fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Trump i Biden kontra Phil Collins

Działacze partii mogą wspominać z rozrzewnieniem czasy prohibicji (na zdjęciu niszczenie beczek z alkoholem w 1924 r.), ale szukając nowych wyborców, musieli sformułować postulaty wychodzące poza szlaban dla trunków
BEW
Wybory 3 listopada nie będą tylko starciem Donalda Trumpa i Joe Bidena. Do walki z nimi swojego kandydata desygnowała Partia Prohibicji. Losy istniejącego od 150 lat ugrupowania, którego symbolem jest wielbłąd, bo mało pije, wiele mówią nam o realiach amerykańskiej demokracji.

Gdyby pili alkohol, w 2016 roku amerykańscy prohibicjoniści mieliby powody do otwarcia szampana. Wówczas, przy kampanijnym budżecie w wysokości zaledwie 30 tys. dolarów, ich kandydat na prezydenta uzyskał najlepszy wynik od trzech dekad. Na byłego muzyka wojskowego i lokalnego urzędnika skarbowego Jamesa Hedgesa zagłosowało ponad 5,5 tys. osób.

W ten sposób Partii Prohibicji, trzeciemu najstarszemu ugrupowaniu w Stanach Zjednoczonych, udało się zmyć hańbę z 2012 roku, gdy jej kandydat Jack Fellure otrzymał zaledwie 518 głosów. Tak kiepski rezultat wynikał m.in. z tego, że jego nazwisko udało się zarejestrować na karcie wyborczej tylko w jednym stanie. Co więcej, nie mógł dobrze koordynować kampanii, ponieważ nie posiadał telefonu komórkowego ani komputera.

Jego program wyborczy ograniczał się natomiast do odwoływania się do protestanckiej wersji Biblii.

Hedges poszerzył program i zdołał się zarejestrować w trzech stanach. Jego sukces pozwolił...

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA