fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Rodrigo Duterte nowym sojusznikiem Amerykanów

PAP/EPA
Nowa administracja USA zamierza ułożyć stosunki z Filipinami przy pomocy Japonii, jednocześnie szykując konfrontację z Chinami.

Nie pozostawił co do tego najmniejszej wątpliwości Rex Tillerson, przyszły sekretarz stanu. W czasie przesłuchań przed senacką Komisją Spraw Zagranicznych zapewniał, że USA i Filipiny łączy „długotrwała przyjaźń" i nie ma wystarczających informacji, by komentować wydarzenia w tym kraju.

Chodzi o krytykowaną powszechnie krwawą kampanię 71-letniego prezydenta Duterte przeciw narkomanii. Od chwili gdy został prezydentem w czerwcu ubiegłego roku, pochłonęła już prawie sześć tysięcy ofiar. Handlarze i narkomani są mordowani z zimną krwią przez policję oraz swego rodzaju „szwadrony śmierci" złożone z byłych policjantów. W nalotach policyjnych i strzelaninach giną niewinni ludzie. W więzieniach znajduje się 40 tys. podejrzanych.

Administracja Obamy nie miała wątpliwości, że to, co się dzieje na Filipinach, jest naruszaniem praw człowieka. Trump jest innego zdania i – jeżeli wierzyć samemu Duterte – miał go zapewnić w ubiegłym miesiącu w rozmowie telefonicznej, że znajduje się „na właściwiej drodze". – Dla nowej administracji waszyngtońskiej najważniejszą sprawą jest, by Duterte współpracował z USA. Filipiny mają do odegrania ważną rolę w zamierzeniach nowego prezydenta powstrzymania Chin – tłumaczy „Rzeczpospolitej" prof. Bogdan Góralczyk, były ambasador na Filipinach.

Ale po objęciu władzy Rodrigo Duterte prowadzi politykę „separacji" w sferze wojskowej od USA. Takiego sformułowania użył podczas październikowej wizyty w Pekinie, ogłaszając zbliżenie z Chinami. Wcześniej nazwał prezydenta Obamę sukinsynem.

Wolta Duterte oznaczałaby powstanie w Azji Południowo-Wschodniej nowego układu sił. Filipiny są od niemal 70 lat sojusznikiem USA. Amerykanie mieli tam dwie bazy wojskowe, ale wycofali się na początku lat 90. ubiegłego wieku w atmosferze protestów społecznych przeciw ich obecności. Zamierzali powrócić w reakcji na agresywną politykę Chin w rejonie Morza Południowochińskiego. Wiosną ubiegłego roku, jeszcze przed sukcesem wyborczym Duterte, USA i Filipiny podpisały porozumienie o budowie pięciu nowych baz, w tym na archipelagu Palawan, najdalej wysuniętym na zachód, w kierunku Chin. Objęcie władzy przez Duterte uniemożliwiło realizację tych planów.

Jego zbliżenie z Chinami oznaczało także zakończenie sporu o wyspy Morza Południowochińskiego. W zamian Manila otrzymały od Pekinu obietnicę 3 mld dol. na inwestycje w infrastrukturę. Co więcej, Duterte ogłosił, że zawrze sojusz z Rosją.

Ustępująca administracja Obamy nie była w stanie na niego wpłynąć. Donald Trump ma większe szanse. Zwłaszcza w tandemie z Japonią. Premier Shinzo Abe przybył w czwartek na Filipiny jako pierwszy szef państwa odwiedzający Manilę pod rządami Duterte. Na wstępie zaoferował kredyty w wysokości 8,7 mld dol.

Ten sam Abe był także pierwszym szefem państwa, który spotkał się z Donaldem Trumpem po jego sukcesie wyborczym. Bezpośrednio po inauguracji nowego prezydenta gościć będzie w Białym Domu. – Współpraca z Japonią neutralizuje w pewnym stopniu zbliżenie Filipin z Chinami – mówi prof. Góralczyk. Ułatwi także Donaldowi Trumpowi politykę w tej części Azji, tym bardziej że Tokio i Pekin toczą zacięty spór terytorialny o wyspy Senkaku.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA