fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Olgierd Sroczyński: Zachowania wykreowane

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Doszliśmy do sytuacji, w której nadgorliwi biurokraci na różnych szczeblach ścigają się w odgadywaniu, co prezesa PiS zadowoli, a co nie – pisze publicysta.

"Kiedy słowa tracą znaczenie, ludzie tracą wolność" – ta przypisywana Konfucjuszowi sentencja bywa bardzo często interpretowana jedynie na modłę bliską rzeczywistości Orwellowskiej. Władza manipuluje bowiem znaczeniami słów takich jak „demokracja", „sprawiedliwość", „równość" czy wreszcie „wolność", a to prowadzi do dezorientacji i utrwalenia konkretnego porządku społecznego.

Problem w tym, że możliwa jest jeszcze inna interpretacja – i wszystko wskazuje na to, że jesteśmy jej świadkami. Dotyczy to magicznej funkcji pojęć takich jak „dyktatura", „autorytaryzm" czy „faszyzm". Słowa te przez ostatnie 30 lat były w polskim dyskursie publicznym zdecydowanie nadużywane. Mało kto pamięta o tym, że rozłamy w łonie Solidarności na przełomie lat 80. i 90. generowały podobną „brutalizację języka politycznego", z jaką mamy do czynienia również dziś, a kreowane wówczas topografie sceny politycznej wydają się dziś kuriozalne (z Lechem Wałęsą jako duchem Czarnej Sotni na czele).

Samospełniająca się przepowiednia

Inwektywy odnoszące się do autorytaryzmu i dyktatury nie są więc rzeczą nową. Dziś jednak mamy do czynienia ze zjawiskiem znacznie ciekawszym: samospełniającą się przepowiednią z nich płynącą.

Już w 2005 roku, kiedy Platforma Obywatelska i PiS nie doszły do porozumienia w kwestii sformowania rządu (na czele którego miał stanąć Jan Maria Rokita), rozpoczęła się medialna kampania na temat antydemokratycznych, „nacjonalistycznych", „klerykalnych" zapędów Prawa i Sprawiedliwości. Wspominam o tym dlatego, że wówczas nie było jeszcze żadnych faktów, które mogłyby o tym świadczyć – a mimo to przez dwa lata istnienia rządu PiS powtarzano te argumenty w nieskończoność. Ta narracja wyznaczała klimat również przez następne osiem lat rządów PO. Kiedy PiS z powrotem przejął władzę, kampania pod tytułem „autorytaryzm i łamanie demokracji" wystartowała z wysokiego „c".

Przez ostatnie pięć lat żyjemy więc w antydemokratycznym, autorytarnym reżimie, a przynajmniej takie właśnie pojęcia nieustannie tę sytuację opisują. Przez pięć lat, w ciągu których nie zostały zamknięte opozycyjne media, nie zostali aresztowani działacze opozycyjnych partii, a co więcej, opozycja regularnie manifestuje na ulicach. Dyskurs polityczny natomiast to nie film Hitchcocka – jeżeli rozpoczniemy od trzęsienia ziemi, to napięcie nie tylko nie będzie rosło, ale będzie trudno nawet utrzymać je na niezmienionym poziomie.

Błąd gorszy niż zbrodnia

Właściwie jedyna bezprecedensowa zmiana, jaka nastąpiła w stylu prowadzenia władzy za rządów PiS, dotknęła media publiczne. Obiektywizm mediów publicznych zawsze był pustym pojęciem, ale PiS z pustoty tego pojęcia uczynił groteskę. Mógł to zrobić właśnie dlatego, że cały arsenał krytycznych pojęć został wyczerpany na przełomie 2015 i 2016 roku. Otwartym pytaniem pozostaje, kto tego tak naprawdę chciał?

O ile bowiem w przypadku zbudowania specyficznej retoryki „Wiadomości" TVP cele polityczne głównego architekta rządów PiS można łatwo odgadnąć, o tyle ostatnia sytuacja, w której władze radiowej Trójki zdejmują z notowań listy przebojów utwór krytyczny wobec Jarosława Kaczyńskiego, jest raczej absurdalna. Tu nie chodzi o „liberalne" czy „demokratyczne" wartości, nie chodzi też o etykę, ale o prosty realizm polityczny – posługując się znanym dictum Talleyranda: „to gorzej niż zbrodnia: to błąd".

Bez wątpienia rząd ponosi za to zdarzenie polityczną odpowiedzialność. Jednak ważne jest coś innego: to nie jest objaw tego, że Jarosław Kaczyński ręcznie steruje mediami publicznymi. To zjawisko zupełnie inne: oto doszliśmy do sytuacji, w której nadgorliwi biurokraci na różnych szczeblach ścigają się w odgadywaniu, co prezesa PiS zadowoli, a co nie. Można postawić duże pieniądze, że Tomasz Kowalczewski z Jarosławem Kaczyńskim swojej decyzji nie konsultował – po prostu wydało mu się właściwe, żeby krytykę prezesa zawczasu zablokować.

Taki typ biurokraty jest rzeczywiście znany z każdego systemu despotycznego. Niewątpliwie jego istnienie jest bardzo na rękę każdej władzy, ponieważ w razie tego typu pomyłki można się go łatwo pozbyć. Nikt nie powinien być zaskoczony, jeżeli Kowalczewski niedługo poniesie konsekwencje nadgorliwości. Natomiast warto wskazać, że powstanie takiego charakteru jest w mniejszej mierze wynikiem samego klimatu wewnątrz danej partii czy rządu – ponieważ działania mniej sprawnych strategicznie biurokratów zawsze ograniczone są czynnikami zewnętrznymi – a w większej – samym utrwalonym wizerunkiem organizacji. Innymi słowy, jeżeli rząd i tak wprowadził już „faszyzm", to dlaczego dany biurokrata miałby powstrzymywać się przed „faszystowskim" postępowaniem?

Czy będziemy obserwowali podobnych sytuacji więcej czy mniej, zależy od wielu czynników i trudno teraz to przewidzieć. Niewątpliwie jednak afera listy przebojów Trójki powinna być punktem zwrotnym refleksji na temat właściwej strategii opozycyjnej.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA