fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Nie boję się rządów PiS

Fotorzepa, Darek Golik
Monarchia gwarantuje bardziej kompetentnych ludzi na publicznych stanowiskach, niż rządy pochodzące z wyboru - mówi muzyk, Kazik Staszewski.

Plus Minus: 20 lat temu, kiedy był pan na wywiadówce swojego syna, już jako popularny i uznany artysta, nauczycielka, która uczyła również pana, zapytała: „Kaziu, kiedy ty się za jakieś poważne zajęcie zabierzesz?", na co  pan odpowiedział: „No, jeszcze trochę pośpiewam i zobaczymy, co będzie. Na razie chcę się jeszcze ponurzać w dzieciństwie". Nadal się pan nurza?

Granie i śpiewanie to jest sztuczne przedłużanie młodości. Dzięki temu, co robię, wciąż czuję się młody. Ponadto kontakty z młodymi ludźmi pozwalają zachować świeższy stan umysłu. Nie miałbym nic przeciwko temu, żebym takim wiecznym młodzieńcem pozostał. Widząc publiczność na koncertach, nie czuję jakiejś bariery wynikającej z wieku. Gdybym się parał innym zajęciem, prawdopodobnie nie byłoby to możliwe. Raczej nie jest czymś normalnym, żeby tata uczestniczył w imprezach, które organizują jego dzieci. A ja mam tak bardzo często.

Potrafiłby pan robić coś innego?

Zaczynałem od fachu budowlanego. Umiem malować, tapetować, położyłbym kafelki. Jeszcze parę lat temu lubiłem samodzielnie odnowić mieszkanie. Ale nie chciałbym robić tego na stałe. Nie ma przyjemniejszego zajęcia niż bycie muzykiem rockowym. Dawno przestałem narzekać na niedogodności tego zawodu typu dojazdy koszmarnymi drogami, zwłaszcza że jest ich coraz mniej, czy ciężar wynikający z faktu bycia osobą publiczną. Chociaż to akurat ma swoje dobre strony.

Dzięki znanej twarzy uratował pan, wraz ze Zbigniewem Hołdysem szkołę waszych dzieci. Swoją drogą pan i Hołdys to chyba dwa różne światy?

Nigdy nie lubiłem Perfectu, a tym samym nie śledziłem kariery Hołdysa. Dla mnie to była obciachowa kapela. Natomiast Hołdys okazał się przeuroczym facetem, do tego z taką siłą przebicia, której ja nie mam. Kiedy ta szkoła zaczęła mieć kłopoty, on wymyślił, że musimy wejść do rady nadzorczej. Przez parę lat byłem zarządcą tej szkoły.

Był pan zarządcą szkoły?

Właścicielem, dyrekcją i ciałem podejmującym decyzje było tzw. walne zebranie, które odbywało się raz do roku. A w ciągu roku szkołą zarządza rada nadzorcza, w której Hołdys, stosując różne chwyty socjotechniczne, wybrał sam siebie na prezesa, mnie na wiceprezesa i jeszcze jedną panią na wiceprezesa. Chodziliśmy do różnych urzędów dzielnicowych, które były władne podjąć decyzje finansowe w sprawie tej szkoły, i ci urzędnicy, którzy są normalnie panami na włościach, patrzyli na nas i miękli. Chcieli dostać autografy dla dzieci albo znajomych. A Hołdys to w ogóle wchodził jak do siebie i mówił: dosyć tego, to jest bardzo istotny podmiot szkolny na mapie Warszawy i ma funkcjonować za darmo (śmiech). Osiągnęliśmy to, co sobie założyliśmy, szkoła obchodzi 25-lecie. Okazało się, że mamy jakąś siłę sprawczą.

Prof. Zdzisław Krasnodębski, pana były wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim, a dziś europoseł PiS nie byłby z pana dumny, gdyby usłyszał, że po prawie skończonych studiach socjologicznych mógłby pan kłaść tapety i płytki.

Studia socjologiczne to był przypadkowy wybór, który wynikał z obowiązkowej służby wojskowej. Jestem przekonany, że gdyby nie było poboru do wojska, to nawet nie zastanawiałbym się nad pójściem na studia.

Skąd pomysł na długą rozmowę z Rafałem Księżykiem i wydanie książki – wywiadu rzeki – „Idę tam gdzie idę"? Nigdy nie lubił pan udzielać wywiadów, a gdy ktoś pana pytał o teksty, to miał pan ochotę „zakur... z laczka i poprawić z kopyta", jak śpiewał pan w „12 groszach".

Czytałem trzy książki Rafała Księżyka, jego rozmowy z Robertem Brylewskim, Tymonem Tymańskim i Tomaszem Stańką, i marzyłem sobie, żeby z nim porozmawiać. Ale książki wydaję tylko w wydawnictwie mojego syna Kazia – w Kosmos Kosmos. Okazało się, że Rafał nie jest długoterminowo związany z wcześniejszym wydawnictwem i też chciał ze mną zrobić rozmowę. Spotkaliśmy się raz czy dwa. Rafał się zgodził i ja też się zgodziłem. Poza tym dziecku trzeba pomagać...

Będąc młodzieńcem i patrząc na swojego ojca Stanisława, uznanego architekta i barda, czy dziadka Kazimierza, słynnego krajoznawcę, nie miał pan kompleksów?

Wychowywałem się u rodziny mojej mamy. Kiedy tata wyjechał w 1967 roku, a dziadek umarł w 1969,  moje kontakty ze Staszewskimi były sporadyczne i wiedza o nich była szczątkowa. Kiedy dowiedziałem się, kim był dziadek i kim był tata, to muszę powiedzieć bez fałszywej skromności, że ja też czegoś dokonałem. Ale byłem dumny z ojca, że był kozakiem.

A czy pana dzieci nie mają kompleksu ojca muzyka, znanej osoby?

Myślę, że mają, i czasami sobie zarzucam, że przez to, że byli przez całe życie skonfrontowani z osobą publiczną, która jest na każdym kroku rozpoznawalna, mieli strasznie wysoko postawioną poprzeczkę. Wiem, że to w nich tkwi. Mnie nie było łatwiej, bo nie miałem kompletnie zdolności do przedmiotów ścisłych, więc ściganie się z uznanym architektem było raczej trudne. Mama próbowała mnie rozwijać w przedmiotach ścisłych, zapisała mnie na kółko matematyczne, ale ja nie rozumiałem, co się do mnie mówi na zajęciach podstawowych, więc na kółku była zupełna tragedia.

Miał pan zostać architektem?

Mama chciała, żebym podążał drogą ojca, ale jak w drugiej klasie na zakończenie całego kursu nauk plastycznych dostałem tróję, to odpuściła. Borykałem się z dużym poczuciem winy, którego pozbyłem się dopiero w czwartej klasie liceum. Powiedziałem mamie, że nie ma szans, żebym poszedł na politechnikę. W drodze kompromisu poszedłem na socjologię. Zawsze chciałem oszczędzić dzieciom stawiania przed nimi wymagań. Ważne, żeby były szczęśliwe. Ale nie zdawałem sobie sprawy, że sama moja obecność i to, co robię, jest tak ogromnym balastem, że one z tym kompleksem ojca borykają się do dziś.

Był pan ojcem obecnym czy raczej ojcem w podróży?

I takim, i takim. Kiedyś policzyłem sobie liczbę godzin, które jestem poza domem, i ile bym był, gdybym pracował na etacie. Wyszło mi, że jestem w domu częściej, niż gdybym pracował od 8.00 do 16.00.

Czy nie wstydził się pan, kiedy okazało się, że pana ojciec współpracował z UB?

Mówimy o człowieku, który umarł 40 lat temu, a cały proceder miał miejsce jeszcze 20 lat wcześniej. Skąd miałbym mieć w sobie uczucie wstydu? W książce „Tata mimo woli" opublikowałem część  donosów napisanych przez ojca. Wybrałem te, które wydawały mi się najbardziej wartościowe pod względem literackim. Szczerość jest dobrym antybiotykiem na pozbycie się takiego uczucia. Suchą informacją o tym i pokazaniem części dokumentów zamknąłem gębę wszystkim adwersarzom.

Ojciec był dla pana bohaterem?

Nie. Póki żył, byłem za mały, żeby skonstruować sobie jakąś postawę wobec niego. Miałem cztery lata, kiedy wyjechał, ale zaskakujące jest to, że go dobrze pamiętam. Pamiętam, że jak występował w Pegazie, to podbiegałem do telewizora i krzyczałem coś, bo myślałem, że mnie słyszy. Był krótko obcięty na jeżyka, krzywo stawiał prawą nogę, efekt obozu. Ojciec gwarantował mi to samo uczucie, które mnie nachodziło, gdy wracałem z Anglii. Dzięki wszystkim słodyczom, komiksom, zabawkom, które mi przysyłał z Zachodu, czułem się jak ktoś wyjątkowy, atrakcyjny w towarzystwie rówieśników. Potem tata umarł, ale nic się zasadniczo nie zmieniło.

Jak to?

Mama pojechała do Francji pozamykać jakieś jego sprawy, przywiozła pełno rzeczy po nim. Na przykład magnetofon kasetowy, który był moim marzeniem, jakieś płyty, organy domowe, jakieś instrumenty z Senegalu, Maroka, adapter. Dla mnie, właściwie poza samym momentem, w którym dowiedziałem się, że ojciec umarł i trochę popłakałem, było nadal wesoło. On, umierając, z punktu widzenia dziesięcioletniego chłopca jeszcze zwiększył moją atrakcyjność. Życie się toczyło dalej. Mama obrotnie zajęła się schedą po ojcu, inwestowała pieniądze i tak dotarliśmy do lat 80., kiedy założyłem swoją rodzinę. Wtedy przypadkowo dowiedziałem się, że tata nie chciał, żebym się urodził. Mama ukryła fakt, że jest w ciąży, i tylko dzięki jej determinacji teraz możemy rozmawiać.

Ta informacja była dla pana bolesna?

Szokująca. Dowiedziałem się o tym w momencie, gdy nasz Kazio był w drodze. Myśmy kompletnie takich dylematów nie mieli, mimo że z perspektywy czasu widzę, że byliśmy kompletnie nieprzygotowani do roli, którą mieliśmy zaraz zacząć odgrywać. Mieliśmy po 20 lat, ja jakiś tam student, Ania zaczynała pracę w szkole jako nauczycielka. Nie mieliśmy nic, znaliśmy się od kilku miesięcy, ale wtedy zrozumiałem, że mniej lub bardziej świadomie działam zupełnie przeciwnie niż ojciec. Rodzina była dla mnie ważnym imperatywem. Dziecko było oczekiwane. Kiedy zdałem sobie z tego wszystkiego sprawę, przez jakiś czas miałem dość wrogi stosunek do mojego taty, aż do momentu, kiedy dzięki listom zacząłem go poznawać lepiej. Kiedyś byłem bardzo radykalny w swoich poglądach i wydawało mi się, że świat może być albo biały, albo czarny. Listy od taty dały mi asumpt do tego, żeby zrozumieć, że pomiędzy czernią i bielą są różne odcienie szarości.

Po latach nagrał pan piosenki ojca. Kult przed „Tatą Kazika" i Kult po „Tacie Kazika" to zupełnie inna skala popularności.

On powiedział, i to jest zacytowane w filmie, że ktoś kiedyś zrobi z tych jego piosenek maszynkę do wyciskania pieniędzy (śmiech). A potem ktoś napisał w jakiejś gazecie, że pewnie Staszek Staszewski nie miałby nic przeciwko temu, gdyby tym kimś był jego syn. Ojciec zostawił mi w spadku wspaniałą rzecz i myślę, że te jego teksty i kompozycje w bardzo dużym stopniu stały się dźwignią dla mojej kapeli. Dzięki tej płycie staliśmy się rozpoznawalni w całej Polsce i stałem się lokalną  gwiazdą.

Jak się wtedy zmieniło pańskie życie?

Mniej więcej w tym samym czasie zaczął się dziać niezamierzony proces polegający na tym, że zacząłem funkcjonować indywidualnie, a nie jako jeden z członków zespołu Kult.

To było frustrujące dla kolegów?

Myślę, że tak. To się nawet skończyło sesją terapeutyczną. Wewnątrz zespołu stosunki interpersonalne pozostawały na starych zasadach, ale jeśli np. ktoś chciał zrobić z nami wywiad, to zwykle chodziło o moją osobę. Przejąłem na siebie ciężar promowania naszych wydawnictw. Mnie to też frustrowało, bo uważałem, że wkładałem więcej pracy ogólnej w działalność kolektywu, a jestem traktowany jako jeden z członków zespołu. To nagromadziło masę żółci i musieliśmy się zebrać na grupowej terapii, gdzie dwóch specjalistów poprowadziło rozmowę w taki sposób, że potrafiliśmy sobie większość kwestii wyjaśnić. Owocem tego był „Ostateczny krach systemu korporacji", jedna z bardziej udanych płyt Kultu.

No tak, to nawiązanie do muzyka Jello Biafry, który kandydował na prezydenta USA... A jakie pan ma pomysły polityczne?

Jestem zwolennikiem grupy światłych ludzi, która doradza światłemu królowi.

Uważa pan, że  monarchia byłaby najlepsza?

Wydaje mi się, że monarchia gwarantuje bardziej kompetentnych ludzi na publicznych stanowiskach niż rządy, którze pochodzą z wyboru - takie na które głosuje z taką samą wagą ktoś niemający zielonego pojęcia, na kogo głosuje, kierując się np. wyglądem zewnętrznym kandydata, jak i profesor politechniki.

Kukiz panu imponuje tym, że próbuje rozwalić system od środka?

Kukiz mi zaimponował w momencie wyborów prezydenckich. Jeszcze o 19 w niedzielę myślałem, że nie pójdę głosować, ale jak zobaczyłem, jak Paweł Kukiz zogniskował grupę niezadowolonych, to postanowiłem go wesprzeć. Późniejsza decyzja prezydenta Komorowskiego o rozpisaniu referendum w sprawie JOW była konsekwencją całkowicie wadliwego zdiagnozowania nastrojów społecznych. Świadczy to o niskim intelekcie, może nie samego prezydenta, ale całego sztabu doradców, którzy stwierdzili, że elektorat Kukiza jest zwolennikiem jednomandatowych okręgów wyborczych. Miałem nadzieję, że Ruch Kukiza instytucjonalnie dotrwa do wyborów parlamentarnych i będzie stanowić strukturalną i funkcjonalną przeciwwagę dla tego dychotomicznego podziału. Moje nadzieje nie okazały się płonne.

Ugrupowanie Kukiza weszło do Sejmu jako trzecia siła polityczna.

Tak, ale ja, głosując na Ruch Kukiza, nie wiedziałbym, na co oddaję głos. Program jest nieczytelny, znajdują się tam ludzie z bardzo różnych domków. Wygląda mi to na jakieś pospolite ruszenie, które gromadzi wolne, niezdeklarowane jeszcze osobniki. A co do konkretnych środków i programu, to mam wrażenie, że tam dyskusji nie ma i będzie organizowana, jak ewentualnie ten parlament zdobędą.

Kukiz doprowadził do odsunięcia Komorowskiego od prezydentury.

Zdecydowanie tak. PO w wyborach prezydenckich dostało żółtą kartkę i przegrywając wybory parlamentarne – drugą żółtą kartkę. A wszyscy wiemy, co oznaczają dwie żółte karki. To spowoduje, że to zadufane w sobie ugrupowanie będzie miało minimum cztery lata na przemyślenie swojego stosunku do kraju i jego obywateli. Ale też nie jestem zwolennikiem PiS, ogólnie czuję sporą niechęć do polityków.

Kiedyś był pan zagorzałym zwolennikiem Janusza Korwin-Mikkego.

Obecnie Korwin stał się postacią nieco kabaretową. Oczywiście ma swój żelazny elektorat, ale chyba sam nawet nie ma w planach sprawowania jakiejś realnej władzy.

Nie żałuje pan, że go pan wspierał?

Nie, dlaczego? To jest bardzo barwna postać na scenie politycznej. Dobrze, że jest, gorzej gdyby arytmetyka sejmowa spowodowała, że miałby stworzyć rząd.

A rządu PiS pan się nie boi?

Nie boję się. Te rządy już były i nie demonizujmy ich. Moje odczucia estetyczne były takie, że było ponuro. Natomiast nie zauważyłem specjalnej różnicy, może poza tym, że PO dała mi po kieszeni, a PiS mi trochę dodał.

Ma dla pana jakieś znaczenie, jak wyjaśniane są okoliczności katastrofy smoleńskiej?

Nie wierzę w zamach, ale nadal nie wiem, co tam się wydarzyło. Żadna z narracji nie jest dla mnie wiarygodna i brakuje mi rzetelnego raportu, który określiłby, co się stało.

Winni katastrofy smoleńskiej nie zostali ukarani?

To jest szereg zaniechań dotyczących sfery administracyjnej, a system demokracji parlamentarnej i demokracji w ogóle jest w ten sposób latami tworzony, żeby wskazać odpowiedzialnych było jak najtrudniej.

Wyobraża sobie pan Donalda Tuska przed Trybunałem Stanu?

Wiem, że oni siebie nawzajem straszą więzieniem, ale myślę, że przez te 25 lat doszliśmy do takiego momentu, że o ile nie są to działania stricte kryminalne, to stawania przed takimi gremiami nie jestem w stanie sobie wyobrazić.

Ma pan poczucie, że Andrzej Duda przywrócił dumę urzędowi prezydenta?

Za krótko, żeby coś na ten temat powiedzieć. Ale takie ruchy, jak niewspominanie Lecha Wałęsy na obchodach „Solidarności", uważam za próbę wykreślenia go z najnowszej historii Polski. Na merytoryczną ocenę działań Dudy jest za wcześnie, a ruchy obyczajowe uważam za słabe.

Kojarzył pan, kim jest Andrzej Duda, jeszcze pół roku temu?

Na początku myślałem, że to ten Duda z „Solidarności" startuje. PiS szukało kandydata, który jest umiarkowany i wypowiada swoje poglądy w stonowany sposób. Tymiński też nie był znany.

Duda nie jest prezydentem z przypadku?

Nie ma czegoś takiego jak przypadkowy prezydent. Jak można po tak długo trwającej kampanii prezydenckiej i po zebraniu paru milionów głosów mówić, że ktoś jest przypadkowy. Przypadkowy może być gol w meczu, a nie prezydent. Ludzie zagłosowali na niego, bo wiedzieli, jakie siły reprezentuje i kto za nim stoi.

Myśli pan, że Beata Szydło będzie lepszym premierem niż Ewa Kopacz?

Od Ewy Kopacz nie jest trudno być lepszym premierem, więc ma duże szanse.

Kim pan tak w ogóle jest? Konserwatystą, lewicowcem czy może liberałem?

Jestem konserwatystą, jeśli chodzi o stosunki interpersonalne, kwestie społeczne. Instytucja rodziny i te wartości, które ona ze sobą niesie, są dla mnie istotne. Natomiast gospodarczo jestem liberałem. Jestem za tym, żeby rynku było jak najwięcej w gospodarce i żeby państwo nie wpierdalało się w każde podstawowe decyzje. Państwo musi rozumieć, że ludzie sami najlepiej potrafią zadbać o swój los i nie trzeba ich traktować jak głupków i prowadzić za rękę. Czy to jest prawica czy lewica? Nie identyfikuję się z lewą stroną sceny politycznej, z tym rozdawnictwem przywilejów i zapomóg. Nas nie stać na dawanie 500 zł na każde dziecko.

500 zł na każde dziecko to PiS-owska propozycja.

PiS to lewica. Uważam, że polska scena polityczna podzielona jest wzdłuż lewicy. PO jest lewicą koncesyjno-etatystyczną, a PiS lewicą socjalno-narodową. Chociaż brzmi to niedobrze, ale nic lepszego nie przychodzi mi do głowy. Obie partie wiele dzieli, ale też sporo łączy.

Kiedyś powiedział pan o PiS, że to lewica wierzącą w Boga.

Coś jest na rzeczy.

Po przeanalizowaniu wszystkich tekstów Boba Dylana komputer stwierdził, że najważniejszymi tematami poruszanymi przez tego autora są: przemijający czas, miłość i wiara. Chyba podobnie jak u pana?

Może ostatnimi czasy przemijający czas też dochodzi do głosu. Ale zawsze, gdy chciałem zbyć tych, co pytali mnie, o czym są moje teksty, a ciebie też chcę zbyć, bo nie mam już czasu, to odpowiadałem, że o religii, o miłości i o polityce.

Ale pan w Boga nie wierzy.

Ja już sam nie wiem, czy wierzę. Deklaruję, że nie wierzę, ale jak coś się dzieje, to zdarza mi się modlić. Chciałbym wiarę odzyskać, ale jest to w konflikcie z moją wiedzą i głowa nie chce dopuścić do głosu emocji, które wołają do Boga.

To co jest według pana najważniejsze w życiu?

Zdrowie. Jak jest zdrowie, to wszystko inne się układa.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA