fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Krzysztof Turowski: Europa, koniec marzenia - o UE dwóch prędkości

AFP
Widmo dwóch prędkości od dawna krążyło nad Europą. Teraz z zagrożenia przerodziło się w polityczną rzeczywistość – twierdzi publicysta.

Obawy dotyczące koegzystencji Europy Środkowo-Wschodniej i Europy Zachodniej, zwanej też „starą Europą", istniały od początku wprowadzania w życie idei zjednoczenia dwóch części kontynentu. A nawet jeszcze wcześniej. Kiedy w latach 80. ówczesna EWG poszerzała swoje terytorium o Hiszpanię i Portugalię nad Sekwaną i Tybrem, słychać było pomruki niezadowolenia. W przypadku Polski i siedmiu innych krajów to niezadowolenie było wyrażane przez niektórych polityków od lewa do prawa, zarówno przez prawicowego Philippa de Villiersa, jak i socjalistę Lauraenta Fabiusa. Szczególnie było to widoczne przy zatwierdzaniu słynnej dyrektywy komisarza Bolkesteina o swobodnym przepływie handlu i usług. Słynne było wówczas stwierdzenie Philippa de Villiersa, że „Francję zaleją polscy hydraulicy i estońscy architekci". Jako autor późniejszej kampanii z polskim hydraulikiem w roli głównej doskonale pamiętam klimat tamtych dni. Francuski eurodeputowany z frakcji socjalistycznej Bernard Poignant opublikował wtedy „List do polskiego hydraulika", którego fragmenty są aktualne do dziś:

„Czy zdajesz obie sprawę, że stałeś się głównym adwersarzem piątej potęgi ekonomicznej świata? Zapewniam Cię jednak, że nie jesteś pierwszy. Dwadzieścia lat temu w tej roli występowali: portugalski murarz i hiszpańska pomoc domowa. Jako socjalista śmiem twierdzić, że mam towarzyszy, którzy przed Tobą drżą. Wierzą oni, że najadą nas hordy Twoich kolegów ze Wschodu, uzbrojonych w spawarkę w lewej i przybornik z narzędziami w prawej ręce. (...) Kiedy, po zdobyciu wolności i suwerenności, otworzyłeś polski rynek, szybko przybyliśmy, żeby go zająć. Nasze hipermarkety zostały otwierane bez najmniejszych skrupułów, że niszczą drobny handel. I wtedy – powiadam Ci – nikt na francuskiej lewicy czy prawicy nie pisnął ani słowa".

Dziś obawa przed wschodem Europy powraca. Z jednej strony wiele krajów (Francja, Belgia, Dania, Niemcy) usilnie zabiega w Brukseli, aby ograniczyć swobodny przepływ handlu, usług oraz ludzi. Pod wpływem działających w tych krajach związków zawodowych politycy wymyślają i wprowadzają różne ograniczenia, aby usatysfakcjonować związkowy elektorat. Możecie do nas przyjeżdżać, ale na naszych warunkach – zdają się oni mówić. Innymi słowy, nie możecie stanowić konkurencji dla naszych pracowników.

Z drugiej jednak strony odrzucane są w Brukseli wszelkie skargi polskich przedsiębiorstw na nielojalną konkurencję płynącą z Zachodu. Delegowanie pracowników i delokalizacja przedsiębiorstw stała się ważnym tematem w toczących się obecnie debatach wyborczych. Jeden z kandydatów w wyborach do Zgromadzenia Narodowego zarzucił właśnie Emanuelowi Macronowi, że nie powstrzymał przeniesienia zakładów Whirlpool do Polski. W tym kontekście rozważania o Europie dwóch prędkości nabierają innego wymiaru. Ponowne pojawienie się tego problemu właśnie teraz wynika z logiki kampanii wyborczych toczących się w krajach zachodniej Europy.

Istnienie Europy dwóch prędkości jest w zasadzie faktem, ale ideą zjednoczenia było i jest, aby tempo rozwoju wyrównywać, zamiast pogardzać słabszymi partnerami. Poza tym hasło dwóch prędkości działa obusiecznie i nie jest do końca realne skoro tak wiele zachodnich przedsiębiorstw ulokowało swoje inwestycje na Wschodzie. Można odnieść wrażenie, że politycy starają się schlebić gustom swoich wyborców, a gospodarka i tak podąża swoją drogą. I chwała Bogu.

Niemniej trzeba jasno i głośno stwierdzić, że koncepcja dwóch prędkości jest zaprzeczeniem idei zjednoczonej Europy. Mogą ją głosić populiści, ale nie odpowiedzialni politycy.

Autor jest dziennikarzem, działaczem Solidarności. Współpracował z „Le Figaro" i paryską „Kulturą"

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA