, by pokazać, że jest w stanie realnie bronić swoich członków. Pamięta także, co nie wszyscy uwzględniają w swoich kalkulacjach, o poważnym potencjale wojskowym, którym dysponuje obecnie Ukraina. Chce zaprezentować się natomiast jako państwo wystarczająco silne organizacyjnie i militarnie, aby skutecznie zabezpieczyć swoje interesy w regionie i na świecie (czego przykładem była propagandowa inscenizacja ćwiczeń wojskowych Zapad, jakże przydatna w uświadamianiu niektórym naszym sojusznikom rzeczywistej skali rosyjskiego zagrożenia).

Rosja dąży aktualnie do usankcjonowania aneksji Krymu i zniesienia sankcji gospodarczych, światowe kryzysy analizuje pod kątem ich wpływu na ceny ropy i gazu. Nie zawaha się także przed podjęciem żadnego działania prowadzącego do rozbicia wspólnoty euroatlantyckiej – to jest dzisiaj prawdziwy front. Z jej punktu widzenia napięcia wewnątrz UE i na linii Europa – USA to wielka szansa, zaś Alternatywa dla Niemiec, Syriza, Front Narodowy, Jobbik to „pożyteczni idioci" w wersji 2.0, podobnie jak zwolennicy brexitu czy katalońscy separatyści. Rosjanie, grając na dezintegrację obecnego porządku, mając sprzymierzeńców w Europie i przyzwolenie administracji USA na suwerenne/niedemokratyczne sprawowanie władzy, są w stanie osiągnąć więcej, niż wprowadzając czołgi do państw bałtyckich czy Polski.

Możemy więc na razie w spokoju cieszyć się rozstawieniem naszej reprezentacji z pierwszego koszyka w losowaniu grup na mistrzostwach świata w Rosji, ale – w dłuższej perspektywie – powinniśmy uważnie obserwować rozwój sytuacji politycznej i militarnej w regionie. Nasz przeciwnik znany jest z tego, że skutecznie wykorzystuje nadarzające się okazje – od lat uprawia hokej, szachy i sporty walki, my zaś preferujemy siatkówkę i skoki narciarskie, a ostatnio również, niestety, podchody.

Autor jest generałem brygady, byłym oficerem wywiadu UOP i AW oraz kontrwywiadu UOP i ABW, w latach 2008–2015 szef Służby Wywiadu Wojskowego. Od 2016 roku poza służbą

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA