Publicystyka

Marcin Piasecki: PiS jest już na drodze do utraty władzy

Jarosławowi Kaczyńskiemu zaczyna brakować paliwa niezbędnego do rządzenia. Poza drobiazgami PiS nie ma dziś dla wyborców nowej oferty.
Fotorzepa, Jerzy Dudek
Słabość opozycji pozwalałaby Jarosławowi Kaczyńskiemu rządzić długie lata, ale uruchomił za dużo frontów - pisał w "Rzeczpospolitej" 1 lutego 2017 roku Marcin Piasecki. Przypominamy ten tekst nie bez powodu – „Rzeczpospolita” była bowiem najczęściej cytowanym medium w Polsce w zeszłym roku.

Czytaj także komentarz Bogusława Chraboty: „Rzeczpospolita” liderem opinii za 2017 rok

Prawo i Sprawiedliwość wygrało batalię z opozycją o blokowanie sali plenarnej w Sejmie, czyli dokonało czegoś, co 16 grudnia zeszłego roku, w wieczór rozpoczęcia protestu, wydawało się prawie niemożliwe. A jednak. Nawet dosyć duże ustępstwo, jakim było przywrócenie starych zasad funkcjonowania mediów w parlamencie, udało się „przykryć" podziałami wśród opozycji i jej kompletnym taktycznym zagubieniem. Czyli mamy kolejny triumf PiS, zapewne zresztą nie ostatni w tego typu potyczkach.

Czytaj także tekst: „Rzeczpospolita” liderem opiniotwórczych mediów

Ślepy zaułek

Niemniej partia Jarosława Kaczyńskiego ma bardzo poważny problem. Już parę miesięcy temu weszła na drogę, która skończy się utratą władzy, a może być to proces zaskakująco szybki. Wiem, że dzisiaj to brzmi absurdalnie, jednak PiS i jego sojusznicy spod szyldu Zjednoczonej Prawicy wjechali w ślepy zaułek, z którego nie ma dobrego politycznego wyjścia. I to nie z powodu aktywności opozycji. Nie dlatego, że elektorat jest przerażony naruszaniem wartości demokratycznych, praworządności i walką o Trybunał Konstytucyjny. Liczne sondaże wskazują, że ludzie przejmują się tym w sposób umiarkowany. I w wymiarach, które dla tak zwanego przeciętnego wyborcy są jednak dosyć abstrakcyjne, PiS może sobie jeszcze powojować bez szczególnych strat własnych.

Dlatego na przykład następna batalia zapowiadana przez Jarosława Kaczyńskiego – rozprawa z sądami – elektoratu zapewne nie wzruszy. Kolejna polityczna burza, kolejna burza w mediach, kolejna awantura w Warszawie. Przeciętnego Kowalskiego, który z sądem zetknął się raz czy dwa w życiu, niespecjalnie to dotyczy.

Natomiast podstawowy błąd PiS polega na tym, że pogubił się w ofercie właśnie dla ludzi. Posunięcia typu 500+ czy obniżenie wieku emerytalnego z politycznego – i tylko politycznego – punktu widzenia były bardzo opłacalne. Tego prezentu nie sposób przyjąć bez wdzięczności. Ale co dalej? I tutaj zaczynają się schody. Kolejne prezenty PiS już nie są prezentami, lecz narzucanymi, nie do końca zrozumiałymi regulacjami. Powodują niepewność i poczucie zagrożenia chaosem. Za parę miesięcy będziemy mieli reformę edukacji. Owszem, badania wskazują, że gimnazja w Polsce nie są szczególnie kochane. Tylko że w tej chwili w całej reformie nie chodzi o to, żeby jedną ścieżkę edukacji zastąpić ścieżką inną, lepszą, oznaczająca wyższą jakość nauczania.

Chodzi o to, żeby uniknąć totalnego bałaganu. A bałaganu uniknąć się nie da przy reformie wprowadzanej w takim tempie i tak źle przygotowanej. 500+ czy wiek emerytalny nie przykryją dezorganizacji życia setek tysięcy dzieci i rodziców i jeszcze kilkudziesięciu tysięcy nauczycieli. Partia Jarosława Kaczyńskiego będzie miała zasadniczy kłopot z wytłumaczeniem ludziom, że pogorszenie sytuacji, ich osobistego losu i losu ich dzieci tak naprawdę oznacza nową, lepszą jakość. Politycznie straty mogą być tutaj nie do odrobienia.

Za dużo frontów

Jednak jest reforma, która najprawdopodobniej przyniesie PiS jeszcze większy kłopot. To zmiany w systemie ochrony zdrowia. Mają mieć charakter fundamentalny i znów – zostać wprowadzone bardzo szybko. Tyle że wszystko to, co w tej chwili wiemy o planowanych przez resort zdrowia posunięciach, oznacza, że kolejki do lekarzy, zamiast stopnieć, po prostu się wydłużą. I to będzie swego rodzaju docelowym efektem tej reformy już po okresie chaosu, bałaganu i braku informacji. Jaki wyborca, niezależnie od tego, czy popiera PiS czy nie, to wszystko zniesie? Partia Kaczyńskiego, możliwe, że przede wszystkim z powodu starego jak świat, czyli politycznej pychy, zamiast dla ludzi zaczęła działać wbrew ludziom. Przynajmniej ci ludzie tak to odbiorą i niekoniecznie będą chcieli dalej popierać rządzących.

To moim zdaniem najbardziej ponura dla PiS ściana politycznego ślepego zaułka, w której znalazła się ta partia i jej sojusznicy. Znalazła zresztą na własne życzenie.

I edukacja, i zdrowie mogły poczekać, aż partia okopie się na pozycjach władzy. Prawo i Sprawiedliwość mogło wykazać większy stopień cierpliwości także w wielu innych sprawach, wziąć na barki – powiedzmy – połowę tego, do czego się zabrało. Wówczas rządziłoby długo i spokojnie, zwłaszcza jeżeli wziąć pod uwagę jakość dzisiejszej opozycji.

Jednak – jak to określają zwolennicy PiS – „przebudowa państwa" osiągnęła monstrualne rozmiary. Partia Kaczyńskiego otworzyła dziesiątki frontów, w większości zupełnie niepotrzebnie, w bardzo wielu przypadkach narażając się na ryzyko porażki.

Drobny przykład – niedawno miałem okazję prowadzić debatę na temat zmian w prawie wodnym. Nawet tam, w wodach, ma dojść do totalnej rewolucji, wywrócenia dotychczasowego systemu do góry nogami. Tysiące ludzi, którzy zajmują się na przykład melioracjami, czeka w najgorszym przypadku bezrobocie, w najlepszym – chaos. Owszem, zbudowane zostaną nowe struktury z miejscami pracy dla „swoich", ale ta rzesza ludzi, która w wyniku wodnej rewolucji wpadnie w tarapaty, jest dla PiS politycznie stracona. A takich dziedzin jak gospodarka wodna są dziesiątki. Totalna rewolucja oznacza poważne ryzyko utraty bardziej umiarkowanego elektoratu. Takimi wodami nie zajmują się sami platformersi.

Próba sił

Sytuacja totalnej rewolucji nie byłaby dla PiS tak groźna, gdyby udawało się nią zarządzać. A z tym jest coraz gorzej. Specjalność Jarosława Kaczyńskiego – zarządzanie konfliktem – też ma granice efektywności. Fundamentalne tarcia w gabinecie Beaty Szydło mogą się odbić na skuteczności jego działań. Znów warto posłużyć się drobnym przykładem.

W połowie grudnia ni stąd, ni zowąd resort sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry ogłosił projekt nowych przepisów antylichwiarskich, których wejście w życie oznaczałoby likwidację branży pożyczkowej. Firmy pożyczkowe mało kto w Polsce kocha, ale dlaczego takimi przepisami zajmuje się resort Ziobry? Przecież to od zawsze była domena Ministerstwa Finansów, którym rządzi wicepremier Mateusz Morawiecki.

Oczywiście – to jedna z wielu prób sił między ministrami, test, kto okaże się mocniejszy. Lichwiarze są tutaj najmniej ważni. Jarosław Kaczyński ma, delikatnie mówiąc, trudny wybór – osłabić Morawieckiego czy Ziobrę? Czy przegrany w takiej wojnie będzie miał szansę na skuteczne działanie? I czym będzie się zajmował – rządzeniem czy przywracaniem swojej roli w rządzie?

Przyszłość gabinetu Beaty Szydło jest o tyle trudna, że zawzięcie – nawet jak na świat polityki – zwalczających się frakcji jest tam kilka, każda ma oczywiście swoje interesy, swoje zaplecze i swoje dojście do Jarosława Kaczyńskiego. Istnieje olbrzymie ryzyko, że ten rząd będzie się zajmował sobą, a nie rządzeniem, jego skutkami, a tym bardziej jakością.

Brak paliwa

To także jeden z elementów decydujących o tym, że PiS wjeżdża w ślepą polityczną uliczkę. Nie ma z niej wyjścia także dlatego, że przy wszystkich popełnianych istotnych błędach partii Jarosława Kaczyńskiego brakuje pozytywnego paliwa niezbędnego podczas rządzenia. Kiedyś takim paliwem było wspomniane 500+ czy obniżony wiek emerytalny. Ale teraz? PiS poza drobiazgami nie ma nowej oferty dla ludzi. Wyborcy mogą tylko biernie oczekiwać na ciosy w postaci reformy edukacji czy zmian w służbie zdrowia.

Skutek tego zapętlenia się PiS wydaje się oczywisty – postępujący spadek poparcia i w końcu wyborcza porażka. O ile, rzecz jasna, kolejne wybory będą się rządziły takimi samymi prawami jak dotychczasowe, co Jarosław Kaczyński, być może kierując się przeczuciem, ostatnio zdaje się kwestionować.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora: m.piasecki@rp.pl

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL