fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Tomasz Grzegorz Grosse o przyszłości strefy euro

Zarysowana przez Emmanuela Macrona wizja Europy nie budzi entuzjazmu nad Renem.
AFP
Wszystko wskazuje na to, że kwestie dotyczące przyszłości strefy euro rozstrzygną się zgodnie z preferencjami Berlina, a nie Paryża – przewiduje w ekspert dziedzinie spraw europejskich.

W swym słynnym wrześniowym przemówieniu na uniwersytecie sorbońskim Emmanuel Macron mówił m.in. o konieczności dokonania sanacji strefy euro. Było to przemówienie z ducha europejskie i francuskie.

Europejskie dlatego, że Macron proponował reformy mające wzmocnić strefę euro, aby nie powtórzył się kolejny kryzys podobny do tego, który rozpoczął się w 2010 roku. Tym samym wspierał dalszy rozwój projektu integracyjnego w Europie. Wśród proponowanych reform Macron wymienił m.in. konieczność powołania silnego budżetu dla strefy euro, który miałby nie tylko ratować zagrożone państwa, ale przede wszystkim inwestować w słabsze gospodarki w celu poprawy ich konkurencyjności. Jego finansowanie miałyby zapewniać nowe podatki europejskie, np. węglowy od importerów do UE, których produkcja opiera się na energii z węglowodorów i o niższych od europejskich standardach ekologicznych. Ponadto, z opodatkowania usług cyfrowych i pochodzących z części dochodów uzyskanych z harmonizacji podatków od przedsiębiorstw.

Oprócz tego Macron zakładał ustanowienie ministra finansów i parlamentu dla strefy euro. Ten pierwszy miałby zarządzać budżetem strefy euro, a ta druga instytucja zapewniałaby demokratyczną nad nim kontrolę. Wszystkie te propozycje zmierzają do uczynienia ze strefy euro serca europejskiej federacji, zwłaszcza w wymiarze fiskalnym.

Odbudowywanie wpływów

Propozycje prezydenta Macrona są w swojej wymowie również bardzo francuskie. Ustanowienie silnych mechanizmów redystrybucyjnych w strefie euro miałoby bowiem wzmacniać inwestycje nad Sekwaną i przywrócić wigor francuskiej gospodarce. W ten sposób zmniejszyłby się zapewne dystans między siłą ekonomiczną Niemiec i Francji, co ma przełożenie na skrócenie dystansu politycznego między tymi państwami. Reformy prowadziłyby do uwspólnotowienia polityki fiskalnej, a tym samym wspólnej odpowiedzialności za długi państw członkowskich (w tym oczywiście również Francji). Jednocześnie rozwój integracji w centrum oznaczałby jej nadwątlenie w relacji do państw spoza unii walutowej.

W ten sposób spełniłaby się francuska wizja Europy dwóch prędkości, która ma na celu odbudowanie wpływów politycznych Paryża w UE. W mniejszej grupie decydentów głos Francji i jej sojuszników miałby bowiem większe znaczenie. Nawet cele dotyczące podatków europejskich są zgodne z propozycjami od wielu lat wysuwanymi przez Paryż. Zmierzają bowiem z jednej strony do ograniczenia konkurencji producentów spoza Unii na rynku wewnętrznym (podatek węglowy), a z drugiej do zmniejszenia presji konkurencyjnej firm z państw UE o mniejszych stawkach podatkowych (harmonizacja podatku CIT).

Prezydent Francji starał się wybrać najbardziej dogodny moment dla swojego wystąpienia. Wygłosił je tuż po wyborach w Niemczech i przed rozpoczynającymi się rozmowami koalicyjnymi w tym kraju. Dla zdobycia sympatii polityków niemieckich zgodził się również na przejęcie przez niemieckiego Siemensa firmy Alstom, produkującej szybką kolej TGV i uznawanej dotąd za „rodowe srebra" francuskiego przemysłu. Starał się także pokazać Niemcom, że jest zdeterminowany do wprowadzania w swoim kraju trudnych reform strukturalnych, od których kanclerz Merkel uzależniała dotąd postępy w negocjacjach europejskich z Francuzami. Tuż przed niemieckimi wyborami Macron podpisał dekrety liberalizujące kodeks pracy.

Czekając na nowy rząd

Rozmowy koalicyjne w Niemczech będą zapewne trudne i czasochłonne. Nie wiadomo więc kiedy poznamy odpowiedzi na projekty prezydenta Francji. Niemniej jednak jego propozycje mogą napotkać opór ze strony Berlina. Niemcy od wielu lat nie zgadzali się na unię transferową w strefie euro, a więc finansowanie z własnych podatków transferów inwestycyjnych lub socjalnych do słabszych państw. Zarówno niemieccy chadecy, jak i liberałowie, nie zgadzają się na uwspólnotowienie polityki fiskalnej, w tym długów w innych państwach członkowskich.

Lider liberałów Christian Lindner nie wyobraża sobie osobnego budżetu i podatków dla strefy euro, gdyż jego zdaniem oznaczałoby to stworzenie wspólnego państwa. Skrytykował też pomysł ustanowienia stanowiska ministra finansów, gdyż nie chce, aby decydował on o transferach finansowych w strefie euro. Politycy niemieccy są też sceptyczni wobec umiejscowienia tego stanowiska w strukturach Komisji Europejskiej, co mogłoby wzmocnić technokrację europejską, a tym samym potencjalnie osłabić wpływ Berlina na decyzje podejmowane przez tego ministra. Niemcy nie chcą zbyt wielu nowych instytucji, aby nie trzeba było zmieniać traktatów europejskich. Byli też dotąd niechętni trwałemu podziałowi na Europę dwóch prędkości, gdyż mogłoby to nie tylko wzmocnić wpływy Paryża i jego sojuszników w Europie, ale także przyczynić się do dalszego oddalania się części państw Europy Środkowej od Niemiec i od idei integracyjnych.

Stratedzy niemieccy zamierzają wykorzystać dyskusję o przyszłości strefy euro do lansowania własnych pomysłów, które od lat przedstawiają partnerom europejskim. Przede wszystkim dążą do wzmocnienia dyscypliny fiskalnej i pogłębienia reform strukturalnych w słabszych państwach Eurolandu. W październiku Ministerstwo Finansów Niemiec przedstawiło plan reform w strefie. Angela Merkel poparła te propozycje. Były one też dyskutowane w gronie ministrów finansów unii walutowej. Oznacza to, że staną się one podstawą dla negocjacji nad przyszłością strefy euro w nadchodzących miesiącach.

Przeciąganie liny

Propozycja niemiecka przewiduje przekształcenie Europejskiego Mechanizmu Stabilności (EMS) w Europejski Fundusz Walutowy. Zadaniem tego funduszu byłoby udzielanie pożyczek stabilizacyjnych (a więc nie inwestycyjnych), które w zamian za ratowanie sytuacji fiskalnej wymagały poważnych reform od państw unii walutowej i utrzymania dyscypliny budżetowej. Fundusz miałby uzupełniać działania Komisji Europejskiej, która, jak pokazała praktyka, w różnym stopniu egzekwowała dotąd politykę oszczędności. Dla jednych państw była surowa, a dla innych tolerancyjna. W ubiegłych latach Komisja kilkakrotnie wzbudziła zastrzeżenia Berlina, na przykład, kiedy trzykrotnie prolongowała terminy dostosowań fiskalnych ze strony Francji. Dlatego propozycja reform w strefie euro jest dowodem braku zaufania Berlina do Komisji i jej rosnącego upolitycznienia, zamiast bezstronnych działań na rzecz egzekwowania prawa europejskiego. Komisja pod kierunkiem Jeana-Claude'a Junckera zyskała też opinię szczególnie przyjaznej wobec Paryża.

Co więcej, powołanie funduszu oznaczałoby, że nie byłoby potrzeby tworzenia nowej linii budżetowej, bo wykorzystane zostałyby środki instytucji już istniejącej. Niemcy nie chcą, aby fundusz walutowy był wsparciem systemowym dla depozytów bankowych w unii walutowej (i w całej Unii). Może być wsparciem dla banków w ramach mechanizmu ich restrukturyzacji i uporządkowanej likwidacji, ale tylko wówczas, kiedy zmniejszy się systemowe ryzyko bankructw w tym sektorze. Oznaczałoby to uprzednie wprowadzenie rozwiązań mających redukować nadmierne obciążenie złymi kredytami. Szacuje się, że w sumie w strefie euro sięgają one 915 mld euro, z czego 30 proc. przypada na banki włoskie.

Politycy niemieccy chcieliby też, aby fundusz walutowy zajął się restrukturyzacją długów w strefie euro, co oznacza przede wszystkim konieczność dokonania cięć zadłużenia, które dotkną inwestorów prywatnych. Chodziłoby o to, aby w sytuacji niewypłacalności państwa członkowskiego dochodziło automatycznie do wydłużenia terminu zapadalności obligacji tego państwa będących w posiadaniu prywatnych inwestorów lub do częściowego jego umorzenia. Niemcy proponują, aby nowa procedura restrukturyzacji długu należała do przyszłego Europejskiego Funduszu Walutowego, a nie np. do Komisji lub Europejskiego Banku Centralnego.

To bardzo ważny postulat. Wszystkie wymienione działania mające wzmocnić strefę euro mają być ulokowane w funduszu, który podobnie jak EMS byłby instytucją międzyrządową, a więc podporządkowaną woli największych fundatorów, czyli głównie Niemiec.

Wspólne cele

Negocjacje Paryża z Berlinem są kluczowe dla przyszłości Europy. Wiele zależy też od rozmów koalicyjnych w Niemczech. Przykładowo Lindner zdystansował się niedawno od propozycji Europejskiego Funduszu Walutowego. Jednak wszystko wskazuje na to, że kwestie dotyczące przyszłości strefy euro rozstrzygną się zgodnie z życzeniem Berlina. A to oznacza, że maleją szanse na zrównanie potencjału gospodarczego między Francją a Niemcami. W wolniejszym tempie będzie też postępował proces podziału na Europę dwóch prędkości. Brak większych koncesji w kwestii reform strefy euro będzie zapewne kompensowany Francuzom w innych sferach. Chodzi m.in. o wsparcie dla Macrona, który mierzy się z rosnącymi protestami ulicznymi, traci poparcie w sondażach, a jego partia uzyskała bardzo słaby wynik we wrześniowych wyborach do Senatu.

Przemówienie na Sorbonie zawierało wiele propozycji zmian w Unii, które będą zapewne wsparte przez polityków niemieckich. Tak jak stało się w przypadku niedawnej decyzji Rady w sprawie nowelizacji zasad delegowania pracowników. Można tu również wymienić pogłębienie współpracy w polityce obronnej, postępy w zakresie harmonizacji podatków, być może ustanowienie nowej agencji zajmującej się innowacją (pomimo że taka instytucja istnieje już na Węgrzech), powołanie nowych uniwersytetów europejskich i zwiększenie wymiany młodzieży w Europie.

Niemcy mogą też wspierać propozycję ustanowienia agencji zarządzającej azylantami w UE, pomysł lansowany od wielu miesięcy przez Komisję, a zakładający m.in. rejestrację uchodźców, ich relokację i późniejsze wsparcie finansowe dla ich integracji z europejskimi społeczeństwami. Ta ostatnia propozycja może zyskać uznanie potencjalnego koalicjanta chadeków w nowym niemieckim rządzie, partii Zielonych, która w negocjacjach rządowych stawia m.in. postulat wywarcia większej presji na państwach grupy Wyszehradzkiej w kwestii przyjmowania uchodźców.

Autor jest profesorem w Instytucie Europeistyki UW, artykuł wyraża jego osobiste poglądy, a nie instytucji, z którymi jest związany.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA