fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Balangowicz na Jasnej Górze

Fot. Bartłomiej Barczyk
Agencja Gazeta
Miał samochód z telewizorem, ale potrzebował codziennej rozmowy z Bogiem poprzez modlitwę. Unikał publicznych wystąpień, opiekował się bezdomnymi kotami i kupował skarpetki po 200 złotych. A w całym życiu Wojciecha Kilara odbijała się jego muzyka.

Bardzo chronił prywatność i niesłychanie cenił sobie przyjaźń. Trzeba było jednak na nią zasłużyć. Tak jak na szansę wejścia do jego domu. Dziś jest to możliwe dzięki lekturze. Ukazały się – niemal równolegle – dwie książki kreślące prywatny, wręcz intymny portret Wojciecha Kilara. Obie autorki, Maria Wilczek-Krupa oraz Barbara Gruszka-Zych, wielokrotnie z nim rozmawiały, co więcej – bywały w jego domu. I niezależnie od siebie postanowiły dwa lata po śmierci Wojciecha Kilara opowiedzieć o nim.

Obie posiłkowały się przy pisaniu wspomnieniowymi rozmowami z osobami, które były mu bliskie. W tych książkach muzyka jest na dalszym planie, to nie są biografie kompozytora, lecz przede wszystkim wizerunki człowieka. A jednak nie powielają się, warto przeczytać obie, by stworzyć portret komplementarny, wielowymiarowy.

Tapczan z czerwoną narzutą

Na katowickim Brynowie Kilar zamieszkał z żoną w 1978 roku. Po dwupokojowym mieszkaniu w bloku ten dom wydawał się im niemal pałacem. Na parterze mieli do dyspozycji dwa duże pokoje w amfiladzie, hol, kuchnię ze spiżarką, toaletę i przeszkloną werandę, którą kompozytor uczynił potem jadalnią dla kotów. Wszędzie rozstawiono oprawione fotografie – z Janem Pawłem II z kotką czy w bibliotece na Jasnej Górze oraz pamiątki ocalałe z rodzinnego miasta Kilara, Lwowa. Na ścianach obrazy Jerzego Dudy-Gracza wisiały obok wizerunków Matki Boskiej.

W jednym z pokoi stał tapczan przykryty czerwoną narzutą. To na nim odpoczywała Barbara Kilarowa, gdy była już bardzo chora. Po jej śmierci nie pozwolił nic zmienić, pozostawił ulubione maskotki, podręczny ołtarzyk. Nie siadał też na jej brązowym fotelu w jadalni, w którym lubiła czytać, gdy czuła się nieco lepiej.

Schody na górę prowadziły do pomieszczeń, do których niemal nikt nie miał dostępu, do sypialni oraz gabinetu z fortepianem, biurkiem, ale także dwoma fotelami. Kilarowie lubili w nich siadać, gdy kompozytor skończył już pracę. Wszędzie leżało mnóstwo płyt, a przede wszystkim książek.

Kilar uwielbiał czytać. Miał 12 lat, gdy wpadły mu w ręce „Dzieci szatana" Stanisława Przybyszewskiego, to był okres jego młodzieńczego buntu – przeciw wojnie, szkole, przeciw rozpadowi jego rodziny, bo ojciec zostawił jego i matkę. Po latach wspominał, że ta „satanistyczna" lektura wpoiła mu na zawsze przekonanie, że próżność i megalomania to główne narzędzia zła.

W dorosłym życiu oprócz Prousta, Manna, św. Augustyna czy Pascala cenił klasyczne kryminały: amerykańskie Raymonda Chandlera czy Roberta Blocha, a przede wszystkim powieści Agathy Christie. I lubił Stephena Kinga, z jego powieści najbardziej podobała mu się „Christine". Wielkie wrażenie wywarły na nim filmowe wersje „Lśnienia" z Jackiem Nicholsonem i „Miserere" z Kathy Bates.

Te literackie preferencje wyjaśniają też, dlaczego chętnie przystał na propozycję Francisa Coppoli napisania muzyki do jego „Draculi". „Ojciec chrzestny" tego reżysera należał do ulubionych filmów Kilara obok „Taksówkarza" i „Ostatniego kuszenia Chrystusa" Martina Scorsese, „Nietykalnych" Briana De Palmy, „Łowcy jeleni" Michaela Cimino. Na tej liście znalazłoby się także „Osiem i pół" i „La strada" Federica Felliniego oraz komedia „Naga broń" Davida Zuckera. Do większości najważniejszych dla niego filmów polskich skomponował muzykę. Żałował jedynie, że nie on, lecz Andrzej Korzyński pracował z Andrzejem Wajdą przy „Człowieku z marmuru".

Dom na Brychowie miał oczywiście garaż. Wojciech Kilar narzekał, że ciasny i niezbyt wygodny, bo samochody darzył niezwykłym uczuciem. Pierwszy kupił jeszcze w latach 50., był to włoski fiat 600 – w owym czasie stanowił luksusową ekstrawagancję. Potem przerzucił się na małe renault, następnie na fordy. Zadawał szyku zwłaszcza modelem EXP z wielką, amerykańską karoserią. Wreszcie docenił mercedesy i zagustował w nich tak bardzo, że po pewnym czasie z koncernu Daimlera dzwoniono do niego z informacjami o modelach wprowadzanych na rynek.

Korzystał już wówczas z dwóch samochodów. Większy miał wszystkie możliwe udogodnienia techniczne, także telewizor, radio i sprzęt odtwarzający. Częściej stał jednak w garażu, służył do dalszych wypraw lub do słuchania muzyki. Wieczorami siadywał w nim, bo sprzęt w domu był gorszej jakości. Przed domem stało auto mniejsze, bardziej przydatne do jazdy po mieście.

Gdy miał jeszcze fiacika, kuzynowi żony, Bogumiłowi Kobieli, zazdrościł bmw, które aktor kupił po pobycie w Ameryce. Wśród znajomych Kilara panowała opinia, że jeździ ostro, jak wariat. Zrezygnował z nadmiernego popisywania się, gdy parę bliskich osób (w tym właśnie Kobiela) zginęło lub odniosło obrażenia w wypadkach.

Nieustająca balanga w Paryżu

W owym okresie był królem życia. – Jak gdzieś jechał pięknym niebieskim fordem escortem – opowiadał kiedyś Kazimierz Kutz – to w co drugiej miejscowości przystawał i badał knajpy. I wysyłał do mnie kartki, niczym dzisiejsze esemesy, w których informował: w tej miejscowości tylko śledzik po japońsku, a w tamtej – tatar.

Na znanych fotografiach oglądamy jego pociągłą twarz, ale w dzieciństwie miał wręcz kompleksy, że jest zbyt gruby. W dojrzałym wieku dbał, żeby nie przytyć, tylko słodyczy nie umiał sobie odmówić. Kiedy jechał do klasztoru na Jasną Górę, pieczono tam od razu dla niego dwa makowce, jeden to było stanowczo za mało.

Przez szereg lat problemem był alkohol. Kiedy w 1959 roku otrzymał stypendium do Paryża, szybko znalazł kompanów: Jana Lenicę, Jana Lebensteina czy kompozytora Michała Spisaka, któremu pomagał cyklinować podłogę, bo tylko wtedy pani Spisakowa pozwalała otworzyć domowy barek. – Byliśmy w Paryżu razem przez dwa tygodnie codziennie. Wyciągał mnie do barów, tam piliśmy wino za winem – wspominał Krzysztof Penderecki.

W tym czasie był też w Paryżu przyjaciel ze studiów, pianista, a dziś profesor, Andrzej Jasiński. – Znaliśmy wszystkie rodzaje win, ale kupowaliśmy te najtańsze – opowiada. Kilar, skłonny do żartów, nieśmiałemu przyjacielowi kupił też na placu Pigalle pisemka z rozebranymi panienkami.

W kraju z Jerzym Abratowskim, twórcą popularnych w latach 60. piosenek, balowali kiedyś w warszawskim Bristolu non stop przez 36 godzin, nocami śpiąc – za przyzwoleniem personelu – na restauracyjnych stołach. Z katowickiego Monopolu nie był w stanie wyjść o własnych nogach, więc położył się w witrynie. Rano jego widok stał się atrakcją dla przechodniów.

Przełom nastąpił pod koniec lat 60., gdy pękł wrzód żołądka. Ale istotną rolę w zerwaniu z dotychczasowym trybem życia odegrała żona. Gdy po powrocie ze szpitala próbował ją namawiać na wspólną lampkę koniaku, odmawiała, mówiąc: znudziło mi się. Próbował pić sam, ale nie szło. Od tego momentu aż do końca życia pozostał absolutnym abstynentem. Unikał nawet czekoladek z likierem.

Dziewczyna o pięknych oczach

Dla Basi zrobiłby wszystko. Poznali się w 1954 roku w Katowicach. On był na roku dyplomowym, ona, młodsza o cztery lata, uczyła się w klasie maturalnej. – To był natychmiastowy piorun – opowiadał. – Mignęła mi gdzieś na schodach dzisiejszej Akademii Muzycznej. Tak sobie czasem myślę, że te kilka sekund lub minut nadało bieg mojemu życiu.

Przeżyli razem cztery dekady, ale po zauroczeniu okres narzeczeństwa trwał aż dwanaście lat. Najpierw on nie był gotowy do stałego związku, obawiał się, czy jako młody kompozytor będzie w stanie utrzymać rodzinę. Na dodatek trafił się wyjazd do Paryża przedłużony do ponad roku. A ona miała wątpliwości, czy powinna wiązać się z nim, skoro prowadził taki tryb życia. – A Basia była dziewczyną niezwykle atrakcyjną. Bardzo się podobała chłopakom w liceum – twierdzi Kazimierz Kord. – Miała piękne oczy i ogromny wdzięk.

Gdy się pobrali, pracowała jako nauczycielka muzyki. Na jego prośbę odeszła ze szkoły i zajęła się domem. Podporządkowała swoje życie jego twórczości. – Była ciepłą, niezwykle opiekuńczą kobietą – uważa Bogdan Tosza. – I była wpatrzona w Kilara. Nie było mowy, żeby mu się krawat przekrzywił albo pyłek siadł na marynarce. Natychmiast opiekuńczym gestem poprawiała mu ubranie – dbała o jego wizerunek i w ogóle o jego osobę w sposób nieprawdopodobnie czuły.

Kiedy pracował nad muzyką do kolejnego filmu, nic mu nie przeszkadzało. Ale gdy komponował utwór koncertowy, w domu musiała panować kompletna cisza. A słynny „Krzesany", o którym można sądzić, że powstał od jednego pociągnięcia pióra, rodził się przez osiem miesięcy. W takich chwilach wyprowadzała się, by zapewnić mężowi spokój. Potem zawsze pierwsza poznawała owoc jego żmudnej pracy, a on czekał na jej opinię.

Kiedy mogli, podróżowali razem. W dłuższe wyprawy do Ameryki czy Australii jeździł sam, a wówczas dzwonił do niej bez przerwy, informując o każdym niemal kroku. Te rozmowy kosztowały majątek, ale jako uznany twórca muzyki filmowej mógł sobie na to pozwolić.

– Wojtek żył dzięki Basi – uważa Elżbieta Grocholska-Zanussi. – Na początku mieli trudne przejścia z powodu jego picia, ale ona odtworzyła w nim człowieka. Ze swoją łagodnością, wyrozumiałością była dla niego życiowym zabezpieczeniem. Z czasem było im tak ze sobą dobrze, że reszta świata mogłaby nie istnieć.

Pod koniec lat 90. zaczęły się kłopoty żony ze zdrowiem: operacja wstawienia endoprotezy, poszpitalne problemy z wątrobą, potem z tarczycą, trzy zawały i choroba stawów, tak postępująca, że nie mogła nawet utrzymać szklanki w ręce. Najgorsza z lekarskich diagnoz brzmiała: „Autoagresja. Organizm będzie panią atakował z każdej strony".

Nawet w chorobie, otoczona rehabilitantami i pielęgniarkami, myślała przede wszystkim o tym, by mąż miał warunki sprzyjające pracy. A on przy każdej nowej propozycji kompozytorskiej zastanawiał się, czy uda mu się to zamówienie pogodzić z opieką nad żoną. To dlatego w pewnym momencie odrzucił oferty filmowców, wymagające na ogół podróży, licznych rozmów z producentami i reżyserami.

– Przyjeżdżał do nas i już po przekroczeniu progu dzwonił do Basi zapytać, czy wszystko w porządku – mówi Zofia Witowa. – Był nastawiony wyłącznie na nią i na jej samopoczucie.

Samotnia u ojców paulinów

Barbara zmarła jesienią 2007 roku. W pierwszą rocznicę jej śmierci skomponował „Te Deum", potem kameralne „Sonety do Laury" do tekstów Petrarki, które są opisem miłości do ukochanej, a potem jej opłakiwaniem. A Barbarze Gruszce-Zych powiedział: – Bóg oszczędził jej wiele cierpienia i upokorzenia, a mnie dał ogromną łaskę, że to właśnie ja mogę dźwigać krzyż rozstania po tylu latach wspólnego, szczęśliwego życia. Nigdy nie chciałem, aby żona została sama na tym świecie.

Była osobą bardzo religijną, on przez lata do problemów wiary miał stosunek ambiwalentny. W sposób typowy dla niej nie próbowała jednak z nim dyskutować czy przekonywać. Im bardziej nastawiony był niechętnie, tym ona częściej, bez słowa, chodziła na msze.

Przełom dokonał się w nim za sprawą Jerzego Dudy-Gracza. W 1982 roku artysta ten jechał na plener malarski organizowany przez klasztor na Jasnej Górze i namówił Kilara, by wybrał się z nim. – Odetchniesz od naszych śląskich koszmarów, tam naprawdę można odnaleźć spokój – przekonywał.

Zamieszkał w hospicjum dla księży, w ciasnym pokoju z metalowym łóżkiem i toaletą na zewnątrz, w warunkach odmiennych od eleganckich hoteli, które zawsze wybierał. Odkrył wspaniałą kolekcję jasnogórskiego malarstwa, a przede wszystkim modlitwę, i to ten jej rodzaj, który dotychczas budził w nim największy sprzeciw – zbiorowe, jego zdaniem natrętne, odmawianie różańca.

– Miałem momenty iluminacji, choć to może za duże słowo, nie wiem, czy Panu Bogu zechciałoby się akurat mnie iluminować – cytuje jego słowa Maria Wilczek-Krupa. – Doświadczenie wspólnoty było moim największym problemem i moim największym życiowym osiągnięciem jest zrozumienie sensu uczestnictwa w Kościele, rozkoszy i radości bycia we wspólnocie.

Do ojców paulinów wracał wielokrotnie, już bez Jerzego Dudy-Gracza, bo poróżniły ich oceny PRL-owskiej rzeczywistości lat 80. Z tej wewnętrznej przemiany narodziła się też „Victoria", utwór pisany w oczekiwaniu na drugą pielgrzymkę Jana Pawła II do Polski. Od tamtego też czasu różaniec towarzyszył mu codziennie, w domu i w podróży. Odmawiał go nie tylko wieczorami, także podczas startu i lądowania samolotu.

Głęboką religijność potrafił wszakże godzić ze słabością do rzeczy luksusowych. Bardzo starannie dobierał ubrania, mimo że na co dzień preferował niewyszukany strój sportowy. Lubił kupić sobie kolejną koszulę Hugo Bossa, markowe skarpetki za 200 zł, bardzo był zadowolony, gdy ktoś docenił jego krawat. Radość ta była jeszcze większa, jeśli był to prezent od żony. Dla niej z każdej podróży przywoził rzeczy z najlepszych gatunkowo materiałów, nawet wtedy, gdy choroba sprawiła, że nie była w stanie ich już nosić.

– Wypowiedziami o Bogu i bliskim związku z Kościołem niejednokrotnie narażał się krytyce – uważa dyrygent Marek Moś. – Wielu sądzi, że wiara powinna pozostać sprawą prywatną każdego z nas. Dlatego denerwowało ich, kiedy mówił, że na Jasnej Górze czuje się u siebie, i opowiadał o swojej religijności. Byli przekonani, że to rodzaj gry, że ma jakiś określony cel w epatowaniu tym. A on po prostu był sobą i nie bał się mówić, co jest dla niego najważniejsze.

Podobnie było z poglądami na politykę. W PRL napisał sygnał dźwiękowy dla „Dziennika telewizyjnego", bo to była intratna propozycja. Dziś zresztą, kiedy słucha się tego nazbyt przyspieszonego poloneza, ma on w sobie coś groteskowego, nie brzmi oficjalnie i pompatycznie, jak zapewne wtedy sądzili decydenci. W 1989 roku poparł Komitet Obywatelski „Solidarności", ale jego przedwyborczą wypowiedź telewizyjną poszatkowała cenzura. Na ekranie był głównie niemy Kilar.

Na początku XXI wieku stanął po stronie prawicy, bardzo cenił prezydenta Lecha Kaczyńskiego, choć pewnego razu wściekł się, gdy zadzwoniono z jego kancelarii z sugestią, by napisał utwór na cześć prezydenta Gruzji. Równie ostro zareagował wcześniej tylko raz, za czasów PRL, gdy ministerialny urzędnik zwrócił się z prośbą o skomponowanie opery, żądając jednocześnie szybkiej odpowiedzi, bo w kolejce są inni kandydaci. Przyznaną mu Nagrodę im. Lecha Kaczyńskiego zaliczał wszakże do najcenniejszych wyróżnień, a otrzymał ich wiele. W 2010 roku znalazł się w komitecie popierającym kandydaturę Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich. Coraz ostrzejsze waśnie polityczne bardzo zniechęciły go jednak do polityki. Nazywał więc siebie sierotą po PiS-ie.

– No więc taki był właśnie Wojtek – ocenia w książce Marii Wilczek-Krupy Krzysztof Zanussi, jego wieloletni przyjaciel, z którym przez lata pracował, niejednokrotnie ostro się spierając. – Ubrany nonszalancko, choć kpił z siebie, że musi mieć najdroższą marynarkę, taką, po której nie będzie widać, że jest aż tak droga. Z nieprzeciętnym poczuciem humoru, także wobec siebie. Chciał zachować niezależność, żądał, żeby salony przed nim klęczały i żeby on mógł do nich nie chodzić.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA