fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Nowe wojny Rosji: tankiem po szachownicy

Dzień Czołgisty obchodzony na poligonie pod Petersburgiem: balet czołgów T-80
AFP, Olga Maltseva Olga Maltseva
Od półtora roku rosyjski prezydent zaskakuje wszystkich, wywołując coraz to nowe wojny i angażując się w kolejne konflikty. Analitycy i eksperci zastanawiają się, gdzie tym razem uderzy Putin.

Donbas, Narwa, Krym, Homs i Aleppo – można dostać oczopląsu, szukając na mapie kolejnych miejsc, nad którymi zawisł długi cień niewysokiego przywódcy Rosji. Czołgi, samoloty, artyleria, zielone ludziki – Putin wszystkich przesuwa po wielkiej szachownicy świata w grze, w której nie do końca wiadomo, co jest wygraną. Przynajmniej dla niego.

Zbigniew Brzeziński opisywał w jednej z książek, jak to dawny radziecki minister spraw zagranicznych Andriej Gromyko zasiadał w swoim gabinecie i patrzył na ogromną mapę świata rozwieszoną przed nim na ścianie. Planował na niej kolejne posunięcia w wielkiej wojnie Związku Radzieckiego z kapitalizmem i burżuazją. Nikt wśród sowietologów nie miał wątpliwości – każde posunięcie radzieckiej dyplomacji było podporządkowane jednej myśli i jednemu celowi, a świat był wielką planszą krwawej gry, powoli opanowywaną przez pionki i figury przesuwane na rozkaz Moskwy. Takiemu poglądowi sprzyjał szczególnie rozwój wydarzeń w latach 70. ubiegłego wieku, gdy w Afryce, Ameryce Południowej i Azji – prawie w każdym zakątku globu – wznoszono w górę czerwone sztandary i od razu pojawiali się tam radzieccy żołnierze i doradcy, by podać pomocną dłoń z karabinem.

W tamtych czasach zaś swoje pierwsze szlify zdobywali dzisiejsi lokatorzy Kremla: Władimir Putin i jego przyjaciele z KGB. Niektórzy z nich w następnym dziesięcioleciu sami wyruszyli w świat, by wesprzeć walkę proletariatu, np. w Angoli czy Mozambiku, zgodnie z Wielkim Planem realizowanym przez Kreml. Poczucie uczestnictwa w Wielkiej Grze musiało odcisnąć i odcisnęło na nich swoje piętno. Sam obecny prezydent wspominał, jak straszne rozczarowanie poczuł, gdy jesienią 1989 roku niemieccy manifestanci otoczyli siedzibę KGB w Dreźnie, a „Moskwa milczała". Odległa o 1,5 tysiąca kilometrów stolica powinna była bowiem wydać mu rozkaz, co ma robić na drezdeńskiej ulicy – rozkaz właściwy i bezwzględny, a on gotów był go natychmiast wykonać.

Dlaczego Moskwa? Dlatego że zgodnie z Planem musi ona rozumieć, co się dzieje, i wiedzieć, jak rezydent KGB powinien się zachować. „Żyraf bolszoj, jemu widnieje" – już 40 lat temu Władimir Wysocki wyśmiewał taki bałwochwalczy stosunek do „naczalstwa" małego i dużego.

Doświadczenie 1989 roku nic nie pomogło, nadal powszechne jest przekonanie, że istnieje kolejny Plan: precyzyjny i przewidujący wszelkie możliwe warianty. W każdym razie Putin – polityk zajadły, mściwy, ale i konsekwentny – postarał się, by wszyscy byli o tym przekonani. Sprzyjało mu w tym odradzanie się imperialnych resentymentów w społeczeństwie rosyjskim, które chciało, by „znów było jak w ZSRR".

Zielone ludziki kontratakują

Ubocznym tego efektem była rehabilitacją samego słowa „imperium", które wcześniej wymawiano z pogardą. Kulminacją procesu „ozdrowieńczego" była olimpiada w Soczi. W czasie jej uroczystej inauguracji uczono widzów trudnego rosyjskiego alfabetu. Stentorowym głosem lektor odczytywał poszczególne jego litery, a potem pojęcia do nich przypisane, aż padło: „I – jak imperium!", a z olimpijskich trybun rozległ się aplauz publiczności.

Wszystko jednak wskazuje na to, że półtora roku temu rosyjski prezydent wywołał obecny kryzys, atakując Ukrainę w przypływie niezwyczajnych u niego emocji; w porywie wściekłości wydał rozkaz, którego skutki wszyscy odczuwamy do dziś. Zupełne zaprzeczenie długofalowej polityki kojarzonej z imperiami, raczej odruch rozzłoszczonej podwórkowej żulii. „Chcecie zobaczyć uzbrojonych ludzi chowających się za cywilów?!" – pytał podniesionym głosem zaproszonych dziennikarzy, a tak naprawdę zachodnich polityków. Putin bowiem był i jest przekonany, że na kijowskim Majdanie – który obalił Wiktora Janukowycza – za bezbronnymi manifestantami ukrywały się hordy uzbrojonych po zęby nacjonalistycznych bojówkarzy. I to oni właśnie dokonali zamachu stanu, obalając legalne władze, w których Kreml pokładał tyle nadziei. A zrobili to za pieniądze i na rozkaz „zagranicznych mocodawców".

W marcu 2014 roku wszyscy mogli zobaczyć, jak wygląda moskiewska odpowiedź, czyli chowanie się uzbrojonych ludzi za cywilami podczas zajmowania Krymu przez rosyjską armię. Jedno, co można jeszcze dodać do tamtej operacji, to to, że musiała być ona ćwiczona wcześniej przez wykonawców. Może kiedyś dowiemy się po co, czyli do zajęcia jakiego kraju szkolono zielone ludziki i jaki zajęłyby, gdyby nie wybuch wściekłości prezydenta.

Wszystko, co dalej stało się na Ukrainie, było konsekwencją jednej, emocjonalnej decyzji Putina, który chciał udowodnić zachodnim politykom, że przejrzał ich podłą grę, w sumie jednak padł ofiarą własnych mitów i ograniczeń. Dla niego wszak nie istnieje coś takiego jak ruch społeczny, no, chyba że organy państwowe go zorganizują. Albo „zagraniczni mocodawcy".

W efekcie rzeczywiście wdał się w konflikt międzypaństwowy i z każdą kolejną decyzją brnie w niego coraz bardziej. Tyle że nie wygląda to jak realizacja Wielkiego Planu, lecz rozpaczliwa walka o zachowanie rosyjskiej strefy wpływów, czyli utrzymania ostatnich przyczółków imperium.

Gdy ukraińska armia i bataliony ochotnicze wiosną ubiegłego roku zaczęły stawiać opór najeźdźcom w Donbasie, a manifestanci w Odessie spalili żywcem kilkudziesięciu rosyjskich separatystów, wiadomo już było, że Rosja tej wojny nie może wygrać. Świadomość tego docierała jednak na Kreml przez ponad pół roku. Ale gdy już dotarła, zmusiła go do działania.

Fronty i lotniskowce

Jeśli na jednym odcinku frontu nie można zwyciężyć, należy uderzyć na innym – być może tam uda się wygrać, a już na pewno odwróci to uwagę przeciwnika. Przeciwnikiem jest mityczny Zachód, a to znaczy, że frontem walki – cały świat. No, przynajmniej teoretycznie.

Praktycznie od początku konfliktu na Ukrainie Kreml zaczął prowokować państwa bałtyckie. Jednak nigdy nie ośmielił się posunąć dalej wobec członków NATO. Za to w kilku innych miejscach Europy, a dokładniej Bałkanów, doszło do starć. Na szczęście na razie są to starcia polityczne, a nie zbrojne. Mołdawia, Macedonia, Czarnogóra – we wszystkich tych krajach Rosja wspiera polityków, którzy dystansują się przede wszystkim wobec NATO, ale też wobec Unii Europejskiej.

Próba umocnienia się we wschodnich Bałkanach również jednak zakończyła się dla Kremla (przynajmniej na razie) politycznym patem. We wszystkich wymienionych krajach ma on przeciw sobie znaczną część społeczeństwa, która ma dość marazmu i korupcji, a Unię utożsamia z Europą, ją zaś z kolei z rozwojem i ruchem. Tyle że nie jest to większość, a przynajmniej nie na tyle znacząca, by przechylić szalę na swoją stronę.

Przy tym Kreml milcząco zakłada, że w regionie ma przynajmniej jeden „niezatapialny lotniskowiec" – Serbię. W swej polityce stawia na serbską dumę urażoną przegraną wojną z NATO (jeszcze w zeszłym stuleciu) i utratą Kosowa. W odniesieniu do części tamtejszych polityków na pewno nie bez racji. W ciągu ostatnich dwóch tygodni władze maleńkiej Czarnogóry skarżyły się np. na rosyjskich dyplomatów i „nacjonalistycznych agitatorów serbskich", którzy mieli ingerować w wewnętrzne sprawy kraju jawnie zmierzającego do NATO. Amerykańscy urzędnicy zaś zaczęli alarmować, że rosyjska dyplomacja próbuje dokonać rozłamu w Bośni i Hercegowinie, wspierając separatystów w jednej z republik tworzących to państwo – Republice Serbskiej. Jeśli do tego dojdzie, Bośnia stanie na krawędzi kolejnej wojny domowej, której nie byłaby w stanie zapobiec Unia Europejska, pogrążona we własnych problemach.

Ale próbom zwiększenia czy umocnienia rosyjskich wpływów w Macedonii i Czarnogórze towarzyszy realne ich zagrożenie w Rumunii i Bułgarii oraz Mołdawii, gdzie miejscowe społeczeństwa gwałtownie występują przeciw korupcji własnych klas politycznych. Sprzedajność części tamtejszych polityków i urzędników (poza historycznymi i kulturowymi uwarunkowaniami) jest bowiem beznadziejnie powiązana z rosyjską kasą płynącą z Gazpromu, poszczególnych banków czy samego Kremla. Żądania oczyszczenia życia publicznego od razu więc przybierają charakter antykremlowski. To samo zresztą dotyczy położonego na Kaukazie rosyjskiego „niezatapialnego lotniskowca", czyli Armenii.

Wiecznym sojusznikiem Kremla wstrząsnęły rozruchy, gdy zmonopolizowane przez Rosjan przedsiębiorstwa energetyczne podniosły cenę prądu. Manifestanci, którzy wyszli na ulice Erewanu, domagali się jednak przede wszystkim ukarania skorumpowanych polityków, którzy mieli sprzedać te przedsiębiorstwa Rosjanom, umożliwiając im dominację na rynku. Mimo szybkiej radykalizacji protestów niepokoje w Armenii równie szybko się zakończyły. Być może dlatego, że formalnie firmy przeszły na własność ormiańskiego (choć mieszkającego w Moskwie) miliardera.

Trwające ponad pół roku polityczne starcia na Bałkanach i w Mołdawii skłoniły zachodnich politologów do postawienia tezy, że oto Kreml ujawnił wreszcie swoją wielką strategię zdominowania Morza Czarnego i rejonów przyległych. Eksperci łączą zajęcie Krymu ze wspieraniem prorosyjskich polityków w krajach bałkańskich w jedną całość.

Jednak ten Wielki Bałkański Plan jest zupełnie niekompatybilny z tym, co Rosja robi w Syrii. Tamtejsza ingerencja naraziła Moskwę na konflikt z Ankarą, a współpraca z Turcją byłaby kluczowa dla uzyskania rosyjskiej dominacji nad Morzem Czarnym. Bombardowania pozycji syryjskiej opozycji całkowicie wstrzymały bowiem turecko-rosyjskie rozmowy o budowie kolejnego podmorskiego gazociągu. Wraz z Nord Stream 2 miał on umożliwić całkowite ominięcie terytorium Ukrainy – przez które płynie 70 proc. rosyjskiego gazu do Europy. Ale Turcja wspiera syryjską opozycję obrzucaną rosyjskimi bombami i domaga się ustąpienia prezydenta Baszara Asada, uporczywie wspieranego przez Rosjan.

Gdy do Turcji przyleciały amerykańskie samoloty, a do Syrii wkroczyła rosyjska armia, rozmowy o kolejnym gazociągu utknęły w martwym punkcie.

Skok do Syrii, jak koniem na szachownicy, kosztował jednak Rosję znacznie więcej niż jeden gazociąg. Katastrofa rosyjskiego samolotu – prawdopodobnie na skutek zamachu terrorystycznego – wskazuje, że chyba nikt na Kremlu nie przemyślał ryzyka takiej operacji.

A i pojawienie się saudyjskiej ropy naftowej na polskim rynku można zaliczyć do niebranych pod uwagę przez Rosjan jej kosztów. Saudowie bowiem są przeciwnikami Asada i jednymi z głównych sponsorów opozycji. Atak na nią odebrali jak uderzenie na siebie i odpowiedzieli, używając najmocniejszej dostępnej broni.

Ale Moskwa od czterech lat wspiera bezwarunkowo prezydenta Asada, blokując np. wszelkie rezolucje Rady Bezpieczeństwa ONZ wymierzone w niego. Między 2011 a 2013 rokiem taka polityka doprowadziła do zamrożenia stosunków z większością krajów arabskich, występujących dość zgodnie przeciw syryjskiemu przywódcy. Teraz książęta i prezydenci znad Zatoki Perskiej pociągnęli do Moskwy (przełamując na pewien czas jej międzynarodową izolację), jednak zyski taktyczne nie mogą przesłaniać gigantycznej straty strategicznej: znalezienia się na liście krajów atakowanych przez islamskich fundamentalistów, gdy ma się w dodatku ogromną muzułmańską i w dodatku niezadowoloną mniejszość u siebie.

Przewaga taktyki nad strategią (czyli krótkoterminowych zysków nad długoterminowymi) jest chyba największym problemem Kremla. Dzięki temu zdobył Krym i utracił Ukrainę, utrzymał Asada, ale stracił gazociąg, a może stracić jeszcze więcej, gdy zaatakują islamiści.

Pułkownicy bez szlifu

W tej sytuacji nie ma co mówić o Wielkim Planie czy Wielkiej Strategii. Nic się tu nie zmieniło od początku stulecia, gdy ekipa Putina objęła władzę w Rosji. „Proszę spojrzeć, toż to pucz pułkowników" – mówił mi wtedy, w 2000 roku, jeden z rosyjskich polityków. Chodziło mu o to, że trzon tej ekipy stanowili dawni oficerowie niższego szczebla KGB. Starsi, wyżsi stopniem, zdążyli się wpasować w nową rzeczywistość, zajmując miejsca głównie w biznesie. Młodsi, rozżaleni, ruszyli do polityki.

Prowadziło to do dość zabawnych sytuacji. W 1999 i 2000 roku nowe władze rozgromiły koncern medialny należący do milionera Władimira Gusinskiego. Dowódcą ochrony holdingu był były generał KGB Filip Bobkow – pomysłodawca, twórca i wieloletni szef V Zarządu KGB zajmującego się zwalczaniem dywersji ideologicznej. Jego przeciwnikiem – ówczesny szef FSB, były pułkownik KGB Nikołaj Patruszew. Ta różnica rang na korzyść przeciwnika doprowadzała całą ówczesną Łubiankę do szewskiej pasji.

Różnica rang, ale i różnica klas. Zbuntowani pułkownicy nie posiedli umiejętności, która generałom wydawała się oczywiste: spojrzenia z dystansu i sięgania wzrokiem dalej niż koniec własnego nosa. Brakowało im szlifu, który dawały szlify. Generała Bobkowa bez trudu można było sobie wyobrazić na miejscu Gromyki, wpatrującego się w mapę świata i ogarniającego wzrokiem wszystkie figury i pionki. Putina, Patruszewa, Sieczina i wielu innych – ewentualnie w sali treningowej, gdy przymierzają się do chwytów i rzutów dżudo. Albo pędzących gazikami przez spaloną słońcem angolską sawannę, w tanich okularach przeciwsłonecznych i z kałasznikowem na kolanach.

Stąd i zachowania obecnej ekipy na granicy podwórkowego chuligaństwa. W tym roku 4 lipca, w amerykański Dzień Niepodległości, rosyjskie bombowce strategiczne zostały przechwycone w pobliżu Alaski. Dość swoiste pozdrowienia z okazji święta i niecodzienne poczucie humoru, prawda? Znając obyczaje obecnych przywódców Rosji, można założyć, że operację planowano na najwyższym szczeblu. Dokładnie o tym opowiadał kilka lat temu były prezydent Gruzji Micheil Saakaszwili. Według niego „Putin ma fioła na punkcie operacji specjalnych", osobiście uczestniczy w planowaniu i wtrąca się nawet w szczegóły. Gorzej z ogarnięciem ich skutków.

Ale te obyczaje jednocześnie dość skutecznie utrudniają przewidzenie kolejnych ruchów Rosji na światowej szachownicy. Nie będą bowiem logicznym skutkiem jakiejś strategii, ale wywoła je chęć osiągnięcia krótkoterminowych zysków politycznych. Można jedynie przewidzieć, że Kreml będzie zaciekle bronił swoich ostatnich sojuszników (obecne władze Armenii i Syrii) i wspierał życzliwych neutralnych, np. Serbię. Tylko jak i gdzie? Jeśli zielone ludziki nagle pojawią się, powiedzmy, w Angoli, można będzie tylko westchnąć, że szefowi koncernu Rosnieft Igorowi Sieczynowi przypomniały się młode lata.

Kreml jednak nie jest jedynym graczem przy szachownicy. W ciągu półtora roku przyzwyczaił nas i siebie do zaskakiwania wszystkich ofensywnymi ruchami. Ale rutyna zgubiła już wielu. Zapatrzony w cele kolejnych ataków może przegapić moment, kiedy sam zostanie uderzony. A tymczasem zaczyna być coraz bardziej zagrożony – w okolicach swego tradycyjnego miękkiego podbrzusza. Chodzi o Afganistan, z którego już wkrótce może ruszyć atak na państwa środkowej Azji, tak bardzo uznawane na Kremlu za własne, że aż nieuwzględniane w światowych rozgrywkach.

Bez amerykańskiej pomocy władze w Kabulu nie są w stanie zapanować nad zagrożeniem. A gubi je to samo co prorosyjskich polityków na Bałkanach – korupcja. Coraz większe obszary kraju opanowują fundamentaliści związani z Państwem Islamskim. Jeśli zdobędą stolicę, będzie to ostatni dzwon na trwogę dla Kremla. Na razie jednak nie spieszy się on z jakimikolwiek działaniami, zajęty gdzie indziej i ufny w swą doskonałą znajomość terenu, która powinna mu dać szybkie zwycięstwo – jeśli tylko nadejdzie taka konieczność. Jednak rutyna...

„Uczyłem oficerów KGB języka pusztu, ale nauka była pospieszna i stąd umiejętności niezbyt trwałe. Po opuszczeniu Afganistanu (pod koniec lat 80. XX wieku) równie szybko gubili je" – tłumaczył mi kilka lat temu jeden z dawnych wykładowców języków obcych w szkole KGB, a potem bardzo znany rosyjski dziennikarz. Wszystko zgodnie z XIX-wiecznym jeszcze prawem Lamarcka: organ nieużywany zanika.

To samo dotyczy kremlowskiej znajomości kraju i ewentualnych sojuszników na miejscu. Nieużywani, rozpłynęli się w górach Hindukuszu. Jeśli od strony Afganistanu nadejdzie jakieś niebezpieczeństwo, zaskoczy Kreml kompletnie nieprzygotowany nawet do obrony swych środkowoazjatyckich sojuszników. A wtedy wszystkie z rozmachem prowadzone operacje wojskowe i specjalne w Europie i na Bliskim Wschodzie okażą się niewarte funta kłaków. Pozostanie tylko jedno wyjście: prosić o pomoc Chiny. A te bardzo chętnie jej udzielą, zresztą same się z nią napraszały jeszcze w trakcie trwania natowskiej misji w Afganistanie – wywołując przerażenie w kwaterze głównej sojuszu. Od wizji milionowej chińskiej armii tratującej tamtejsze góry pocili się najtwardsi oficerowie NATO.

Pekin w odróżnieniu od Moskwy jest w polityce zagranicznej niepodatny na błyskotki taktycznych zwycięstw. Kieruje się strategią rozpisaną na lata, jeśli nie na dziesięciolecia. Realizując ją, ze stoickim spokojem usunął rosyjski biznes z Mongolii, uważanej za moskiewską strefę wpływów. Chińska strategia zakłada też zwiększenie wpływów w postradzieckich republikach środkowoazjatyckich, bogatych w surowce energetyczne. Jeśli więc Moskwa poprosi Pekin o pomoc w obronie swoich sojuszników, to już więcej ich nie zobaczy – zostaną po prostu chińskimi.

„I – jak imperium" może się więc skończyć tak jak poprzednie albo i gorzej. A wszystko z powodu braku jednej gwiazdki na pagonach.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA