fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Aleksander Hall: O jaki naród walczymy

AFP
Nie ma jednego, uniwersalnego przepisu na kształtowanie się wspólnoty i włączanie do niej przybyszów z zewnątrz – pisze publicysta.

Badania opinii publicznej wskazują, że wyraźna większość Polaków nie chce w naszym kraju uchodźców i muzułmańskich imigrantów. Propaganda PiS-u okazała się skuteczna.
W świadomości wielu z nas zatarło się rozróżnienie pomiędzy uchodźcami i imigrantami ekonomicznymi. Imigranci i uchodźcy znaleźli się w jednym zbiorze, z którym związane są różnorodne zagrożenia i kłopoty.

Nie sądzę, aby w zwalczaniu tych wyobrażeń szczególnie przydatna była argumentacja używana przez niemałą część liberalnych i lewicowych środowisk, opozycyjnych wobec rządów PiS-u.

Odwołuje się ona do przekonania o wyższości społeczeństw wielokulturowych nad homogenicznymi, przywołując jako przykład Stany Zjednoczone i inne państwa Zachodu. Często pada też argument, że agresywne, antyzachodnie postawy, występujące wśród wyznawców islamu stanowią margines i nie mają nic wspólnego z prawdziwym przesłaniem tej religii. Nie wierzę też w skuteczność powoływania się na statystyki, z których wynika, że w zamachach terrorystycznych w Europie Zachodniej ginie znacznie mniej ofiar, niż w wypadkach na polskich drogach.

Propaganda PiS-u, dotycząca zagrożeń związanych z imigrantami i uchodźcami okazała się skuteczna, gdyż celowo łącząc odrębne kwestie: uchodźców i masowej imigracji ekonomicznej do Europy z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, odwołuje się zarówno do bezzasadnych, jak uzasadnionych obaw, rozbudzając nastroje ksenofobiczne.

Aby skutecznie przeciwstawić się propagandzie rządzącej partii nie można kreślić sielankowego obrazu wielokulturowych społeczeństw Zachodu, bo jest on zwyczajnie nieprawdziwy. ani też idealizować świata współczesnego islamu. Wierzę, że do wielu Polaków mogą trafić racjonalne argumenty, niesprzeczne z ich doświadczeniem i odwołujące się zarówno do zdrowego rozsądku.

Zła wola rządu

Nie ma jednego, uniwersalnego przepisu na kształtowanie się narodu i włączania do niego przybyszów z zewnątrz. Te procesy zależą od wielu czynników natury historycznej, kulturowej, ekonomicznej i demograficznej. Muszą one wyglądać inaczej w Stanach Zjednoczonych – państwie założonym przez kolonistów i imigrantów, w Wielkiej Brytanii i Francji – jeszcze niedawno światowych imperiach kolonialnych, czy w niedużych państwach Europy Środkowej, takich jak Węgry czy Słowacja, w których kilkumilionowe narody, o bardzo niskim przyroście naturalnym, mają podstawy by szczególnie troszczyć się o zachowanie swej tożsamości i stylu życia.

My, Polacy mamy podstawy do odczuwania dumy z powodu świetności epoki jagiellońskiej, w której wielonarodowa Rzeczpospolita była w Europie rzadkim przypadkiem tolerancji.

Nie powinniśmy jednak zapominać, że już w znacznie bliższej przeszłości, w epoce kształtowania się nowoczesnych narodów, obejmujących wszystkie stany społeczeństwa, nie potrafiliśmy, i być może nie mogliśmy, rozwiązać problemu narodowego, który okazał się też wielkim problemem II Rzeczpospolitej.

Nie ulega też dla mnie wątpliwości, że fakt, iż w Polsce pod rządami komunistów byliśmy w zasadzie społeczeństwem jednolitym narodowo, ułatwił nam przetrwanie tego okresu i stawianie oporu presji wywieranej przez system.

Wspólnotę polityczną, taką jak naród, znacznie łatwiej jest budować na fundamencie wspólnej tożsamości, wyrażającej się w kulturze, ale nie może ona w ogóle funkcjonować bez respektowania przez jej uczestników, pewnych wspólnych wartości i zasad.

Nie ulega wątpliwości, że między islamem a cywilizacją zachodnią istnieje naturalne napięcie, wynikające z nieuznawania przez islam rozdziału pomiędzy wspólnotą polityczną, a religijną i zasady, że prawo religijne ma obejmować całość życia muzułmanów.

Nie wdając się w rozważania, czy fundamentalizm wyrasta z istoty islamu, czy też jest jedynie jednym z jego nurtów, stwierdzam oczywistość: w obecnej fazie historii fundamentalistyczny, skrajnie wrogi Zachodowi nurt islamu, nie jest żadnym marginesem, ale potężną siłą, mającą bardzo zwolenników wśród wyznawców islamu, także w Europie. Na naszym kontynencie dostarcza religijnego i ideologicznego uzasadnienia dla wrogości do Zachodu w środowiskach o imigracyjnych korzeniach, niezintegrowanych ze społeczeństwami krajów osiedlenia i upośledzonych pod względem ekonomicznym. Ta wrogość niektórych muzułmanów prowadzi do angażowania się w działalność terrorystyczną.

Jest też rzeczą oczywistą, że masowy i niekontrolowany napływ do Europy imigrantów z krajów muzułmańskich będzie zwiększał to zagrożenie.

Gdyby politycy PiS-u ograniczyli się do tych konstatacji nie spotkaliby się z moją krytyką.
Gdyby kierowali się rzeczywistą troską o cywilizacyjną przyszłość naszego kontynentu i zmniejszenia na jego terytorium zagrożenia terrorystycznego, ich rząd nie prowadziłby w sprawach migracji i uchodźców polityki separatystycznej, gdyż – jak słusznie zwrócił na to uwagę Bogusław Chrobota w artykule „A kiedy Afrykanin zapuka do twoich drzwi” („Rzeczpospolita” 21 czerwca 2017) – wymagają one wspólnych europejskich działań i planów.

Argumentacja używana przez rząd Beaty Szydło przeciwko przyjęciu nie tylko 7 tysięcy uchodźców, do czego zobowiązał się we wrześniu rząd Ewy Kopacz, ale wszelkich uchodźców muzułmańskich z terenów Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej sprowadza się do dwóch punktów. Po pierwsze, wśród uchodźców mogą być terroryści. Po drugie, Polska nie chce powtórzyć błędu Europy Zachodniej, polegającego na naiwnym złudzeniu, że powstaną społeczeństwa multikulturowe.
Oba argumenty używane są w złej wierze. Nieliczni uchodźcy, którzy mieliby trafić do Polski, byliby dokładnie sprawdzani i prawdopodobieństwo, że znalazłyby się wśród nich osoby niebezpieczne, jest doprawdy minimalne. Nieporównanie większe niebezpieczeństwo może nam zagrażać ze strony ludzi o złych intencjach, którzy są obywatelami Unii Europejskiej i mogą wjechać do Polski bez żadnej kontroli.

Jest także oczywiste, że Polska nie jest obecnie atrakcyjnym krajem do osiedlania się przez imigrantów z Bliskiego Wschodu i nic nie wskazuje na to, że stanie się nim w bliskiej przyszłości.

Fałszywe poczucie wyższości

Wszystko wskazuje na to, że linia polityczna PiS-u w kwestii uchodźców i propaganda tego ugrupowania, służyć mają celom polityki wewnętrznej: konsolidacji własnej bazy politycznej i poszerzaniu jej poprzez rozbudzanie wśród Polaków strachu, w nadziei, że wielu z nich uzna rządy PiS za najlepszą gwarancję, że naszego kraju nie zaleją obcy, wśród których będą terroryści.
Wiele już napisano o wysokiej cenie, jaką Polska zapłaci w Unii Europejskiej za politykę prowadzoną w sprawie uchodźców. Jestem przekonany, że tak właśnie będzie, ale dla mnie jeszcze ważniejszy jest inny aspekt polityki PiS-u w sprawie uchodźców. Dotyczy kondycji naszego narodu i jego samooceny. Wspólnota narodowa jest dla mnie wielką wartością. Podzielam pogląd wyrażony kiedyś przez Andrzeja Walickiego, że „we współczesnym świecie nie ma wspólnoty szerszej, a jednocześnie bardziej spójnej, umiejscawiającej jednostkę w równie długim czasie historycznym i w równie szerokiej kulturowej przestrzeni”.

Jestem przekonany, że narody nie potrzebują poprawiać sobie samopoczucia, budując poczucie swojej wartości na poczuciu własnej wyższości nad innymi, zwłaszcza, gdy opiera się to na mitach i fałszywych przesłankach. Przecież każdy naród jest niepowtarzalny i ma unikalną historię. Jest oczywiste, że narody mają swe interesy i ich państwa powinny je realizować. Jest jednak błędem sprowadzanie polityki państwa, jedynie do narodowego egoizmu. Właściwe jest, gdy samoocena narodu budowana jest na realnych faktach, wśród których są także akty bezinteresownej ofiarności i wielkoduszności wobec obcych, znajdujących się w potrzebie. Należy do nich udzielanie azylu. Dobrze jest, gdy polityka państwa sprzyja pobudzaniu i promowaniu pięknych etycznie postaw i działań jego obywateli, a nie ich zniechęcaniu do nich i paraliżowaniu takich działań.

Wartością jest łączenie polskości z tym, co uniwersalne. Wspaniale potrafił to czynić Jan Paweł II. Zachęcał do takiej postawy Tadeusz Mazowiecki, który w swej ostatniej książce wyrażał przekonanie, że tylko ona będzie włączała polskość w debaty uniwersalne.

Zauważmy, że w gruncie rzeczy bardzo niewiele musimy zrobić, aby poprawić o sobie opinię na zewnątrz i poprawić samoocenę: przyjąć bardzo niewielką liczbę uchodźców i umożliwić w naszym kraju leczenie pewnej liczby ofiar wojny. To wstyd, że rząd Prawa i Sprawiedliwości, kierując się wyłącznie kalkulacją wyborczą nie chce zdobyć się na taki gest.

Nie należy dać się nabrać, że chodzi mu o bezpieczeństwo Polaków i cywilizacyjny kształt Europy.

Naszemu narodowi z całą pewnością w obecnej fazie naszej historii nie grozi utrata instynktu samozachowawczego, niedostrzeganie, że cywilizacje mają swe konsekwencje i wpływają na kształt życia zbiorowego, a napięcia pomiędzy nimi mogą prowadzić do tragedii. Natomiast całkiem realne jest inne niebezpieczeństwo, że postawy strachu przed obcymi i niechęci do nich będą się poszerzać, degradując nas jako wspólnotę i powodując w niej dalsze pęknięcia.

Autor jest historykiem i politykiem. W okresie PRL był liderem opozycyjnego Ruchu Młodej Polski

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA