fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Dębski: Odporni na szantażowanie

Fotorzepa/Radek Pasterski
Wynik europejskich negocjacji wzmocnił pozycję we Wspólnocie premiera Morawieckiego – pisze dyrektor Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Parlament Europejski zatwierdził decyzję o powierzeniu funkcji przewodniczącego Komisji Europejskiej Niemce Ursuli von der Leyen. Dla polskiego czytelnika najciekawsza jest rola, jaką odegrał w tym polski rząd. Inspiracją dla niniejszego tekstu był szereg rozmów, które prowadziłem z ekspertami i politykami z różnych państw, którzy z bliska przyglądali się negocjacjom lub znali ich przebieg z drugiej ręki.

Krajobraz przed bitwą

Jakiś czas temu dwie dominujące rodziny polityczne w Unii, Europejska Partia Ludowa (EPL) oraz Socjaliści i Demokraci (SiD), ustaliły, że przewodniczący KE zostanie wyłoniony w procedurze tzw. kandydatów wiodących.

Kandydatem EPL, w której dominującą pozycję ma niemiecka chadecja CDU/CSU, został niemiecki polityki Manfred Weber, poseł do PE i przewodniczący frakcji EPL, szerzej nieznany w Europie. Weber nigdy nie był członkiem niemieckiego rządu, co miało się okazać słabością jego kandydatury.

SiD wystawiło Holendra, urzędującego wiceprzewodniczącego Komisji Fransa Timmermansa. Natomiast frakcja europejskich liberałów w ogóle sprzeciwiała się procedurze kandydatów wiodących. Ich przywódcą był prezydent Francji Emmanuel Macron.

Wynik wyborów zakończył dwuwładzę chadeków i socjalistów w PE. Do podejmowania decyzji niezbędni stali się liberałowie, czasem Zieloni.

Frakcja Konserwatystów i Reformatorów, pomimo zwycięstwa PiS w Polsce, spadła z trzeciej pozycji na piątą pod względem liczebności klubu.

W Polsce w kampanię wyborczą do PE osobiście zaangażował się Timmermans. To był błąd. Z teoretycznie bezstronnego urzędnika, zaangażowanego w spór z polskim rządem o przestrzeganie zasady praworządności, zmienił się w aktora motywowanego politycznie.

Po wyborach do ataku na tryb obsady stanowisk w UE przystąpił prezydent Francji. Zarzucił Weberowi brak doświadczenia, słabą znajomość francuskiego i deficyt charyzmy.

To postawiło niemiecką kanclerz przed wyborem: bronić Webera albo swojej procedury obsady kluczowych stanowisk. Wybór nie był oczywisty, ale jeszcze przed szczytem G20 w Osace z Berlina popłynął sygnał o gotowości Merkel do poddania Webera i poparcia socjalisty Timmermansa. Kanclerz uznała własną metodę wyboru szefa Komisji za sprawę ważniejszą niż obrona wiodącego kandydata własnej frakcji. Osłabiła tym swój autorytet wśród europejskich chadeków.

Timmermans, popierany przez Francję, Niemcy i socjalistów, stał się faworytem. Podczas szczytu G20 Macron, Merkel oraz premier Holandii Mark Rutte uzgodnili pakiet politycznych zachęt dla chadeków i liberałów, aby zapewnić sobie ich poparcie. Sprawa wydawała się przesądzona.

Gdyby Timmermans został wybrany na przewodniczącego, byłaby to dla polskiego rządu polityczna porażka. Ośmielony sukcesem mógłby nawet osobiście zaangażować się w jesienną kampanię wyborczą w Polsce. Celem polskiego rządu musiało stać się przeciwdziałanie takiemu scenariuszowi.

Mission impossible

Przed rozpoczęciem Rady Europejskiej szanse Morawieckiego wyglądały marnie. Nikt nie wierzył, że będzie w stanie pozyskać sojuszników – poza Viktorem Orbánem – nie mówiąc o budowie koalicji ośmiu państw potrzebnych do zablokowania kandydatury.

Grupa Wyszehradzka (V4) w przeszłości wielokrotnie dowiodła, że jest formatem kruchym. W sytuacji sporu z Francją i Niemcami zwykle jeden z członków V4 dezerterował i wspólne stanowisko upadało. Na to liczono w Berlinie i Paryżu także tym razem.

„Kandydatura Timmermansa była niczym skomplikowany instrument pochodny wciskany żądnym zysku inwestorom przez banki inwestycyjne, którego rzeczywistej wartości i ryzyka nikt nie jest wstanie już rzetelnie ocenić" – usłyszałem od jednego z moich rozmówców. W tym upatrywał szansy polski rząd. W Warszawie liczono, że zorganizowany sprzeciw kilku rządów – choćby tylko V4 – uruchomi polityczne domino. Pierwszym krokiem w polskiej akcji dyplomatycznej było utrzymanie spójności Grupy. To się udało. V4 wysłała sygnał sprzeciwu wobec pakietu propozycji uzgodnionego w Osace i kandydatury Timmermansa. Zdaniem moich zagranicznych rozmówców podczas szczytu w Brukseli trudno było się zorientować, jaką realną siłą dysponują. Czy opozycja sprowadza się do czterech krajów V4, czy też kryje się za nią większa grupa państw regionu. Premier Morawiecki zręcznie podsycał tę niepewność.

Po jego spotkaniach z premierami Litwy i Estonii powstało wrażenie, że pakiet z Osaki odrzucają także dwa państwa bałtyckie. Z kolei konsultacje polsko-włoskie doprowadziły do wysłania negatywnego sygnału przez Włochy.

Śmiertelny cios kandydaturze Holendra zadali chadecy. Europejska Partia Ludowa płaciła największą cenę polityczną za pakiet z Osaki. Gdy więc okazało się, że Europa Środkowa mu się sprzeciwia, doszło do buntu chadeckich premierów w Radzie. Sprzeciw zgłosili premierzy Chorwacji, Łotwy i Bułgarii. Ich stanowisko spotkało się ze zrozumieniem ważnego chadeckiego polityka niemieckiego – komisarza UE Günthera Oettingera. Ta sytuacja spotęgowała wrażenie politycznej rewolty. Timmermans okazał się postacią zbyt kontrowersyjną dla większości państw członkowskich. W ten sposób Ursula von der Leyen przejdzie do historii jako pierwsza kobieta pełniąca funkcję przewodniczącego Komisji Europejskiej.

Bilans zysków i strat

Jedność Grupy Wyszehradzkiej to wynik błędów w polityce Niemiec i Francji wobec państw wschodniej flanki UE mających swoje źródło w tradycji kolonialnej. Od  co najmniej 2015 r. i kryzysu uchodźczego Paryż i Berlin preferowały taktykę pouczania, stawiania pod pręgierzem, szantażowania i grożenia państwom Grupy Wyszehradzkiej, co z pewnością ją skonsolidowało i uodporniło na szantaże.

Angela Merkel wyszła z negocjacji osłabiona. Podczas szczytu kilka razy musiała prosić o przerwę, aby telefonicznie skonsultować się ze swoimi koalicjantami z SPD. „To są jacyś trzeciorzędni politycy. Nikt w Europie nawet nie wie, jak się nazywają tak ważni dla niemieckiej kanclerz koalicjanci, bez których nie jest w stanie podjąć żadnej decyzji" – relacjonował jeden z moich rozmówców. Na tym tle jednym z głównych architektów nowej, kompromisowej, konstelacji personalnej w UE został prezydent Francji. To on wysunął kandydaturę von der Leyen, uśmiercając procedurę kandydatów wiodących.

Swoją pozycję w Europie wzmocnił również premier Morawiecki. Przystępował do negocjacji na straconej pozycji, a wykazał się determinacją i zręcznością. Oczywiście na jego postrzeganie miała wpływ świadomość, że w imieniu Polski zabiera głos polityk reprezentujący stronnictwo, które właśnie uzyskało silny europejski polityczny mandat i prowadzi w sondażach przed wyborami krajowymi. Morawiecki może więc być partnerem politycznym przez parę najbliższych lat. Tymczasem dni kariery kanclerz Merkel wydają się być już policzone.

A Frans Timmermans? Nawet jeśli ponownie zostanie członkiem Komisji Europejskiej, będzie żył ze świadomością, że jest politykiem toksycznym, a takiego łatwo się poświęca w imię europejskiej harmonii i świętego spokoju.

Autor od 2016 r. jest dyrektorem Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. Pełnił tę funkcję także w latach 2007–2010

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA