fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Mołdawia: zwykły kryzys, radość Rosji

shutterstock
Już po raz drugi w ciągu pięciu miesięcy kraj został bez rządu.

– Przestraszyliście się tak bardzo, że postanowiliście obalić rząd – takie były ostatnie słowa Maii Sandu jako premiera. Po chwili przytłaczająca większość deputowanych parlamentu przegłosowała wotum nieufności wobec jej gabinetu.

Konflikt w koalicyjnym rządzie – utworzonym z trudem przez dotychczasowych wrogów – wybuchł z powodu sposobu nominacji prokuratora generalnego. Premier zarzuciła oponentom, że chcą uniemożliwić efektywne zwalczanie korupcji, która w ciągu trzech dekad stała się nieodłączną częścią mołdawskiej polityki. Przeciwnicy z kolei oskarżyli Sandu, że chce mieć osobisty wpływ na szefa prokuratury.

Skończyło się upadkiem rządu ledwo po pięciu miesiącach istnienia.

Przeciw gabinetowi głosowali koalicyjni socjaliści, prorosyjska partia, której nieformalnym liderem jest prezydent Igor Dodon. Zerwali tym samym sojusz z proeuropejskim ACUM, który pozwolił ograniczyć wpływy oligarchów w kraju. Najbogatszy z nich, szef „demokratów" (mających 30 deputowanych) Vladimir Plahotniuc w czerwcu musiał wyjechać za granicę, po upadku poprzedniego, kontrolowanego przez niego rządu.

– Teraz socjaliści uznali, że rośnie ich popularność, bo partyjny kandydat Ion Ceban wygrał (w zeszłym tygodniu – red.) wybory na mera stolicy – uważa jeden z miejscowych analityków. Ale inicjatorem zdymisjonowania rządu był prezydent, który domagał się tego jeszcze w październiku. Jednak gabinet został utworzony w czerwcu przy wsparciu USA, UE i Rosji w celu pozbycia się Plahotniuca. Jego upadek oznacza kłopoty międzynarodowe.

Obecnie na placu boju pozostali socjaliści i prezydent, którzy jednak nie mają większości w parlamencie i nie mogą samodzielnie rządzić (jedynie 36 deputowanych w 101-osobowym parlamencie). Większość mogliby zdobyć, decydując się na sojusz z oligarchicznymi „demokratami". W szeregach socjalistów już rozlegają się głosy, że „demokraci" przestali wypełniać polecenia Plahotniuca, który z powodu długiego pobytu za granicą utracił swoje wpływy w Mołdawii. Ale utworzenie takiej koalicji doprowadziłoby do odtworzenia sytuacji sprzed pięciu miesięcy.

Służba dyplomatyczna UE już ostrzegła, że dymisja jest „złym sygnałem dla procesu reform w kraju".

– Dymisja jest wygraną sił prorosyjskich, na czele których stoi prezydent Dodon, a on działał w interesie Moskwy. Teraz Kreml będzie chciał wzmocnienia prezydenta kosztem powołania słabego rządu, ale może się to skończyć utratą przez nasz kraj pomocy finansowej z Zachodu – mówi politolog Arkadij Barbarose z Kiszyniowa.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA