fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Kowal: Nowy rząd? Gabinet sprzedawców świętego spokoju

Fotorzepa, Darek Golik
Nowy gabinet PiS będzie rządem sprzedawców świętego spokoju – mówi Paweł Kowal, poseł Koalicji Obywatelskiej.

W jakim kierunku pójdzie PO po tym, jak Donald Tusk ogłosił, że nie wraca do polskiej polityki i nie będzie startował w wyborach prezydenckich?

Mamy dwa nowe kluczowe fakty: Donald Tusk nie startuje w tych wyborach prezydenckich, a Grzegorz Schetyna ma sukces w Senacie, czyli jest już nowa epoka. Teraz KO może sobie dać małe kilka tygodni, żeby poukładać sprawy wyborów prezydenckich. Nie ma już oczekiwania, że Donald Tusk wróci i „będzie, jak było", ten stan taktycznie dawał otuchę działaczom, ale strategicznie stwarzał stan wiecznej niepewności. Od teraz jest jasne, że w polityce opozycji w Polsce Grzegorz Schetyna jest głównym punktem odniesienia. Przez cztery lata nie było miesiąca, w którym nie byłby krytykowany, najczęściej zresztą przez własną „otulinę" polityczną, działaczy i teoretycznie bliskich mu liderów opinii. A to odbiera swobodę działania nawet najsilniejszym. Myślę, że trzeba w opozycyjnej części sceny politycznej umówić się na jakiś czas spokoju, skupić się na przygotowaniu do wyborów prezydenckich.

Ale czy rzeczywiście macie tyle czasu? Za pół roku będą wybory prezydenckie.

Jeśli uda się dobrze przeprowadzić prawybory, to okres kampanii wyborczej powinien być czasem wyciszenia wewnętrznych sporów po stronie opozycyjnej. Jeżeli dzisiaj jest realna ścieżka odsunięcia PiS od władzy, a to jest celem każdej opozycji, to ona wiedzie od Senatu przez prezydenturę. Dlatego wybory prezydenckie z punktu widzenia opozycji są bardziej znaczące niż dla rządzących. Najważniejszym procesem, który się dzieje równolegle i wpływa na kampanię, jest „bitwa o centrum". W wyborach parlamentarnych okazało się, że PiS wystraszyło polityczne centrum. Zapowiedzi podwyższenia płacy minimalnej, zniesienia 30-krotności składki na ZUS zmroziły przedsiębiorców strachem przed kolejnym etapem dobrozmianowej rewolucji. PiS rzuciło się werbalnie na inteligencję, na ludzi twórczych, a przede wszystkim na przedsiębiorców, obiecując im, że będą wymieniani na „nową elitę". Każdy analityk polskiej sceny politycznej wie, że uciekające centrum zwiastuje duże kłopoty polityczne. Zresztą jako pierwszy zauważył to Jarosław Gowin zaraz po wyborach, że centrum uciekło PiS-owi. Także Jarosław Kaczyński zmiękczył przekaz. Nie jest przypadkiem, że bodaj po raz pierwszy w III Rzeczypospolitej po wyborach partia zwycięska nie ma premii w sondażach, a to znaczy, że trend się załamał.

Rękę na zgodę do centrum próbują wyciągać niektórzy politycy obozu władzy, ale nie tylko oni.

Drugim środowiskiem, które podjęło walkę o centrum, jest PSL. Bardzo mocno to wybrzmiało w przemówieniu Władysława Kosiniaka-Kamysza w Wierzchosławicach. W tym kontekście poważne pytanie staje przed KO: czy jest w stanie podjąć rywalizację o kluczowy z punktu widzenia ostatniej fazy każdej wielkiej kampanii elektorat, chodzi o wyborców centrowych, a także – w zachodnim rozumieniu tego słowa – konserwatywnych. Czyli o tych, którzy płacą podatki, którzy są „fundatorami" projektów społecznych, którzy tworzą miejsca pracy, bez nich nie da się niczego w Polsce zrobić, chodzi o polskie firmy rodzinne itd. Moim zdaniem szeroka koalicja skupiona w KO z widokiem na zwycięstwo wyborcze ma taką możliwość, ale musi działać dynamicznie.

Po rezygnacji Donalda Tuska polska scena polityczna musi zredefiniować ramy sporu. W ostatnich latach były premier nie był na niej obecny, ale był obecny jego cień. Jednak teraz spór między Kaczyńskim i Tuskiem, który zarysował się w 2001 roku, a potem uwydatnił w roku 2005, już nie będzie taki sam. Jak ma się w tym odnaleźć PO?

Scena jest ustabilizowana, są dwie duże partie i tylko one mogą zmienić oś sporu. W sensie personalnym zresztą oś sporu zmienił Donald Tusk, który przez lata był punktem odniesienia dla PiS. Być może także ideowy spór będzie przebiegał inaczej? Niespodziewany finał wyborów parlamentarnych dla PiS, które zakończyły się słabszym rezultatem niż oczekiwali, i utratą Senatu, pokazał, że PiS, chociaż wciąż ma duże możliwości, instytucje itd., zobaczyło – że szczyt własnych możliwości ma już za sobą. Mieroszewski pisał czterdzieści lat temu, że wyborców nie da się kupić wizją kolorowego telewizora w każdym domu, ale wielką ideą. Dzisiaj tej idei PiS już nie ma i dlatego nowy rząd będzie miał charakter stagnacyjny, będzie to rząd sprzedawców świętego spokoju, i to mało wiarygodnych, bo jednak z dużą skłonnością do politycznej awantury.

Jakie są szanse na ożywienie się opozycji?

Na pewno konstrukcja KO musi być szeroka – od Barbary Nowackiej po nas w centrum, a nawet na prawo. Opozycja musi być dużo bardziej „ludowa" w zachodnim stylu, to znaczy w mniejszym stopniu nastawiona na pielęgnowanie pamięci o historii, na przykład starej elicie solidarnościowej, a w większym na model, w którym politycy wracają do inteligencji na wsiach, w miasteczkach, idą na targ i dyskutują z ludźmi. Trzeba wyjechać z wielkich miast. Jedną z idei, które nas łączą, powinna być praca: podziękowanie tym, którzy pracowali przez ostatnie trzy dekady niepodległości i zdarli swoje zdrowie, a także tym, którzy dzisiaj podejmują odpowiedzialność, płacą podatki. Kolejnym hasłem wywoławczym powinien być szacunek – tego brakowało w ostatnich latach – i oczywiście „zdrowie": dosłownie, ale też jako uzdrowienie instytucji, przywrócenie im ducha służby.

Kto powinien być kandydatem KO na prezydenta, jakie cechy powinien posiadać?

Musi mieć cechy i osobowość, które pozwolą pomiędzy dwiema turami zjednać sobie jak najwięcej wyborców, także tych „nieoczywistych". Wtedy musi przekonywać bardziej swoją postawą niż poglądami, bo poglądami wszystkim nie dogodzi. Musi umieć schować w decydującym momencie swoją agendę do kieszeni, bo problem zwykle pojawia się wtedy, gdy politycy dochodzą do wysokiego szczebla możliwości, ale nagle się okazuje, że w kieszeni mają tylko swoją „prawdę". Jeśli są bardziej lewicowi, to koncentrują się tylko na prawach mniejszości, jeżeli są bardziej prawicowi – to na przykład jedynie na zakazie stosowania in vitro. Jeśli kandydat KO w drugiej turze pójdzie w jakikolwiek skrajny dyskurs, to zrazi jakąś istotną część wyborców. Tam się idzie po ponad 50 proc., a nie po lepszy wynik niż w ostatnich wyborach parlamentarnych. Jest jeszcze jeden warunek: musi mieć zdolność „wychylenia się do centrum, a nawet na prawo", ponieważ struktura głosów polskiego społeczeństwa jest taka, że w drugiej turze trzeba pozyskać centrum i trochę centrum na prawo.

To oznacza, że metoda prawyborów nie jest najlepszym sposobem wyłonienia kandydata KO. Najwięcej głosów dostanie kandydat dobry dla aparatu, a nie dla układanki, o której pan mówi.

Jest oczywiste, że PO i jej alianci nie prowadzą jeszcze kampanii wyborczej, bo – w odróżnieniu od PiS – nie mamy urzędującego prezydenta. Jest jasne, że są znani faworytka i potencjalni faworyci w tym wyścigu. Ale może warto pomyśleć o wykorzystaniu prawyborów do poszukania innych ciekawych postaci, które mocniej zaistnieją w polityce? Do znalezienia kogoś w stylu prof. Grodzkiego? Może „efekt Grodzkiego" da się powielić? To ciekawy fenomen, senator związany z PO zaskakuje, ludzie szanują go za coś innego niż tylko polityka, nie jest kojarzony z aparatem. Nie ma co poddawać się medialnemu poganianiu. Prawybory mogą dać efekt, jeśli będą dobrze zorganizowane, jeśli pokażą różnorodność KO, która jest jej siłą, i jeśli wszyscy będą mieli świadomość, że gra idzie nie tylko o wejście do drugiej tury, ale też o większość w niej.

—współpraca Karol Ikonowicz

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA