Plus Minus

Smartfony i Internet: Czy analogowi rodzice powinni się uczyć od swoich technologicznych dzieci

Rzeczpospolita
Smartfony i internet zadomowiły się w świecie dzieci. Próba izolowania ich od nowych technologii może je skazać na cyfrowe upośledzenie. A na to żaden rodzic nie powinien pozwolić, bo żyjemy w świecie, który będzie już tylko bardziej cyfrowy.

Uczniowie francuskich szkół podstawowych i gimnazjów – na wniosek rządu, który zaaprobował francuski parlament – zaczną nowy rok szkolny bez smartfonów. – Znamy zjawisko uzależnienia od wpatrywania się w ekran telefonu, niewłaściwego korzystania z telefonów komórkowych. Naszym głównym zadaniem jest ochrona dzieci i nastolatków. To fundamentalna rola edukacji, którą umożliwia nowe prawo – tłumaczył nowo wprowadzony zakaz minister edukacji Jean-Michel Blanquer. Innymi słowy, ma być tak jak w czasach, gdy do szkoły chodził słynny Mikołajek z opowiadań René Goscinnego. Na przerwach dzieci mają kopać piłkę, bawić się w berka, jeść kanapki z dżemem i wyprowadzać z równowagi pilnującego porządku Rosoła (tudzież innego wychowawcę). Francuski resort edukacji postanowił zatrzymać czas.

Czy mu się to uda? Podobny zakaz obowiązywał w szkołach w Nowym Jorku i – po kilku latach – został zniesiony. Powodów było kilka: po pierwsze, szkoły przerzuciły na rodziców koszty opłat związanych z instalacją i użytkowaniem wykrywaczy metali. Po drugie, rodzice zaczęli się skarżyć, że odbiera im się prawo utrzymywania kontaktów z dziećmi. Po trzecie – i to pewnie najważniejsze – tak naprawdę w większości przypadków zakaz był iluzoryczny, bo dyrektorzy szkół i nauczyciele, kierując się zdrowym rozsądkiem, przymykali oko na to, że uczniowie korzystają ze smartfonów na przerwach pod warunkiem, że nie robili tego na lekcjach.

Wprowadzenie zakazu używania smartfonów w szkole ma tyle samo sensu co np. wprowadzenie nakazu pisania przez uczniów wiecznym piórem. Owszem, można wzdychać nad romantyzmem czasów, gdy uczeń maczał stalówkę w kałamarzu z atramentem, ale trzeba przy tym pamiętać, że szkoła nie jest miejscem rekonstrukcji historycznej. Jeśli szkoła ma przygotować dzieci do mierzenia się ze współczesnością, to nie może jej ignorować.

Na fakt ten zwracali uwagę ci francuscy parlamentarzyści, którzy nie poparli prawa forsowanego przez administrację Emmanuela Macrona. Alexis Corbiere, poseł Niepokornej Francji, mówił wprost: „To nie jest prawo rodem z XXI wieku". Dziś 90 proc. uczniów we Francji w wieku 12–17 lat ma własny telefon komórkowy (dane z 2016 roku). Z kolei w Polsce – jak wynika z badania firmy F-Secure – 97 proc. uczniów klas I–III korzysta z telefonu komórkowego w celu łączenia się z internetem, a co czwarty polski 9-latek ma swoje konto na Facebooku.

Jak widać, rzeczywistość wirtualna jest stałym elementem życia dzieci. Biorąc pod uwagę popularność różnego rodzaju serwisów społecznościowych (Facebook, Instagram, Snapchat), nie jest to tylko przestrzeń szeroko rozumianej rozrywki, ale również przestrzeń integracji społecznej, w której dzieci nawiązują relacje, uczą się interakcji z innymi i budują swoją tożsamość. Odebranie im smartfona jest odebraniem im cząstki ich samych. Dzieci to przeżyją, ale umocni to w nich przekonanie, że szkoła jest całkowicie oderwana od ich życia. A to kiepski fundament do budowania sukcesu misji edukacyjnej.

– Jakikolwiek zakaz jest trochę pójściem na łatwiznę. Tak naprawdę francuskie rozwiązanie znosi potrzebę edukacji cyfrowej wśród nauczycieli – mówi w rozmowie z „Plusem Minusem" dr Maciej Dębski z fundacji Dbam o Mój Z@sięg. A dr Szymon Wójcik, koordynator projektu saferinternet.pl w Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, dodaje, że taki zakaz może sprawić, że niepożądane zjawiska, które ma eliminować, „mogą się nasilić po lekcjach". – Dzieci mogą sobie odbijać niemożność korzystania ze smartfonów po szkole – zwraca uwagę.

Ten okropny postęp

Nade wszystko jednak zakaz używania przez dzieci smartfonów w szkołach zdaje się wskazywać, że nowe technologie są czymś wręcz moralnie złym i szkodliwym. – W socjologii znamy takie zjawisko jak panika moralna, które wytwarza się często wokół nowych technologii – zauważa dr Wójcik, który przypomina, że w przeszłości straszono negatywnym wpływem, jaki może mieć na dzieci telewizja, ale również, na przykład... powieści przygodowe. – W XIX wieku pisano o nich, że będą odciągać młodych od poważnych rzeczy i że nie można czytać za dużo tego typu książek – przypomina ekspert. – Dziś często w taki przesadzony sposób pisze się o internecie – dodaje.

Ową nostalgię pokoleń dzisiejszych 30- i 40-latków widać też – o ironio – w internecie. Każdy, kto ma swój profil na Facebooku, spotkał się zapewne z memami, które opierają się na pewnym stałym schemacie: na zdjęciu widać atrybut dzieciństwa sprzed 20–30 lat (np. opakowanie gumy Turbo, trzepak przed blokiem z bawiącymi się na nim dziećmi, walkmana lub dzieci grające w klasy), a pod spodem napis głoszący: „Kto to pamięta, miał udane dzieciństwo".

Fakt, że dziś po tego typu komunikaty, opierające się na przekonaniu, że „kiedyś to było", zarezerwowanym niegdyś dla seniorów, sięgają osoby w średnim wieku, jest dowodem na szybsze tempo zmian cywilizacyjnych i społecznych, jakich jesteśmy obecnie świadkami. Ale zasada jest stara jak świat – wcześniejszym pokoleniom zawsze brakuje jakichś „kolorowych jarmarków i blaszanych zegarków", które były kwintesencją ich dzieciństwa i którym – w związku z pewną nostalgią – nadaje się wyższą wartość niż zmieniającej się codzienności.

– Problem jest stary jak świat, zmienia się tylko przedmiot, bo podmiot jest ten sam. W latach 90. apelowano w szkołach, żeby dzieci nie przynosiły walkmanów, bo zamiast słuchać pani od biologii, będą ukradkiem słuchać muzyki. Ostrzegano też przed kolorowymi gazetkami w rodzaju „Bravo Girl", które miały uświadamiać dzieci, że nie pochodzą od pszczółek czy bocianów – śmieje się medioznawca dr Kamila Tuszyńska. A nieco wcześniej ludzie podawali w wątpliwość sens elektryfikacji, budowy kolei żelaznych czy zastępowania pracy ludzkich rąk pracą maszyn.

Najbardziej dobitny przykład tego, jak nieracjonalny – z perspektywy czasu – jest lęk przed zmianami cywilizacyjnymi, znajdziemy jednak w „Fajdrosie" Platona. Otóż ten wybitny grecki filozof wyrażał daleko posunięty sceptycyzm wobec pewnego osiągnięcia cywilizacji, które – w jego ocenie – miało mieć katastrofalny wpływ na ludzką pamięć i na samych ludzi, którzy przestaną polegać na sobie, a zaczną nadmiernie korzystać z owego osiągnięcia cywilizacji. Wynalazek ów – jak ostrzegał Platon – jest sprzeczny z naturą i w związku z tym zagraża ludzkości. W opinii Platona ludzkość niekorzystająca z tego wynalazku byłaby lepsza.

Platon krytykował w ten sposób pismo.

Dwulatkom dostęp wzbroniony

To oczywiście nie oznacza, że należy entuzjastycznie i bezkrytycznie zanurzyć dzieci w świecie nowych technologii i podziwiać, jak sprawnie dziecko, które nie umie jeszcze mówić, obsługuje tablet. – W naszych czasach nauka nowych technologii jest częścią rodzicielstwa – podkreśla dr Tuszyńska. – Tak jak kiedyś rodzice musieli pokazywać dzieciom okolicę najbliższą i tłumaczyć, że tu jest sklep, a tu jest przejście dla pieszych, tak teraz muszą pokazać okolicę internetową – mówi. A dr Wójcik dodaje, że rodzicom absolutnie nie wolno „abdykować" na tym polu, wychodząc z założenia, że dziecko lepiej radzi sobie z nowymi technologiami od strony technicznej. – To prawda, ale nie zmienia to tego, że dorośli są bardziej doświadczeni w kontaktach międzyludzkich i w tych relacjach, które też rozgrywają się w internecie – mówi.

Pierwsze zadanie rodziców to wprowadzenie dziecka w świat nowych technologii w odpowiednim wieku. Owszem, smartfon czy tablet, na którym można odtwarzać bajki na YouTubie, może wydawać się atrakcyjną alternatywą dla słuchania płaczu 1,5-rocznego dziecka – ale na tym etapie rozwoju dziecko nie jest przygotowane na kontakt z nowymi technologiami. W związku z tym Amerykańskie Towarzystwo Pediatryczne stoi na stanowisku, że przed ukończeniem drugiego roku życia dziecko nie powinno mieć w ogóle kontaktu z nowymi (i nieco starszymi – takimi jak telewizja) technologiami.

Powodów jest kilka. Po pierwsze – i chyba najważniejsze – używanie nowych technologii przez tak małe dzieci zaburza rozwój mowy. Kiedy małe dziecko ogląda bajkę w telefonie czy na tablecie, stymulowana jest jedynie prawa półkula jego mózgu. Lewa – odpowiedzialna za naukę mówienia – jest w tym momencie nieaktywna. W efekcie zbyt wczesne korzystanie z nowych technologii przez dziecko może opóźnić u niego rozwój mowy, który wymaga współpracy obu półkul. Z kolei w kontakcie z rodzicem, który nie obfituje w tak wiele bodźców jak rozkoszowanie się przygodami animowanych bohaterów, dochodzi do współpracy obu półkul – prawa odbiera wówczas dźwięk i obraz, a lewa skupia się na słowach i znaczeniach. Dlatego ani telewizor, ani smartfon, nie nauczy naszego dziecka mówić.

Po drugie – zbyt wczesne korzystanie ze smartfona czy tabletu może utrudnić rozwój umiejętności motorycznych dziecka. Dwulatek, który układa puzzle, przesuwając je palcem po płaskim ekranie, może mieć potem problem np. z prawidłowym utrzymaniem w dłoni kredki czy nożyczek. I nie chodzi tylko o brak doświadczenia – problemem jest nieprawidłowy rozwój mięśni dłoni dziecka.

Po trzecie – emitowane przez monitor smartfona czy tabletu niebieskie światło utrudnia dziecku odnalezienie się w dzienno-nocnym rytmie dnia. Badania wykazują, że emitowane przez ekrany niebieskie światło jest dla mózgu sygnałem, że dzień się jeszcze nie skończył, co z kolei hamuje wytwarzanie melatoniny regulującej rytm dnia człowieka. W efekcie po obejrzeniu bajki na dobranoc lub po zabawie na tablecie dziecko może mieć problem z zaśnięciem, bo jego organizm nie jest na to przygotowany.

I wreszcie po czwarte – każde dziecko łaknie kontaktu z rodzicem. Jeżeli od najmłodszych lat główną formą wspólnych zabaw będzie granie w gry czy oglądanie bajek na urządzeniu mobilnym, wówczas w głowie dziecka powstanie związek przyczynowo-skutkowy między obecnością smartfona bądź tabletu i bliskością rodzica. W takim przypadku dziecko może zacząć domagać się tabletu i smartfona nie dlatego, że ten kusi go kolorami i dźwiękami aplikacji, ale dlatego, że jest to sposób na to, by „mieć przy sobie" mamę albo tatę.

Chodź, pokażę ci e-świat

Każde dziecko kiedyś w końcu skończy dwa lata, zacznie mówić i będzie bacznie przyglądać się rodzicom. To z kolei oznacza, że w większości przypadków zauważy, iż nowe technologie odgrywają w życiu jego mamy i taty dużą rolę. Z danych Gemiusa z 2018 roku wynika, iż statystyczny Polak poświęca na buszowanie w internecie 2 godziny i 6 minut dziennie. Oznacza to, że w ciągu roku na przeglądaniu sieci spędza około miesiąca. Dziecko – uczące się od rodziców w dużej mierze poprzez naśladownictwo – również będzie chciało poznać ten element rzeczywistości.

Co wtedy? – Dzieci uczą się poprzez przykład: jeśli mówimy, że telefon jest niebezpieczny, a jednocześnie pierwsze, co robimy rano, to sięgamy po telefon, wówczas do dziecka trafia zawsze ten przekaz pozawerbalny – mówi terapeutka Anna Niziołek z poradni Sensity.pl. Dlatego próba izolowania dzieci od nowych technologii, o ile nie wybraliśmy życia z dala od cywilizacji, jest skazana na porażkę. Zamiast więc czynić ze smartfona zakazany owoc, tym bardziej kuszący, im bardziej go zakazujemy, samemu racząc się nim bez umiaru, rodzice muszą – tak jak w każdej innej dziedzinie – wprowadzić dziecko w ten świat. Ale tak jak nie zostawiamy pięcio- czy sześciolatka w środku ruchliwego miasta, mówiąc mu: rozejrzyj się tu, a potem złap taksówkę i wróć do domu, tak nie możemy również wysłać go w tzw. świat 2.0 bez opieki, przekonani o tym, że sam sobie ze wszystkim poradzi.

– Kluczową rolę w modelowaniu higienicznego używania smartfona odgrywają rodzice – podkreśla dr Dębski.. Badania przeprowadzone przez jego fundację na grupie ponad 30 tys. uczniów pokazują, że niestety rodzice czasem kapitulują już na starcie. 25 proc. ankietowanych uczniów przyznaje, że ich rodzice w ogóle nie widzą, do czego używają smartfonów. A 10 proc. rodziców w ogóle nie rozmawia z dziećmi na temat cyfrowego świata. – Można powiedzieć, że co dziesiąty uczeń w Polsce jest pozostawiony samemu sobie – ubolewa dr Dębski.

Tymczasem już w przypadku 5–6-letniego dziecka rodzic ma niepowtarzalną szansę wypracować z nim bezpieczny i rozsądny sposób korzystania z nowych technologii. Dr Wójcik zwraca uwagę, że zaczyna się to od wyszukania w sieci serwisów, które są skierowane dla dziecka w danym wieku, co, jak mówi, nie jest wcale łatwe w przypadku np. pięciolatka. Z kolei dr Tuszyńska radzi, by wspólnie z dzieckiem pracować nad regułami korzystania z sieci – np. pozwalając mu przez jeden –dwa dni swobodnie korzystać z Facebooka czy Instagrama, a następnie porozmawiać z nim o tym, co w tym czasie robił.

– Nie jesteśmy w stanie wymyślić reguł awansem, dlatego że każde dziecko jest inne i skoro nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie, co przyjdzie do głowy pięciolatkowi w czterech ścianach domu, tym bardziej nie jest to możliwe w internecie – tłumaczy. Kiedy jednak po dwóch dniach dziecko doda kilka lajków, przyjmie kogoś do grona znajomych, umieści w sieci jakieś grafiki – wówczas można spokojnie zapytać go: dlaczego zrobił to i to. A potem wyjaśnić, że np. nie należało przyjmować zaproszenia od nieznajomego.

Dr Dębski podkreśla, że kluczowe jest to, żeby w ogóle z dziećmi na temat e-świata rozmawiać. – Po pierwsze: uznaj, że internet jest naturalnym środowiskiem funkcjonowania twojego dziecka. Po drugie: staraj się to środowisko poznać – radzi. A jak je poznać? Najlepiej ucząc się od dziecka. – Rodzic nie może się bać nowych technologii – apeluje ekspert, bo jeżeli będzie się bał, to rzeczywiście straci kontakt z dzieckiem. Zamiast więc się bać – jak mówi dr Dębski – należy „odwrócić proces edukacji". To znaczy zamienić edukację w proces, w którym uczą się obie strony. – Powiedz dziecku: Słyszałem o Snapchacie, chciałbym mieć tam konto. Czy możesz mi pokazać, jak to zrobić? – radzi dr Dębski. A gdy już dorosły wejdzie w świat Snapchata czy Instagrama, wówczas – jak mówi ekspert – stwarza to naturalną przestrzeń do postawienia dziecku wielu pytań. – A czy to zdjęcie rzeczywiście znika po 24 godzinach? Widziałem, że młodzi robią sobie zdjęcia w samej bieliźnie i wrzucają je do sieci. Dlaczego to robią? Jak chronisz tu swoją prywatność? – wylicza dr Dębski.

Z kolei dr Wójcik podkreśla, że niezbędne jest też ustalenie zasad dotyczących korzystania z urządzeń mobilnych i internetu w domu. Chodzi o takie reguły, jak np. zakaz korzystania ze smartfona i tabletu przy obiedzie, wprowadzenie czasu, który – dla całej rodziny – jest wolny od internetu, czy wreszcie ustalenie limitów czasowych na korzystanie z sieci.

Najważniejsze jest jednak, aby rozmów z dziećmi o nowych technologiach nie sprowadzać do tego, że internet jest zły i lepiej, żeby zajęły się np. czytaniem książek. Nowe technologie są – jak każdy inny wytwór człowieka – neutralne: mogą być wykorzystane dobrze albo źle. Jeśli jednak rozmowę na ich temat ograniczymy wyłącznie do przestróg i zakazów i nie będziemy o sprawie rozmawiać, to – jak mówi dr Wójcik: szansa, że dziecko się do nas zwróci w przypadku problemu w internecie, będzie mała.

Na koniec nie można zapominać o podstawowym zadaniu rodzica. – To nie media cyfrowe niszczą więzi rodzinne, te więzi są już zwykle wcześniej zniszczone – to dlatego dziecko ucieka w sieć i jest narażone na ryzykowne zachowania – mówi dr Dębski. Innymi słowy, dziecko może przedkładać smartfon nad rozmowę z rodzicem, bo z rodzicem po prostu nic go nie łączy.

Praca domowa dla szkoły

A co ze szkołą? Z jednej strony istnieją badania – takie jak to przeprowadzone w 2015 roku przez London School of Economics and Political Science, z którego wynika, iż wprowadzenie zakazu używania smartfonów w szkole prowadzi do podniesienia wyników egzaminów zdawanych przez uczniów. Minister edukacji Francji wziąłby to pewnie za dobrą monetę, krzycząc: A nie mówiłem! Z drugiej strony pojawia się jednak pytanie, czy szkoła – co do zasady – ma przygotować ucznia do zdawania egzaminów, czy do tego, aby dobrze radził sobie z wyzwaniami dorosłości? Jeśli uznamy, że przynajmniej w części oczekujemy od szkoły również tego drugiego, to nie sposób nie zadać pytania: czy minister edukacji Francji w pracy też nie używa smartfona, aby osiągać lepsze wyniki?

Zadaniem szkoły – jak mówi dr Wójcik – powinno być „przygotowanie młodych ludzi do mądrego korzystania z tych nowych technologii". Bo, niezależnie od tego, jak tęsknimy za światem bez internetu, niewiele wskazuje na to, abyśmy w najbliższym czasie mieli z niego zrezygnować. Tymczasem z badań Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę wynika, że jedynie co drugi uczeń polskich szkół brał udział w organizowanych przez szkołę zajęciach na temat bezpieczeństwa w sieci. – W niektórych szkołach te tematy w ogóle nie są poruszane – ubolewa dr Wójcik.

Z kolei dr Dębski zwraca uwagę, że w polskich szkołach brakuje „umiejętności pozwalających wykorzystywać nowe technologie w czasie lekcji". – Nie zakazujmy smartfona, zacznijmy go używać w procesie edukacji – mówi. Jednocześnie ekspert radzi, by szkoły oddolnie, wraz z uczniami, opracowywały zasady używania mediów cyfrowych na terenie szkoły. – W ten sposób podnosimy poczucie podmiotowości dzieci – podkreśla. O tym, że dzieci potrafią być w tym zakresie odpowiedzialne, świadczy przykład Szwecji. Tam, według badania z 2016 roku, 57 proc. dzieci w wieku 10–15 lat uważało, iż ograniczenie swobody używania smartfona w szkole to dobre rozwiązanie.

Dr Dębski radzi też, by szkoły – zamiast skupiać się na zakazach – zbudowały dzieciom „dobrą przestrzeń do bycia ze sobą", o stworzenie warunków, by na przerwach nie pozostawiać dzieci na pustych korytarzach. – Nie da się stworzyć klimatu w szkole, jeśli nie ma ławek na korytarzu, żeby dzieciaki mogły posiedzieć i porozmawiać – mówi. I apeluje o tworzenie kącików gier, stref wolnych od Wi-Fi, a nawet stawiania – jeśli to możliwe – stołów pingpongowych, z których uczniowie mogliby korzystać w czasie przerw.

Dr Tuszyńska widzi też płaszczyznę do współpracy rodziców ze szkołą związaną z korzystaniem przez dzieci z nowych technologii. Taką płaszczyzną mogłyby być warsztaty dla rodziców, które wyjaśniałyby im, na czym polega bezpieczne korzystanie z internetu przez ich dzieci. – Postuluję to od siedmiu lat – podkreśla dr Tuszyńska.

Głupsi? Mądrzejsi? Inni

No dobrze, powie ktoś, ale czy gra jest w ogóle warta świeczki? Czy smartfony są warte tego, aby poświęcać im tyle uwagi, zamiast powiedzieć dziecku: „Do książek! Ja w twoim wieku nie miałem smartfona"?

Cóż, jak mówi dr Tuszyńska, czy się to rodzicom podoba, czy nie, ich dzieci są już e-tubylcami. Pokoleniem zrodzonym w świecie, w którym – jak mówi Anna Niziołek – smartfony „są elementem ich rzeczywistości". – To są dzieci, które się urodziły obok smartfonów, bo kiedy przychodziły na świat, rodzice robili im zdjęcia i często wrzucali na media społecznościowe. One nie znają innego świata, nie rozumieją tego, jak opowiadamy im o świecie, w którym internetu i smartfonów nie było – tłumaczy. Ignorowanie tego faktu to pozostawienie dziecka sam na sam z rzeczywistością tyleż fascynującą, co niebezpieczną. – Przekonanie, że w internecie nie ma zagrożeń fizycznych, jest zwodnicze, bo psychika jest równie ważna – podkreśla dr Wójcik. A jednocześnie całkowite izolowanie dziecka od nowych technologii sprawi, że będzie ono niejako upośledzone cyfrowo – prędzej czy później i tak pojawią się one w jego życiu, ale wtedy może być już pod tym względem daleko w tyle za rówieśnikami.

Ponadto, pamiętając o wszelkich zagrożeniach związanych z korzystaniem z internetu (uzależniające kuszenie przez to medium wieloma bodźcami, obecność oszustów i przestępców w e-świecie, cyberprzemoc, ryzyko natrafienia na treści pornograficzne lub innego rodzaju niepożądane przekazy, wszechobecność fake newsów i tzw. teorii spiskowych, nadmiar informacji, których nie sposób przetworzyć – etc., etc.), należy pamiętać o jego zaletach. A są one niebagatelne.

Po pierwsze: internet jest (choć czasem, czytając niektóre treści w nim zamieszczane, trudno w to uwierzyć) ogromnym rezerwuarem wiedzy. To, co kiedyś wymagało mozolnego odwiedzania bibliotek, szperania w archiwach gazet czy sprowadzania z zagranicy literatury fachowej – dziś jest w większości przypadków o kilka kliknięć od nas. Oczywiście – wiedzy tej trzeba umieć szukać i umieć dokonywać krytycznej oceny źródeł – ale tego właśnie musimy dzieci uczyć.

Po drugie: internet umożliwia otworzenie się na świat, siedząc w domu możemy poznawać przedstawicieli różnych kultur, „zwiedzać" różne zakątki świata w sposób znacznie bardziej realistyczny niż żyjący w XX wieku młodzi ludzie wodzący palcami po mapach. Łatwiej jest też małym e-tubylcom rozwijać różne zainteresowania – niezależnie od tego, czy zafascynuje ich pływanie synchroniczne czy zbieranie modeli hiszpańskich żaglowców z XVI wieku, w e-świecie bez problemu znajdą informacje na temat swojego nowego hobby, a także grono osób podzielających ich zainteresowania.

Po trzecie: nowe media ułatwiają socjalizację. Jak zauważa dr Tuszyńska, jeszcze w XX wieku, gdy ucznia nie było tydzień czy dwa w szkole – tracił kontakt ze szkolną rzeczywistością, omijały go wszystkie wydarzenia ważne dla grupy, która w świecie nastolatka jest najważniejszą grupą odniesienia. Dziś tego problemu nie ma. Znacznie mniej poważny jest też problem bycia outsiderem w klasie. – Kiedyś byliśmy skazani na to środowisko, teraz wystarczy, że wrócimy do domu albo odpalimy smartfon na przerwie – i już jesteśmy w gronie osób, które dzielą z nami pasję lub interesują się tą samą dyscypliną sportu – tłumaczy medioznawca.

I wreszcie po czwarte: nowe technologie zmieniają nasz sposób percepcji rzeczywistości. Owszem, ma to swoje negatywne skutki: młody człowiek przyzwyczajony do korzystania z internetu będzie nudził się w kontakcie z klasycznym słowem pisanym, które wymaga spokoju, skupienia i nie oferuje zbyt wiele bodźców (pojawienie się tych ostatnich wymaga w tym przypadku uruchomienia wyobraźni). Ale z drugiej strony – jak mówi dr Tuszyńska – młodzi ludzie zyskują całkiem nowe kompetencje.

– Badania wykazują, że u młodych korzystających z nowych technologii poprawiają się umiejętności wizualno-przestrzenne. Czas reakcji i zdolność wyłapywania szczegółów w chaosie wielu elementów robi się bardzo krótki. Nie potrafią skupić się na jednej rzeczy, ale potrafią skanować i wyłapywać szczegóły w morzu innych elementów. Zaczynają funkcjonować trochę jak komputery – mówi dr Tuszyńska.

Dowodem na to, jak mówi medioznawca, jest sytuacja, w której ostatnio się znalazła. – Spotkałam się ze znajomą i zaczęłam opowiadać jej, że szukam pracowni do jednego z moich projektów. W pewnym momencie dołączył do nas jej 14-letni syn. Ja opowiadam, jakie warunki musi spełnić ta pracownia, wymieniam kolejne rzeczy, które są mi potrzebne, a on siedzi z nosem w smartfonie. I nagle, w pewnym momencie, chłopiec mówi: Słuchajcie, znalazłem dwa miejsca, które będą odpowiednie, tu są telefony do osób, które chcą je wynająć, napisałem już do jednego z nich i odpisał, że w każdej chwili można przyjechać i obejrzeć to miejsce. W czasie gdy ja żaliłam się koleżance, on zdołał rozwiązać mój problem – śmieje się dr Tuszyńska.

– To jest dla mnie kwintesencja tego zjawiska. Okazuje się, że to my, a nie oni, marnotrawimy nasz czas – dodaje.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL