fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Sądownictwo jak szlachetne zdrowie

materialy prasowe
Dla czekających na wyrok marzenie o arbitrach wolnych od strachu pozostanie marzeniem – pisze sędzia.

Gdy byłem studentem pierwszego roku nauk prawnych, siwiuteńki Profesor tłumaczył, co oznacza słowo „sąd". Stawiał pytanie, czy „sąd" to budynek, do którego ktoś przybije szyld z taką nazwą? Czy też może to organ władzy, który parlament nazwie tak w ustawie? A może chodzi o instytucję o pewnych cechach, które ją odróżniają od pozostałych elementów życia społecznego, a przez to dopiero czynią sądem?

W ustach prawnika słowa muszą mieć swoją wagę. Jestem więc pewien, że dwie pierwsze definicje Profesor odrzucał. Aby słowo „sąd" użyte zostało z sensem, wspomniana tabliczka nie może zostać przybita na dowolnym budynku. Ustawa nadająca tę nazwę instytucji, która sądem nie jest, stanowi kłamstwo. Pozostaje więc znaczenie trzecie. A skoro tak, to musimy odpowiedzieć na pytanie, jakie to cechy odróżniają „sąd" od innych wytworów życia społecznego.

Nie obok stron, lecz z ich udziałem

Nie poszukujemy tu znaczenia słowa „sąd" w rozumieniu konstytucji takiego lub innego państwa, lecz znaczenia będącego elementem cywilizacji (kultury), w której od setek lat wzrastamy. Ojcowie konstytucji polskiej, niemieckiej czy fińskiej mogli wyobrażać sobie „sąd" nieco inaczej. Istnieje jednak pewien rdzeń, część wspólna dla nich wszystkich. Do tego rdzenia zaliczyć trzeba trzy cechy: 1) rozstrzyganie sporu przez bezstronnego arbitra; 2) dyskursywna metoda dochodzenia do rozstrzygnięcia; 3) publiczny charakter postępowania.

Najpierw bezstronność. Sędzia nie może być komukolwiek wdzięczny (za sprawowany urząd), nie może też bać się nikogo (w związku z jego sprawowaniem). Czy zmiany z ostatnich lat bezstronność osłabiają, czy umacniają? Na ten temat napisano już wiele. Kogo słowo pisane nie przekonało, będzie miał okazję przekonać się sam. Prędzej czy później każdy z nas – chce czy nie – będzie się rozwodził, zostanie pokrzywdzony przestępstwem lub stanie się współspadkobiercą. Gdy na korytarzu sądowym będzie czekał na wyrok, marzenie o sędziach nieuwikłanych i wolnych od strachu pozostanie jego marzeniem.

Dalej dyskursywność. Sąd to spór i jego strony. Prawda o faktach ustalana jest nie obok stron, ale z ich udziałem, poprzez poznawanie i porównywanie ich stanowisk. W uporządkowanej rozmowie z opowieści pełnych emocji i pretensji odsłania się prawda o przeszłości (o tym, co zaszło).

Prawo obowiązujące, prawo słuszne

Ale fakty to nie koniec dyskusji. W sali sądowej dzieło prawodawcy (ogólna norma prawna) zderza się z prawdziwym życiem. To ostatnie jest zazwyczaj bogatsze od ogólnej normy.

Nawet jeśli społeczność, stanowiąc swe prawa, wyobraża sobie, że za każdą zbrodnią stoi zbrodniczy instynkt, to w sali sądowej okazuje się, że za konkretną zbrodnią stały próżność, głupota, a niekiedy strach, wstyd, poniżenie i zwykła słabość. Napięcie pomiędzy lex (prawem, które zapisaliśmy) a ius (prawem, którego chcielibyśmy) musi wówczas usunąć sąd. I robi to. Dlatego sądom powierzyliśmy nie stosowanie przepisów, ale wymiar sprawiedliwości.

Sala sądowa jest miejscem dyskusji o prawie obowiązującym i o prawie słusznym. Nie wszystkim się to podoba. Szczególnie inne władze patrzą na to nieufnie, niekiedy chcą „dyscyplinować" sędziów. Społeczeństwo nigdy jednak nie wyrzeknie się marzenia o sprawiedliwości. Tej nie da się uczciwie wymierzać z wyżyn sali parlamentarnej lub ministerialnej konferencji prasowej. No, chyba że wymierzana jest komuś innemu i interesuje nas tyle co 15-sekundowy news o narodzinach pandy we wrocławskim zoo. Ale wówczas zrezygnować trzeba z przysłówka „uczciwie".

Każdy może tam być

Zapytać jednak można, czy dyskursywny wymiar sprawiedliwości to naprawdę wspólne marzenie? Co z tymi, którzy nie chcą dyskutować? Żyją w pełnej zgodzie z przewodnią siłą narodu i nie żywią ambicji, by zmieniać świat.

Odpowiadam. Prędzej czy później okaże się, że ich syn, córka, brat czy siostra nie odpowiadają tej samej charakterystyce. Uwikłają się w spór, konflikt z sobie równym lub silniejszym. Może nawet staną pod zarzutami karnymi. Wówczas zapragną, żeby ktoś ich wysłuchał. Tego, co mają do powiedzenia. O faktach i o prawie. Nie dlatego, że czyni im grzeczność czy łaskę, ale dlatego, że na tym polega jego służba. I żeby był to ktoś, kto coś może.

I ostatnia cecha – publiczny charakter. Mimo rosnącej popularności idei jawności większość decyzji państwowych podejmowana jest skrycie. Za zamkniętymi drzwiami obraduje Rada Ministrów. Decyzje administracyjne, od dotyczących wycięcia drzewa po te przyznające koncesje telewizyjne, zapadają w zaciszu urzędniczych gabinetów. Także tworzenie prawa – choć formalnie odbywa się w parlamencie – w znacznej mierze uzależnione jest od central partyjnych. Do nich zwykły obywatel wstępu nie ma.

Inaczej jest w sądzie. Tu każde rozstrzygnięcie ma swojego autora, podpisanego z imienia i nazwiska i jest to prawdziwy autor, a nie figurant. Rozstrzygnięcia kończące postępowania (wyroki) zapadają live. My mówimy do sądu, jakiego rozstrzygnięcia oczekujemy, sąd mówi do nas, jak rozstrzyga spór i dlaczego.

Każdy może tam być. Każdy może tego słuchać. Nie ma drugiego miejsca, gdzie władza publiczna sprawowana jest w tak otwarty sposób.

Budynki z tabliczkami

Dlaczego warto przypominać te oczywistości? Bo z sądownictwem jest jak ze szlachetnym zdrowiem. Warto doceniać jego posiadanie, dopóki jest.

Usunięcie choćby jednej z trzech wyżej opisanych cech stanowi w istocie o pozbawieniu społeczeństwa sądu. Pozostaną oczywiście budynki z tabliczkami, pozostaną piękne nazwy w ustawach. Ale nie sądy.

Bartosz Łopalewski

– sędzia Sądu Rejonowego

w Nowym Sączu,

Obywatelski Sędzia

Roku 2017 w plebiscycie

fundacji Court Watch

Polska

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA