fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Zachodnia granica na śmietniku historii

Pierwszy polski słup graniczny nad Odrą wkopany 27 lutego 1945 r. w Czelinie
Rzeczpospolita
Naukowcy i dziennikarze uwijają się jak w ukropie, by negować polskość ziem zachodnich, ze szczególnym uwzględnieniem Śląska. Usilnie pracują nad zepchnięciem polskości do poziomu co najwyżej brutalnego okupanta – pisze historyk.

Granica na Odrze i Nysie Łużyckiej jest dziś czymś, czego państwo polskie i Polacy zdają się wstydzić. Tymczasem odsuwanie się od ziem zachodnich jest błędem, który może w przyszłości być nie do nadrobienia.

Polacy po 1939 roku stracili na ponad 50 lat wpływ na losy swojej ojczyzny. O granicach naszego kraju decydowały obce mocarstwa. Terytorium Polski przesunięto ze wschodu na zachód, w okolicznościach, które trudno nazwać korzystnymi. W tym roku mija 70. rocznica ustanowienia granicy Polski na Odrze i Nysie Łużyckiej. Informację o tym wydarzeniu można spotkać w nielicznych mediach, jakby był to powód bardziej do wstydu niż do pamiętania. I choć faktycznie nie jest on powodem do chluby, to granica na Odrze jest godna większej uwagi, a tereny przyznane Polsce po 1945 roku wymagają większej troski państwa o zachowanie ich kulturowej polskości.

Słuszna kara dla Niemców

Niestety, nic takiego się nie dzieje. Polska zdaje się wstydzić wszystkiego, co miało miejsce po 1945 roku. Przedziwne to zjawisko jest podkreślane wyśmiewaniem dziś takich określeń, jak: „polskość Śląska", „Ziemie Odzyskane", jak również przywracaniem starych niemieckich nazw obiektom użyteczności publicznej (Hala Stulecia we Wrocławiu) czy też podkreślaniem niemieckiego charakteru, w najlepszym razie „wielokulturowości", przyznanych po 1945 roku Polsce obszarów. Przykłady można mnożyć: całkiem niedawno PKP wyremontowały budynek dworca kolejowego w Szczytnie (woj. warmińsko-mazurskie). Po zakończeniu robót okazało się, że na budynku nie ma polskiej nazwy miejscowości, za to widnieje jedynie niemiecki Ortelsburg...

Józef Kisielewski, przedwojenny pisarz i publicysta, trafnie komentował los, jaki spotkał Polskę po zakończeniu wojny: „W tym samym czasie, kiedy wracały do Polski zachodnie ziemie odzyskane, wydarte zostały Polsce jej ziemie wschodnie, a na cały kraj nasuwała się czarna i krwawa chmura obcego i nieludzkiego stylu życia, który swoje zwycięstwo osiągał gwałtem i przemocą".

Mimo swego antykomunizmu przyznawał coś, czego dziś wstydzą się historycy i publicyści, iż Polska powraca na ziemie zachodnie. Trudno było uznać coś innego.

Nawet zwalczający się śmiertelni wrogowie byli zgodni, iż przyznanie Polsce ziem zachodnich to nie tylko słuszna rekompensata za utracone Kresy, lecz także należna kara dla Niemców, którzy zrujnowali nasz kraj okupacją. (...) Jednym z fundamentalnych warunków trwałego rozbrojenia Niemiec i trwałego pokoju w Europie jest uzyskanie przez Polskę na zachodzie Odry i Nysy Łużyckiej z lewymi ich brzegami (...) Najważniejszą naszą sprawą, którą tocząca się wojna musi załatwić na naszą korzyść, jest przyłączenie Prus Wschodnich wraz z Gdańskiem definitywnie i raz na zawsze do Polski (...) – głosiły prawie wszystkie siły polityczne w Polsce. Rząd emigracyjny trafnie zauważał, iż Sowieci postanowili przesunąć polską granicę jak najdalej na zachód nie w celu wzmocnienia Polski, lecz po to, by stała się ona trwałym elementem sporu z Niemcami. Również po to, by uzależnić Polskę od ZSRR. Jednak sytuacja geopolityczna nie pozostawiała Polakom wyboru, należało zaakceptować nowe granice.

Zbrodnie komunistów, nie Polaków

Kraj zrujnowany wojną musiał zagospodarować równie zniszczone ziemie zachodnie. Ten wysiłek, który został podjęty 70 lat temu, dziś próbuje się przykryć swoistym wytrychem wielokulturowości. Wrocław odbudowany przez Polskę nie jest dziś miastem polskim, Śląsk nie jest polski, lecz również „wielokulturowy". Dlaczego? Zbyt krótko był polski, jak głoszą dzisiejsi piewcy poprawnej politycznie wielokulturowości.

Polskę po 1945 roku oskarża się o stosowanie „nacjonalistycznej" zasady państwa jednonarodowego, co jest horrendalną bzdurą, z którą trudno doprawdy dyskutować. Za zbrodnie, jakich dokonali komuniści, próbuje się dziś obarczać się Polaków. Komunistyczne obozy pracy nazywa się „polskimi obozami koncentracyjnymi" lub w najlepszym wypadku „polskimi komunistycznymi obozami", to ostatnie określenie zostało użyte na wystawie stałej „Historia Górnego Śląska", w nowo otwartym Muzeum Śląskim w Katowicach, co jest sporym nadużyciem.

Ogromna część naukowców, mediów, stowarzyszeń uwija się jak w ukropie, by negować polskość ziem zachodnich, ze szczególnym uwzględnieniem Śląska. Naukowcy i dziennikarze pracują nad zepchnięciem polskości do poziomu co najwyżej niegospodarnego lub brutalnego okupanta, który w dodatku nigdy nie będzie mógł czuć się u siebie z powodu swej rzekomej niższości cywilizacyjnej.

Trend zamazywania polskości rozpoczęto po 1989 roku, starając się wszelkie fakty, jakimi udowadniano polskość Ziem Odzyskanych, ośmieszyć, wyszydzić, obalić „naukowymi" wywodami. Powstania śląskie czy obrona Śląska w 1939 roku są dziś rozjeżdżane swoistym walcem wielokulturowości, równane do poziomu nic nieznaczących propagandowych mitów. Określenie „Ziemie Odzyskane" wykreślono z obiegu jako wstydliwy slogan komunistycznej propagandy.

Fetysz wielokulturowości

Jeden z politologów Uniwersytetu Śląskiego, który od paru lat swoimi „obiektywnymi" opiniami wspiera jemu podobnych, poszedł najdalej w swych wywodach. Jego zdaniem Polska po 1918 roku odzyskała niepodległość w wyniku „paroksyzmu nacjonalizmu"... Z kolei Śląsk podzielony jego zdaniem został w wyniku „trzech tzw. powstań śląskich"... „W sposób nienaturalny, wręcz barbarzyński, często wbrew logice (granica niekiedy dzieliła domy na pół). Zniszczono od wieków istniejące więzi rodzinne, kulturowe, nawet osobiste. W pewnym sensie zdewastowano istniejącą infrastrukturę przemysłową i komunikacyjną".

Fanatycy tego typu poglądów dosyć gładko łączą obydwa okresy odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 roku z rokiem 1945, jak gdyby nie dostrzegali żadnej różnicy między Polską niepodległą po roku 1918 a pozbawioną wpływu na swoje losy po zakończeniu II wojny światowej. W obydwu przypadkach Polacy mają być postrzegani jako agresorzy, burzący trwały kulturowy porządek, niszczący z bezprzykładną furią ślady przeszłości, nie wyłączając grobów.

Trudno zatem się dziwić, iż 70. rocznica powrotu Polski nad Odrę przejdzie bez większego echa, zostanie odrzucona bądź jako relikt komunizmu, tak jak swego czasu pomnik Byliśmy, Jesteśmy, Będziemy w Koszalinie usunięty z centrum, bądź jako kłamstwo przeczące wspomnianej wielokulturowości. Granica zachodnia Polski, podobnie jak wszystko, co stworzone po 1945 roku przez Polskę, jest dziś powoli wyrzucana na śmietnik historii.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA