fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Paweł Łepkowski: W saloniku narodowego bohatera

Jan Nowak- Jeziorański w swoim warszawskim mieszkaniu, już po powrocie na stałe do Polski, listopad 2004 r.
Fotonova
Nigdy nie widziałem w nikim takiej chęci życia – swe spotkania z Janem Nowakiem-Jeziorańskim wspomina publicysta „Rzeczpospolitej".

Po raz pierwszy spotkałem Jana Nowaka-Jeziorańskiego w 2001 roku. Przeprowadziłem z nim wywiad do jednego z tygodników polonijnych wydawanych w New Jersey. Zarówno wcześniej, jak i później miałem okazję poznać wielu ludzi, którzy swoją pracą zmieniali świat. Byli wśród nich polscy i zagraniczni politycy, naukowcy, arystokraci, kapłani czy pisarze. Nikogo jednak tak ciepło nie wspominam, jak tego starszego mężczyzny z podwaszyngtońskiej miejscowości Annadale. Nie dlatego, że był otoczonym nimbem bohatera narodowego, słynnym cichociemnym czy wrogiem numer jeden PRL-u. Ta nasza krótka przyjaźń zrodziła się niezależnie od tego, kim był i jakie miał zasługi. Po prostu, zwyczajnie po ludzku, niezależnie od ogromnej różnicy wieku, polubiliśmy się jak dwaj rodacy z tego samego miasta.

Co najciekawsze, moja znajomość z Nowakiem – bo tak się przedstawiał i tak lubił być nazywany – zaczęła się od ostrej wymiany zdań.

Nie tłumaczyć się

Kiedy po raz pierwszy weszliśmy z moją żoną do niewielkiego salonu w jego domu w Annadale, obydwoje mieliśmy wrażenie, że trafiliśmy do izby pamięci. Dookoła, na meblach i półkach, były liczne zdjęcia gospodarza z wielkimi tego świata: papieżem Janem Pawłem II, prezydentem Ronaldem Reaganem, prezydentem Billem Clintonem i całym mnóstwem znanych polityków i dziennikarzy. Tych zdjęć i starannie ułożonych drobiażdżków, poukładanych w gablotach orderów i dyplomów, było całe mnóstwo. Oglądając je z zaciekawieniem – a jestem głęboko przekonany, że temu właśnie służyło długie oczekiwanie na gospodarza, który rzekomo przebierał się na piętrze – nie zauważyłem, że zszedł on już do salonu i stoi za naszymi plecami.

Powitanie z moją żoną wskazywało na przedwojenny, uwodzicielski talent Kuriera z Warszawy. Ujął jej dłoń niczym amant filmowy i delikatnie pociągnął ku ustom, patrząc bez mrugnięcia prosto w jej oczy. Moja żona była długo pod wrażeniem tego ujmującego przywitania. Kiedy jednak przyszło do przywitania ze mną, powiało chłodem. Jego pierwsze spojrzenie na rozpięty kołnierzyk mojej koszuli natychmiast zmroziło atmosferę w salonie. „Widzę, że mamy spotkanie bez krawatów" – rzucił chłodno, po czym nieco egzaltowanie dodał: „W takim razie państwo pozwolą, że zmienię garderobę". Na swoje usprawiedliwienie dodam, że tego dnia w Annadale było 35 stopni Celsjusza w cieniu, 100 proc. wilgotności powietrza, a zabytkowa klimatyzacja w salonie byłego dyrektora Radia Wolna Europa pamiętała czasy, kiedy w stacji tej występował Józef Światło.

Później przeprowadziłem wywiad, który się udał i był jedną z najciekawszych rozmów w ciągu 20 lat mojej przygody dziennikarskiej. Zaczął się jednak w bardzo niefortunny sposób. Po wymianie uprzejmości zapytałem byłego dyrektora RWE, jak odnosi się do skandalicznej wypowiedzi ówczesnego prezesa Kongresu Polonii Amerykańskiej Edwarda Moskala, oskarżającego Jana Nowaka-Jeziorańskiego o współpracę z Niemcami i zarządzanie „przejętym mieniem pożydowskim".

Pytanie wytrąciło go z równowagi. – Skąd pan może wiedzieć, jakie były realia okupacyjne? – zaczął niemal na mnie krzyczeć. – Czy pan wie, co groziło intelektualiście polskiemu, który nie miał pracy? Najczęściej był to obóz koncentracyjny. Czy pan wie, jakie to były czasy?

Spokojnie odpowiedziałem: „Nie wiem, panie dyrektorze, urodziłem się w 1971 r., 26 lat po wojnie. I dlatego właśnie zadaję takie pytania".

Te słowa natychmiast ostudziły gorącą atmosferę. Nowak przez chwilę milczał, wziął głęboki oddech i niczym własnemu wnukowi zaczął mi opowiadać o początkach okupacji w Warszawie. Prosił jednak, żeby ten fragment naszej rozmowy nie został opublikowany. Szkoda, bo opowiadał naprawdę ciekawe historie. Kiedy kilka tygodni później delikatnie zapytałem go, dlaczego nie chce opublikowania tej części naszej rozmowy, odpowiedział, że po prostu nie znosi się z czegokolwiek tłumaczyć. Uważał, że jego osiągnięcia są wystarczającym świadectwem jego postawy moralnej podczas wojny.

Znakomity faks

Moje pierwsze spotkanie z Janem Nowakiem-Jeziorańskim skończyło się po kilku godzinach. Gospodarz uprzejmie odprowadził mnie z żoną do samochodu. Instruował nas przy tym, jak o tej porze najlepiej przejechać przez Waszyngton, żeby uniknąć korków.

Do New Jersey dojechaliśmy późnym wieczorem. Ku mojemu zdumieniu na sekretarce telefonicznej były już nagrane dwie wiadomości telefoniczne od pana Jana. „Czy już państwo dojechaliście? Proszę dać mi znać po przyjeździe". Pomyślałem, że jest już późno i nie wypada do niego oddzwaniać. Jakie było moje zdumienie, kiedy o północy zadzwonił i zapytał, dlaczego go nie informuję, że szczęśliwie dojechaliśmy do domu. Oczywiście, nie omieszkał zadać przy tym w nieznoszącym sprzeciwu tonie pytań: czy na pewno jechałem wskazaną przez niego drogą i czy dzięki temu uniknąłem waszyngtońskich korków. Kiedy zreferowałem mu trasę i pochwaliłem za mądrą radę, najwyraźniej bardzo zadowolony, życzył mi dobrej nocy, po czym chłodno dorzucił, że chciałby dostać wywiad do autoryzacji najpóźniej w ciągu dwóch dni.

Było w tym nocnym telefonie coś szalenie miłego, a jednocześnie było jasne, że pan Jan nie dopuszcza odstępstwa od reguł, które wyznaczał. Zrozumiałem, że w Radiu Wolna Europa musiała panować rodzinna atmosfera zmieszana z koszarową dyscypliną.

Spodziewałem się, że na tym nasza znajomość powoli się zakończy. Okazało się jednak, że proces autoryzacji tego wywiadu i kłopoty z faksem spowodowały, że zaczęliśmy odbywać regularne rozmowy telefoniczne o najróżniejszych porach dnia i nocy.

Wywiadu do autoryzacji nie mogłem wysłać pocztą elektroniczną, ponieważ pan Jan nie miał komputera. Wierzył jednak, że posiada najlepszy faks na świecie. Kiedy zaproponowałem mu, że wyślę list na pocztę pani, która prowadziła jego dom, dramatycznie zamilkł, po czym odpowiedział, cedząc słowa: „Drogi panie Pawle, mój faks jest znakomity i działa bez zarzutu". Nic więcej nie można było dodać. Nie ośmieliłem się w żaden sposób dyskutować. Roma locuta, causa finita. Nawet gdyby na świecie zabrakło energii elektrycznej, a wszystkie linie telefoniczne uległy przepaleniu, faks pana Jana nadal przyjąłby i wydrukował wywiad do autoryzacji.

Spodziewałem się, że autoryzacja zamieni się w żmudny proces nanoszenia poprawek w tekście. Ku mojemu zaskoczeniu pan Jan oświadczył, że jest zachwycony wywiadem i wróży mi wielką przyszłość w zawodzie dziennikarskim.

Ile kosztuje taksówka

Znów byłem przekonany, że na tym nasza znajomość się zakończy. Przecież ten starszy ode mnie o 57 lat mężczyzna mógł być moim dziadkiem. Tymczasem on wcale nie zamierzał urywać znajomości. Czasami o godzinie pierwszej lub drugiej w nocy odbierałem telefon, żeby usłyszeć te same słowa: „Mówi Nowak". Inaczej się nie przedstawiał. Stąd też później ja sam, pisząc czy mówiąc o nim, używałem tylko tego pseudonimu konspiracyjnego, a w bezpośredniej rozmowie zwracałem się do niego „panie dyrektorze", on zaś w zależności od przypływu życzliwości odpowiadał: „Panie redaktorze" lub znacznie rzadziej „panie Pawle".

Czasami dzwonił z prośbą, żebym mu coś nagrał z TVP Polonia i wysłał do Annadale kasetę VHS. Czasami nagrywałem jego wypowiedzi, które puszczałem w mojej audycji radiowej nadawanej w polonijnym Naszym Radiu, a czasami po prostu wyraźnie miał ochotę pogadać.

A rozmawialiśmy o wszystkim. Przed świętami Wielkiej Nocy pytał, co szykujemy na stół, jak obchodzimy święta, do którego polskiego kościoła pójdziemy ze święconką, czy w Wielki Piątek pościmy i w którym sklepie polskim można kupić dobry makowiec. Dawało się wyczuć tęsknotę za rodzinną atmosferą, za zapachem świątecznych potraw, za polską tradycją. Coraz częściej wypytywał o koszty życia w Polsce. Jak wysokie są opłaty za energię elektryczną, ile kosztuje przejazd taksówką, co składa się na opłatę czynszową, czy ludzie są życzliwi.

Nie znałem jego planów, ale domyślałem się, że bije się z myślami, czy wracać do Warszawy (do której ostatecznie powrócił w 2002 r., i w której 20 stycznia 2005 r. zmarł). Kochał to miasto ponad wszystko, chociaż też się bał jego powojennej szaty. Myślę, że znalazł we mnie swojego warszawskiego rodaka. Opowiadałem mu o jednym dziadku, który walczył w powstaniu na Starym Mieście, o bracie mojej babci, który był zastępcą dowódcy zgrupowania Żywiciel na Żoliborzu, o drugim dziadku walczącym na placu Trzech Krzyży.

O sobie nie chciał rozmawiać. Tak jakby tamte czasy, kiedy był cichociemnym, powstańcem czy dyrektorem RWE już go nie dotyczyły. Chciał żyć teraźniejszością i jak najlepiej się do niej dopasować. Nigdy nie widziałem w nikim takiej chęci życia.

Warto być przyzwoitym

Jak nie czuć podziwu dla 87-letniego bohatera narodowego, który olśniewał w rozmowie piękną polszczyzną, klarownością myśli i ponad wszystko tą absolutnie fenomenalną pamięcią. Czy był przy tym narcyzem i egocentrykiem? Bez wątpienia. Ale nie można mu zarzucić skłonności do konfabulacji czy mitomanii. Nawet gdy deifikował swój ukochany faks.

Wyrażał zdecydowanie swoje poglądy polityczne, szczególnie te antylewicowe, które w pełni podzielałem. Twardo trzymał się swojego stanowiska i nie znosił sprzeciwu. Ale potrafił też słuchać uważnie rozmówcy i dawać mu się wypowiedzieć, a to umiejętność spotykana coraz rzadziej.

Na pewno nie miał za to w zwyczaju się powtarzać. Mimo to jedno zdanie powtórzył mi przy różnych okazjach: „Niech pan pamięta, warto być przyzwoitym. Mimo że czasami wydaje się to naiwne, naprawdę warto być przyzwoitym człowiekiem!".

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA