fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Kołodziejski: Narody trzymają się mocno

Rzeczpospolita
Europa opiera się na geograficznie osadzonych społecznościach, historii, językach i kulturze. Wszelkie próby upakowania tych różnic w jeden państwowy organizm zawsze będą prowadzić do konfliktów.

Obserwując perypetie Unii Europejskiej, która doznała największego kryzysu w swojej historii w chwili, gdy władze Wspólnoty postawiły na ścisłą emigrację, trudno nie uciec od konkluzji, że nie da się stworzyć organizmu wielonarodowego opartego na zasadzie pełnej równości tworzących go narodów. Bo Unia Europejska zamieniona w federacyjne państwo – owe Stany Zjednoczone Europy – byłaby przecież tworem zdominowanym przez najsilniejszych: Niemcy, a może do pewnego stopnia również Francję.

Nie jest to nawet wybór świadomej strategii prymatu największych potęg Europy (choć to także), ale przede wszystkim kwestia dysproporcji ekonomicznych i demograficznych między poszczególnymi narodami, prowadząca do tego, że jedne z nich grają pierwsze skrzypce, a pozostałe muszą tańczyć w takt tej melodii.

Na to wszystko nakładają się jeszcze różnice kulturowe oraz odmienne doświadczenia historyczne. To one w dużym stopniu są odpowiedzialne za Brexit oraz za problemy z integracją naszej części Europy, gdzie potrzeba utrzymania autonomii ma swoje silne uwarunkowania w historii regionu zdominowanego przez lata przez ościenne mocarstwa.

Szczytna idea Unii Europejskiej

Gdyby spojrzeć wstecz i przyjrzeć się państwom federacyjnym istniejącym w przeszłości, nie sposób nie dostrzec, że w większości przypadków rozpadały się one pod wpływem narastających konfliktów etnicznych. Przeskoczenie odmienności wynikających z języka, kultury czy historii i stworzenie człowieka niezależnego od swojej przeszłości, reprezentującego uniwersalną – narzuconą odgórnie – tożsamość nigdzie na szerszą skalę się nie powiodło.

Wyjątkiem mogą być Stany Zjednoczone, ale to państwo – w odróżnieniu od pozostałych – powstało jako dobrowolna wspólnota imigrantów. Inne nabierały swojej wieloetniczności najczęściej w drodze ekspansji: militarnej lub gospodarczej, co natychmiast generowało konflikty, zamrażane potem na drodze przymusu, represji czy wspólnej ideologii.

Unia Europejska, która powstała jako wspólnota handlowa i przemysłowa wolnych państw, była szczytną ideą, mającą stanowić przeciwieństwo totalitarnego reżimu komunistycznego, który rozlał się w Europie aż po Łabę. Upadek komunizmu, a potem integracja z państwami wyzwolonymi spod sowieckiego jarzma, dały impuls do głębszej współpracy, ale przyczyniły się również do powstania nowych problemów. Będące następstwem poszerzenia Unii wzmocnienie Niemiec, które bez większych przeszkód zdominowały gospodarczo swoich słabych sąsiadów ze wschodu, zachwiało dotychczasową równowagą wewnątrz Wspólnoty.

Przy tym Niemcy, nauczone doświadczeniem II wojny światowej, są bardzo wyczulone na jakiekolwiek przejawy nacjonalistycznej retoryki. Chcąc uniknąć tego rodzaju zarzutów, Berlin zaczął szczególnie mocno wspierać ideę uniwersalnej europejskiej tożsamości. Ta tożsamość silnie czerpiąca z lewicowego wzorca postępowego, świeckiego człowieka, stała się dziś dominującą ideologią na kontynencie.

Idąca w parze z tym myśleniem zasada wielokulturowości doprowadziła do osłabienia Europy i wygenerowała konflikty, zwłaszcza we wschodnich krajach Unii, które dopiero co wyzwoliły się od jedynie słusznej ideologii. Niezrozumienie specyfiki poszczególnych narodów, paternalistyczny stosunek do słabszych i ekonomiczny dyktat silniejszych rozsadza Unię od środka.

Paradoks polega na tym, że państwa narodowe w Europie są dziś zbyt słabe, aby w pojedynkę stawać czoła zagrożeniom, ale wciąż zbyt silne, aby rozpuścić się w jednolitej paneuropejskiej magmie. Dodatkową przeszkodą jest brak wspólnoty ideowej, ciągle nierozstrzygnięta walka między chrześcijańskim dziedzictwem a świeckim kultem postępu.

Naród spoiwem państwa

Średniowieczna Europa również była wielonarodowa. Owszem, istniały w niej poszczególne państwa, ale każde z nich – przynajmniej formalnie – uznawało feudalną zwierzchność od rezydującego w Akwizgranie cesarza oraz duchową od papieża w Rzymie. Narodowość tego czy innego władcy nie była przeszkodą, o ile przyznawał się on do chrześcijaństwa i respektował feudalne zależności. Liczne wojny miały charakter walki o wpływy, łupy i terytoria między monarchami, kwestie narodowe były wtórne.

Powstanie państwa narodowego zmieniło dotychczasowe reguły. Naród stał się spoiwem państwa, pozostawiając chrześcijańską wspólnotę na coraz dalszym planie. Nacjonalizm jest – choć współcześni postępowcy wolą o tym nie pamiętać – produktem postępowej, oświeceniowej myśli, konkurentem religii, która łączyła wcześniej ludzi bez względu na ich język czy pochodzenie.

To postępowa Francja stała się wzorem scentralizowanego państwa, odrzucającego wszelkie lokalne odmienności. To we Francji przyjęto zasadę ius sanguinis – prawa krwi, które uzależniało nadanie obywatelstwa nowo narodzonego dziecka od narodowości jego rodziców. Rozpowszechnienie tej zasady doprowadziło do podziału narodowości zamieszkujących jedno państwo na lepsze i gorsze.

W Niemczech, które początkowo wahały się pomiędzy prawem krwi a prawem ziemi (obywatelem staje się osoba urodzona na terytorium państwa bez względu na pochodzenie rodziców), ius sanguinis stało się bodźcem do germanizacji – wszak tylko Niemiec mógł korzystać z pełni praw obywatelskich.

Od takiej polityki był już tylko krok do teorii rasowej i konfliktów, które ostatecznie doprowadziły do krwawych rzezi podczas pierwszej, a potem drugiej wojny światowej.

Austro-Węgry „dzielą i rządzą", Niemcy dominują

Szczególnym przypadkiem XIX-wiecznej Europy mogły wydawać się Austro-Węgry, dualistyczna monarchia powstała w 1867 roku, po klęsce Austriaków w bitwie pod Sadową, gdy zwycięscy Prusacy wyparli Habsburgów z Niemiec. W ten sposób Austriacy pozbawieni niemieckiego zaplecza stali się mniejszością we własnej wielonarodowej monarchii. Jedyną rozsądną metodą utrzymania jedności cesarstwa stała się ugoda ze znacznie bardziej licznymi Węgrami, którzy w nowo powstałym państwie otrzymywali status równorzędny Austriakom przy zachowaniu unii personalnej Wiednia i Pesztu oraz wspólnej polityki obronnej i międzynarodowej.

Cesarz, uzależniony w nowej sytuacji od wsparcia Węgrów, próbował w rozmaity sposób ograniczać ich wpływy, kokietując inne mniejszości narodowe. Stąd jego łagodna polityka wobec Polaków, odwzajemniona udziałem polskich polityków w wiedeńskich kołach rządowych, czego dobitnym symbolem stało się objęcie urzędu premiera c.k. monarchii przez galicyjskiego konserwatystę Kazimierza Badeniego.

Badeni, o którym cesarz Franciszek Józef mawiał, że chciałby z nim pracować aż do śmierci, utrzymał się na stanowisku zaledwie dwa lata. Musiał ustąpić w 1897 roku, po tym jak przeforsował równouprawnienie języka czeskiego i niemieckiego na terenie Czech. Okazało się, że niemieccy nacjonaliści przerazili się rosnącego w siłę słowiańskiego żywiołu.

W przeddzień I wojny światowej pojawiały się także idee monarchii potrójnej spajającej – oprócz Austrii i Węgier – także Polskę. Były to jednak złudzenia, ponieważ ani Austriacy, ani Węgrzy nie zamierzali się z nikim dzielić wpływami i władzą.

Polityka austrowęgierska nie była polityką równouprawnienia zamieszkujących cesarstwo licznych mniejszości. Przeciwnie, oparta była na zasadzie „dziel i rządź", na wygrywaniu, a czasem podsycaniu wzajemnych animozji, aby utrzymać delikatną strukturę państwa. Służyła przede wszystkim Austriakom oraz Węgrom.

Warto przypomnieć przy tej okazji, że w odpowiedzi na zbyt aktywne działania żywiołu polskiego Austriacy pod koniec XIX stulecia szukali przeciwwagi w podsycaniu nacjonalizmu ukraińskiego. Chciano się w ten sposób zabezpieczyć również przed wpływami wrogiej już wówczas Rosji.

Arcyksiążę Wilhelm Habsburg, syn spolonizowanego Karola Stefana Habsburga z Żywca, bardzo szybko wyczuł okazję w prowadzonej przez Wiedeń polityce wspierania ukraińskich aspiracji. Na fali gwałtownej antypolskiej retoryki stał się pretendentem do tronu ukraińskiego, a gdy marzenia o koronie ukraińskiej ulotniły się po upadku Austro-Węgier w 1918 roku, nadal wspierał ukraińskich nacjonalistów – teraz już z Wiednia. Aresztowany ostatecznie przez Rosjan w 1947 roku i ściągnięty ponownie na Ukrainę, zmarł w kijowskim więzieniu.

Podobne działania, tyle że wobec Litwinów, prowadzili pod koniec XIX stulecia Niemcy. Oni również podsycali tamtejszy nacjonalizm, kierując go przede wszystkim przeciwko Polakom. Jego owocem miało być Królestwo Litewskie, na którego czele miał stanąć Mendog II – inaczej Wilhelm Karol Wirtemberski.

Klęska Państw Centralnych w I wojnie światowej uniemożliwiła Niemcom realizację koncepcji Mitteleuropy – podporządkowanej Berlinowi przestrzeni w Europie Środkowo-Wschodniej, gdzie poszczególne narody mogły się cieszyć autonomią państwową, kulturalną i etniczną pod kontrolą Cesarstwa Niemieckiego. Była to nieco bardziej dojrzała forma dominacji, w której zamiast wielonarodowego państwa forsowano związek państw oparty na przewadze militarnej i ekonomicznej państwa dominującego oraz na podporządkowanych mu elitach.

Nacjonalizm, mimo oświeceniowych korzeni, stał się użytecznym instrumentem w rękach konserwatywnych rządów ówczesnej Europy. Nic dziwnego, że u progu XX stulecia został uznany przez radykalną lewicę za głównego – obok chrześcijaństwa – wroga postępu.

Bolszewicy rusyfikują

Skoro naród wymknął się lewicy spod kontroli, należało znaleźć inną wspólnotę zdolną do zniszczenia dotychczasowego porządku. Wtedy była to klasa robotnicza, dziś – gdy klasa robotnicza też zawiodła – awangardą postępu obwołano mniejszości – ale nie narodowe – lecz rasowe, seksualne i tym podobne.

Powstały w wyniku bolszewickiego przewrotu w Rosji Związek Sowiecki stanął na początku swojego istnienia przed nie lada problemem. Jak w wielonarodowej Rosji stworzyć organizm państwowy, który zdoła ujarzmić dążenia emancypacyjne poszczególnych nacji bez odwoływania się do rosyjskiego nacjonalizmu?

Pierwszym ruchem było rozprawienie się z rosyjską tradycją narodową, zniszczenie imperialnej przeszłości, burzenie cerkwi, eliminacja elit, brutalne represje wobec ludności. Strach i cynizm stały się spoiwem nowego państwa.

Rozprawa z dotychczasową rosyjską państwowością stała się dla komunistów wzorem oraz usprawiedliwieniem identycznej polityki prowadzonej wobec innych narodów zamieszkujących Związek Sowiecki. Celem był człowiek sowiecki, pozbawiony własnej przeszłości i kultury, niewolnik obowiązującej ideologii, bez względu na pochodzenie etniczne wszędzie taki sam.

Taki sam to znaczy jaki? Siłą rzeczy oznaczało to stopniową rusyfikację. Centrum państwa znajdowało się wszak w Moskwie, tam urzędowały jego nowe elity i to Rosjanie – jako dominująca nacja – sprawowali władzę.

Rosjanie, pomimo posiadania własnej struktury w ramach Związku Sowieckiego, jaką była Rosyjska Federacyjna Socjalistyczna Republika Sowiecka, nie zorganizowali własnej partii komunistycznej. O ile w każdej republice istniała osobna partia narodowa wchodząca w skład partii ogólnosowieckiej, o tyle na terenie Federacji Rosyjskiej działała wyłącznie partia ogólnosowiecka. Po co było zawracać sobie głowę organizowaniem osobnej rosyjskiej partii komunistycznej, skoro Rosjanie kierowali całym państwem?

Nowa sowiecka kultura (choć należałoby raczej powiedzieć antykultura) opierała się na rosyjskim fundamencie państwa, na języku i jego wielowiekowej tradycji. A zatem wszystko, co się jej sprzeciwiało, musiało zostać unicestwione, pod fałszywym hasłem walki z nacjonalizmem. Tak zlikwidowano lub przesiedlono całe mniejszości narodowe, w tym Polaków z Białorusi i Ukrainy podczas niesławnej, krwawej „operacji polskiej" przeprowadzonej przez NKWD w 1937 roku.

Formalnie w Związku Sowieckim obowiązywała tzw. leninowska polityka narodowościowa. Zgodnie z tą polityką poszczególne narody zostały pogrupowane wedle liczebności i rozmaitych innych kryteriów, a następnie zorganizowane w republikach, okręgach autonomicznych, obwodach i krajach. W rzeczywistości większością tych jednostek zarządzali – zwłaszcza z początku – Rosjanie, będący wszak siłą przewodnią rewolucji. Mieli oni zagwarantować, że do głosu nie dojdą narodowe partykularyzmy, grożące rozpadem państwa.

Józef Stalin, pełniący początkowo funkcję komisarza ds. narodowościowych, już jako dyktator świadomie oparł się na rosyjskim żywiole. Stalin, pomimo że był Gruzinem, doskonale wiedział bowiem, że Rosjanie – jako dominująca nacja – są najbardziej zainteresowani w utrzymaniu państwa sowieckiego.

Podczas II wojny światowej sowiecka propaganda szeroko więc odwoływała się do patriotycznych emocji Rosjan, a w tym samym czasie ciemiężone wcześniej mniejszości narodowe z entuzjazmem kolaborowały z Niemcami, za co spotkały je po wojnie brutalne represje, łącznie z przymusowym wysiedleniem, jak to miało miejsce choćby w przypadku Czeczenów czy Tatarów Krymskich.

Związek Sowiecki przez cały okres swojego istnienia wykorzystywał antynacjonalistyczne hasła do prowadzenia brutalnej polityki ujarzmiania wchodzących w jego skład narodów. Ten sowiecki wkład został doceniony – świadomie czy mniej świadomie – przez współczesnych postępowców, którzy każdy przejaw narodowej tożsamości czy odmienności zwalczają z pozycji antynacjonalistycznych.

Jednak taka polityka skończyła się w przypadku Sowietów spektakularnym krachem. Gdy pod koniec lat 80. strach przed represjami minął, konflikty zamrożone dotąd pod czapą komunistycznej ideologii rozsadziły Związek Sowiecki od środka.

Jugosławia, twór nieudany

O tym, że trudno budować wielonarodowe struktury pod przymusem, przekonała się również nieboszczka Jugosławia. Państwo to powstało po I wojnie światowej pod wpływem strachu. Był to strach dawnych poddanych austrowęgierskich – Chorwatów i Słoweńców – przed pozbawieniem ich prawa do własnej państwowości.

Po upadku Austro-Węgier Chorwaci i Słoweńcy powołali nieuznawane przez nikogo niepodległe państwo, które zwycięska Ententa zamierzała oddać pod kontrolę Włochom. Aby uniknąć włoskiej okupacji, Chorwaci i Słoweńcy – bardziej z rozsądku niż z miłości – zdecydowali się na połączenie z Serbią, tworząc Królestwo Jugosławii.

Jednak pomimo etnicznej bliskości narodów tworzących Jugosławię w państwie narastały konflikty związane z dominacją Serbów. Na to nakładały się różnice historyczne, kulturowe i religijne – Chorwaci i Słoweńcy przyznawali się do katolicyzmu, Serbowie i Czarnogórcy do prawosławia, a Albańczycy do islamu. Macedończykom i Bośniakom, którzy – jeśli nie liczyć Albańczyków – byli najbardziej odmienni od reszty narodów tworzących Jugosławię, w ogóle nie przyznano żadnej autonomii. Zmieniło się to dopiero po II wojnie światowej.

Po raz pierwszy do otwartego konfliktu doszło właśnie podczas II wojny światowej. Chorwaci zdołali przy pomocy Niemców utworzyć własne państwo. Serbowie – przeciwnie – padli ofiarą wyjątkowo brutalnej okupacji. Obie nacje zwalczały się wzajemnie, Chorwaci często brali udział w akcjach pacyfikacyjnych skierowanych przeciw Serbom. Podobnie Bośniacy, których część zaangażowała się w muzułmański legion SS.

Powrót Jugosławii na mapę Europy po wojnie należy zawdzięczać ustaleniom zachodnich mocarstw, które solidarnie wsparły komunistyczną partyzantkę Josifa Broza-Tity. Tito był Chorwatem, jego partyzanci w większości Serbami. Jako realny zwycięzca wojenny Tito miał ogromne ambicje przewodzenia całym Bałkanom. Próbował nawet wciągnąć w skład nowej komunistycznej Jugosławii Bułgarię, do czego jednak ostatecznie nie doszło, ponieważ nie chciał zaoferować Sofii pozycji równorzędnej z Belgradem.

Jugosławia, podobnie jak Związek Sowiecki, zamroziła istniejące wcześniej konflikty, ze strachu przed represjami, których Tito nie szczędził swoim przeciwnikom. Potem państwo zostało scementowane relatywnie dużą zamożnością na tle ubóstwa sąsiednich krajów komunistycznych. Powszechnie przypisywano te sukcesy dyktatorskim rządom Tity.

Śmierć Tity, a dziewięć lat później upadek komunizmu w Europie stały się początkiem końca bałkańskiej federacji. Dla Słoweńców i Chorwatów znacznie bardziej atrakcyjnymi partnerami od Serbów były państwa zachodniej Europy, a zwłaszcza Niemcy, które niemal w jawny sposób zaczęły wspierać dążenia niepodległościowe Chorwacji i Słowenii.

Krwawa wojna, która stała się następstwem rozpadu Jugosławii, była dowodem na to, że federacja – pomimo 70 lat istnienia – była tworem nieudanym. Rywalizacja Serbów i Chorwatów uniemożliwiła dalsze istnienie wspólnego państwa. Okazało się, że dwa narody o podobnym potencjale nie były w stanie zmieścić się w jednym organizmie państwowym.

Afryka podzielona linijką

Podobne doświadczenia, często w Europie w ogóle nieznane, ma wiele państw Trzeciego Świata. Zwłaszcza w Afryce, którą kolonialne rządy w Londynie, Berlinie i Paryżu dzieliły pod linijką, zupełnie nie bacząc na zamieszkujące te ziemie narody. Skutkiem było umieszczenie w jednym nowo powstałym państwie wielu wzajemnie zwalczających się nacji i plemion.

Rządy kolonialne wykorzystywały te konflikty, wspierając niekiedy jedno plemię przeciw drugiemu i utrzymując w ten sposób kontrolę nad podbitym terytorium. Po odzyskaniu niepodległości dawne państwa kolonialne stały się areną krwawych wojen, gdy zamieszkujące je narody postanowiły wyrównać ze sobą zadawnione rachunki.

W gruncie rzeczy niemal każde państwo Czarnej Afryki jest państwem wieloetnicznym (albo chociaż wieloplemiennym). Ta multikulturowość uznawana we współczesnej, postępowej Europie za wielkie bogactwo, jest największym przekleństwem większości państw afrykańskich. Poszczególne narody i kultury mają bowiem to do siebie, że próbują się wzajemnie zdominować. Niedostrzeganie tego faktu to prosta metoda do utraty własnej podmiotowości. Stąd tak trudno zbudować trwałą ponadnarodową wspólnotę.

Ameryka, wspólnota wolnych ludzi

Nie oznacza to jednak, że jest to niemożliwe. Przykładem mogą być Stany Zjednoczone, które zawdzięczają swoją potęgę m.in. przybyszom z całego świata budującym wspólnie jeden wieloetniczny konglomerat. Jest jednak coś, co odróżnia doświadczenie amerykańskie od wszystkich innych. Stany Zjednoczone powstały na mocy umowy wolnych ludzi, kolonistów z Wielkiej Brytanii, którzy ustanowili reguły rządzące wspólnotą.

Reguły te okazały się na tyle atrakcyjne, że Ameryka od samego zarania była i jest państwem imigrantów – ludzi, którzy – podobnie jak niegdyś koloniści z Wirginii – świadomie i dobrowolnie podjęli indywidualną decyzję, aby stać się Amerykanami. W odróżnieniu od nich Europejczyk nigdy nie stawał się Europejczykiem na mocy swojej indywidualnej decyzji, po prostu jest nim wskutek urodzenia się i wychowania w określonej narodowej tradycji.

Czy w Europie jest więc możliwe powtórzenie amerykańskiego eksperymentu? Wydaje się, że nie. Amerykańska tożsamość, tak jak niegdyś rzymska, jest jednolita, oparta na prawie, ustalonych w nim regułach i wartościach.

Tożsamość Europy ma zupełnie inny charakter. Opiera się na geograficznie osadzonych społecznościach, historii, językach i kulturze. Wszelkie próby zniwelowania tych różnic, lub upakowania ich w jeden państwowy organizm i poddania jednemu standardowi prawnemu, zawsze będą prowadzić do konfliktów.

Ameryka jest – przynajmniej w założeniu – wspólnotą wolnych ludzi, Europa zaś – wspólnotą wolnych narodów. I niech tak pozostanie.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA