fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Kisilowski: Przetrwać w dobie Trumpa

Maciej Kisilowski
Rzeczpospolita
Kryzys ładu, którego zapowiedzią jest wynik wyborów w USA, może być kłopotem dla PiS. Kiedy Zachodu w roli „złego policjanta", nie będzie ona miała kim Polaków straszyć – pisze prawnik.

Jest coraz bardziej realnym scenariuszem, że Zachód, do którego tak wytrwale dążyliśmy, może w obecnej formule po prostu przestać istnieć. Społeczny bunt przeciw fundamentom globalnego, liberalnego ładu przybiera bowiem na sile.

Ameryka wybrała właśnie na prezydenta Donalda Trumpa — kandydata otwarcie kwestionującego sens istnienia NATO i amerykańskie zobowiązania wobec sojuszników, oraz publicznie komplementującego przywódcze cechy Władimira Putina czy Kim Dzong Una. W pobrexitowej Wielkiej Brytanii radykalizują się ksenofobiczne postawy. Za pasem referendum we Włoszech i wybory w Austrii, Francji, Holandii, Niemczech, ze skrajnie prawicowymi partiami, dla których rośnie poparcie w sondażach.

Zbyt wiele razy w historii elity w naszym kraju, zajęte wewnętrznymi bitewkami, dawały się zaskoczyć gwałtownemu pogorszeniu sytuacji międzynarodowej. Nie powinniśmy popełnić dziś tego samego błędu. Broniąc historycznie korzystnego dla Polski transatlantyckiego ładu, musimy jednocześnie przygotowywać instytucje naszego państwa na ewentualność, że system ten znacząco się osłabi bądź nawet całkowicie się rozpadnie.

Wbrew pozorom, zarówno PiS, jak i opozycja są kompletnie niegotowe do zarządzania państwem w nadchodzącej Dobie Donalda Trumpa. Dla naszych liberalnych elit, zachodnie standardy to wręcz dogmatyczny punkt odniesienia. Cały proces myślenia o politykach publicznych dzisiejszej opozycji opiera się na upodobnieniu Polski do Zachodu. Co zrobią liderzy Platformy czy Nowoczesnej, gdy zachodnimi standardami stanie się torturowanie więźniów (które otwarcie popierał Trump) albo publikowanie zdjęć nieprawomyślnych sędziów jako „wrogów ludu", co parę dni temu uczyniły brytyjskie tabloidy?

Paradoksalnie jednak kryzys liberalnego ładu może być jeszcze większym kłopotem dla PiS. Podobnie jak w wielu innych krajach, polityczny projekt polskiej prawicy opiera się na niełatwym współistnieniu konserwatywnych pragmatyków z narodowo-religijnymi radykałami. Ci pierwsi potrzebują tych drugich, by wygrywać wybory, ale jednocześnie robią co mogą, by utrzymać nad nimi polityczną kontrolę. Zachód jest tutaj wyjątkowo użyteczny, pełniąc rolę „złego policjanta". Pomysły najbardziej skrajnych środowisk muszą pozostać w szufladzie – bo Unia, bo Strasburg, bo dotacje.

Jeśli tych instytucjonalnych bezpieczników zabraknie, prawica co i rusz będzie targana kryzysem podobnym do tego, który wybuchł wokół zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Nagle może się okazać, że żaden Zachód nie będzie nam bronił wsadzać homoseksualistów do więzień, pompować miliardy w absurdalne projekty gospodarcze, czy nacjonalizować majątek różnego rodzaju „wrogów". Tylko jak wtedy kontrolować rewolucję?

Nie ma się co oszukiwać: niezależnie, co byśmy zrobili, bilans ewentualnego osłabienia obecnego transatlantyckiego ładu będzie dla nas jako kraju bardzo niekorzystny. Jeśli jednak chcemy uniknąć narodowej katastrofy a także wykorzystać pewne szanse, które taki scenariusz nam otwiera, musimy domagać się od naszych polityków jasnej strategii dla kraju.

I nie chodzi tutaj o kolejny zbierający kurz dokument albo efektowną prezentację w Powerpoincie. Przykłady odnoszących sukcesy, strategicznie zintegrowanych korporacji albo podobnie zarządzanych państw (np. Irlandia, Izrael, Korea Południowa) pokazują, że zarządzanie strategiczne sprowadza się w istocie do trzech wzajemnie powiązanych praktyk.

Po pierwsze, chodzi o odwagę w wybieraniu priorytetów. Ostatnie ćwierćwiecze niemal stałego wzrostu gospodarczego, unijnych dotacji oraz możliwości outsource'owania znacznej części naszej obrony narodowej na partnerów z NATO nauczyło nas zakładać, że państwo to trochę taki hotel all-inclusive. Prosisz i nowy posiłek pojawia się po prostu na twoim stole. Sfinansowany z długu program 500+ to tylko najnowszy przykład tego myślenia.

Tymczasem w Dobie Trumpa, konkurencja pomiędzy izolacjonistycznymi i krótkowzrocznie protekcjonistycznymi państwami będzie bez porównania bardziej agresywna. Mit „narodowo-konserwatywnej międzynarodówki" jest już teraz boleśnie weryfikowany lodowatym podejściem do Polski ze strony niedawnego sojusznika PiS, czyli Wielkiej Brytanii. Radykalne obniżenie podatków przez Viktora Orbana i podobne propozycje Trumpa to przedsmaki przyszłości nacechowanej bezpardonową walką o inwestorów dających miejsca pracy.

Czy nam się to podoba czy nie, w szranki tych podatkowych (a zapewne i regulacyjnych) „Igrzysk Śmierci" będzie musiał stanąć i nasz kraj. A w związku z tym, jako społeczeństwo będziemy musieli podjąć ogromnie trudne wybory: jakie usługi i dobra publiczne finansować przy stałej presji na utrzymanie podatkowej konkurencyjności?

Po drugie, strategia to nie tylko cele; to także pomysł na jak najlepsze wykorzystanie naszych narodowych zasobów. Wyobraźmy sobie bowiem, że nagle zabraknie unijnych funduszy i know-how, a zachodnie korporacje znajdą się u siebie pod polityczną presją, by nie transferować wiedzy na zewnątrz – do państw takich jak Polska. W takim scenariuszu, zarówno nasz rodzimy kapitał, jak i rzadkie kompetencje staną się jeszcze bardziej krytycznym warunkiem dalszego rozwoju.

W niepewnym świecie nie będzie po prostu miejsca na niefrasobliwe zarządzanie spółkami skarbu państwa albo skreślanie milionów wykształconych, kreatywnych obywateli jako „gorszego sortu" (albo „sekty smoleńskiej"!). Krytyczne dla Polski obszary – polityka gospodarcza, obronność, stosunki międzynarodowe – będą potrzebowały najlepszego dostępnego w Polsce talentu. W bezpiecznym, liberalnym świecie wyrzucanie na bruk profesjonalistów i obstawianie stanowisk misiewiczami to problem głównie estetyczny. W Dobie Trumpa może być to problem egzystencjalny.

Po trzecie, zarządzanie strategiczne wymaga żelaznej konsekwencji i dyscypliny. W Dobie Trumpa przewidywalność danego kraju może stać się jedną z głównych przewag konkurencyjnych. W pewnych granicach, merytoryczna słuszność danego rozwiązania może być w istocie mniej ważna niż stabilność.

Dzisiaj prym w niepotrzebnym zmienianiu dla samej zmiany wiedzie partia rządząca. Nawet z perspektywy czysto politycznej, nie było żadnego racjonalnego powodu, by rozpętywać roczną, wyniszczającą batalię o Trybunał Konstytucyjny. Wywracanie do góry nogami sytemu oświaty, który (w świetle międzynarodowych badań) jest jednym z najlepiej funkcjonujących obszarów naszej polityki publicznej, jest równie nieroztropne.

Paradoksalnie jednak to dzisiejsza opozycja, jeśli dojdzie do władzy w 2019 roku, będzie musiała szczególnie mocno ważyć wierność pryncypiom z pragmatyczną troską o stabilność i kontynuację. Ostatnią rzeczą, której nasz kraj będzie potrzebował w niepewnym świecie to kolejna fala rewanżyzmu, długie miesiące procesów przed Trybunałem Stanu lub rewolucje na siłę odwracające zmiany wprowadzone przez PiS.

Jeśli czarny scenariusz się ziści, ryzyka dla Polski są ogromne. Dziś boimy się, że skończymy jak Grecja. Bez zachodniego „dopalacza", możemy w kilka lat stoczyć się do poziomu Białorusi czy Uzbekistanu. Nawet jednak jeśli rozpad Zachodu nie będzie aż tak daleko idący, obecna sytuacja to idealny moment, by powiedzieć naszym politycznym elitom: nasi zachodni „rodzice" są ciężko chorzy. Może ich zabraknąć. Najwyższy czas dorosnąć.

Autor jest profesorem prawa i zarządzania publicznego w Central European University i współautorem „Administrategii" – kompendium wiedzy o strategicznym zarządzaniu w sektorze publicznym

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA