fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Bogdan Góralczyk: Zimna wojna 2.0

AdobeStock
Dla władz w Pekinie nie ma bardziej zbożnego celu niż zjednoczenie z Tajwanem – pisze politolog i sinolog.

Mimo pozornego wyciszenia w okresie pandemii, w stosunkach amerykańsko-chińskich jest dokładnie odwrotnie: eskaluje napięcie. Do wcześniejszej wojny handlowej w ostatnich miesiącach doszła technologiczna (ZTE, Huawei, 5G, TikTok i in.), wzajemne inwestycje spadły do poziomu 10 proc. tych sprzed pandemii, a wszyscy, nawet w Polsce, odczuwamy narastający spór ideowo-propagandowy i medialny dwóch wielkich mocarstw.

Rolę rzecznika amerykańskich jastrzębi wziął na siebie sam szef dyplomacji Mike Pompeo, który w jednej z ostatnich wypowiedzi stwierdził, iż „chiński Frankenstein wymaga bardziej zdecydowanej globalnej odpowiedzi". Na co Chińczycy odpowiadają mantrą: „nie chcemy wojny, ale się jej nie boimy". I dodają od razu: „w tej wojnie nie będzie wygranych".

Chiny grają na zjednoczenie

Amerykańscy republikanie wskazali w swym programie wyborczym Chiny jako głównego wroga, a przedstawiciele administracji Donalda Trumpa nie przebierają w słowach i często wykraczają poza zwykłą retorykę. Wzmocnili działania po narzuceniu Hongkongowi 1 lipca specjalnej ustawy o bezpieczeństwie oraz prawodawstwa rodem z ChRL.

Każdy w świecie zrozumiał, że tym samym upadła kreatywna formuła „jeden kraj, dwa systemy" wymyślona przez wizjonera chińskich reform Deng Xiaopinga. Automatycznie postawiło to na porządku dziennym kwestię Tajwanu, od czasów Kisingera i Nixona newralgiczną w stosunkach USA – Chiny.

Gdy na świecie mówimy już o „zimnej wojnie 2.0", Chińczycy wciąż uważają, że u nich nie skończyła się jeszcze pierwsza zimna wojna. W regionie pozostały jej relikty: Półwysep Koreański jest podzielony, a po obu stronach Cieśniny Tajwańskiej znajdują się podmioty z Chinami w nazwie.

Toteż dla władz w Pekinie nie ma bardziej zbożnego celu niż zjednoczenie z Tajwanem (do maja tego roku dodawano termin „pokojowe", który teraz zniknął z tamtejszej bieżącej retoryki). Wystarczy wziąć do ręki jakikolwiek oficjalny dokument czy tekst stratega wywodzącego się ChRL, by się o tym przekonać.

Po zmianie statusu Hongkongu Amerykanie nie zawahali się jednak i w stosunku do Tajwanu „poszli na całość". Po raz pierwszy od normalizacji i nawiązania stosunków dyplomatycznych z ChRL, czyli od 1 stycznia 1979 r., wysłali na wyspę oficjalne delegacje. Najpierw przebywał w Tajpej sekretarz ds. zdrowia Alex Azar, a ostatnio, 17–19 września, trafił tam nawet wiceszef amerykańskiej dyplomacji, podsekretarz stanu Keith Krach.

Amerykański dyplomata formalnie przybył na uroczystości pogrzebowe byłego, pierwszego demokratycznie wybranego w latach 90. minionego stulecia, prezydenta Republiki Chińskiej Lee Teng-hui'a. Gdy delegacja sekretarza Kracha wylądowała w Tajpej, w kierunku wyspy ruszyły z czterech kierunków chińskie jednostki morskie i samoloty. A znany z jastrzębich poglądów i cieszący się poparciem władz dziennik „Global Times" zagroził: teraz nasze samoloty i oddziały jedynie przybliżą się do wyspy, ale gdyby na Tajwan trafił amerykański sekretarz stanu lub obrony, to myśliwce chińskie przelecą nawet nad Tajpej.

Jak głosił tytuł innego komentarza redakcyjnego tego dziennika: „Manewry Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej to nie ostrzeżenie, lecz przygotowanie do przejęcia Tajwanu". Natomiast w innym tekście zagroził on pani prezydent Tsai Ing-wen, że jeśli złamie zapisy ChRL-owskiej ustawy antysecesyjnej z 2005 r., to „wywoła wojnę i sama zostanie zmieciona".

Twarda retoryka

Do wzmocnienia retoryki doszło również po stronie tajwańskiej. Prezydent Tsai Ing-wen, przy okazji odwiedzania jednostek wojskowych podkreśliła, że „nie pozwolimy na oddanie nawet piędzi naszej ziemi". Mówiła to wtedy, gdy jednostki z Chin kontynentalnych już ruszyły w kierunku wyspy. Zdaniem „Taipei Times" Amerykanie w reakcji na to nieco się cofnęli i wycofali z programu publiczne imprezy z udziałem sekretarza Kracha, ograniczając je jedynie do zamkniętych spotkań.

O ile wiadomo, nie ograniczono agendy tych rozmów, obejmujących również zakupy nowego amerykańskiego sprzętu wojskowego, w tym samolotów, dronów i systemów obrony przeciwlotniczej. Na co „bojowy" „Global Times" zareagował z kolei tak: „Kiedy Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza skieruje oddziały w celu zjednoczenia z wyspą Tajwan, cały tamtejszy sprzęt wojskowy kupiony u Amerykanów okaże się niczym innym, jak tylko dekoracją". Jako że będzie niekompatybilny ze sprzętem armii chińskiej.

Ta eskalacja staje się groźna, bo chodzi wręcz o imponderabilia. Władze ChRL zapisały nawet w swojej konstytucji artykuł nr 52 zobowiązujący swych obywateli (nie władze!) do wykonania „świętego zadania" zjednoczenia wszystkich ziem chińskich. A przewodniczący Xi Jinping przy każdej możliwej okazji mówi przecież o wielkim renesansie Chin, a takiego, co oczywiste, nie będzie, gdyby Chiny pozostały podzielone.

Z kolei Amerykanie wreszcie zrozumieli, że przez kilka dekad żyli chciejstwem i ułudą, licząc na demokratyzację i liberalizację Chin. Dopiero ostatnio dostrzegli, że jest dokładnie odwrotnie. To raczej Chińczycy, a nie oni stali się największymi beneficjentami globalizacji i otwartych rynków.

Władze w Waszyngtonie wiedzą już dokładnie, że coraz pewniejsze swego Chiny są dla nich poważnym wyzwaniem gospodarczym, a teraz nawet nie kryją ambicji technologicznych. Na agendzie jest już nie tylko ZTE, Huawei i 5G lub TikTok, lecz także sztuczna inteligencja, operacje bezgotówkowe czy niebywale dynamiczny rozwój chińskiej infrastruktury i tamtejsze ambitne cele zbudowania do 2035 r. społeczeństwa innowacyjnego.

Ryzyko konfliktu

Gdyby po stłamszeniu Hongkongu przyszła kolej na Tajwan, jego zajęcie sprawiłoby, że Chiny stałyby się największym organizmem gospodarczym na globie (liczący 23,5 mln mieszkańców Tajwan ma PKB porównywalne z polskim).

Stąd wyjątkowy na wysoce spolaryzowanej amerykańskiej scenie politycznej przejaw jednomyślności przynajmniej w stosunku do groźnych i asertywnych Chin. Doszło nawet do wzajemnego zamykania konsulatów, wstrzymywania wymiany naukowej oraz stypendiów, a na terenie USA także Instytutów Konfucjusza. Według ostatnich badań instytutu PEW już 73 proc. badanych Amerykanów postrzega Chińczyków nieprzychylnie, podczas gdy jeszcze na początku prezydentury Donalda Trumpa było ich tylko 26 procent. To najlepiej świadczy o gruntownej zmianie atmosfery.

Czy gra o Tajwan, której nową odsłonę właśnie oglądamy, może doprowadzić do otwartego konfliktu dwóch wielkich mocarstw? Eksperci wojskowi i strategiczni podpowiadają, że raczej nie, bo obie strony miałyby dużo do stracenia, a wielu w USA wskazuje, że zaangażowanie własnych wojsk tak daleko od swoich wybrzeży, podczas gdy Chińczycy mają do Tajwanu blisko, byłoby niczym innym, jak receptą na porażkę.

Nie można jednak zapominać, że USA pozostają największym mocarstwem militarnym świata. Aż 38 proc. wszystkich globalnych wydatków na ten cel w 2019 r. – 732 mld dolarów – pochodziło z USA. Chiny są pod tym względem co prawda drugie, ale wydają tylko ok. jednej trzeciej tego co USA. Co prowadzi Amerykanów do wniosku: Jeśli nie teraz, to kiedy? Czas pokaże, czy ostatnie, bezprecedensowe wizyty amerykańskich delegacji i sprzedaż broni na Tajwan, które uruchomiły chińskie wojsko, to tylko epizod i kolejny kryzys w Cieśninie Tajwańskiej, czy też grozi nam w tamtym regionie prawdziwy konflikt.

Dr hab. Bogdan Góralczyk jest politologiem, sinologiem, profesorem i dyrektorem Centrum Europejskiego na Uniwersytecie Warszawskim

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA