fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Brazylia. Żaden polityk nie będzie już bezkarny

Jair Bolsonaro. Jego prosta recepta na bezpieczeństwo jednym się podoba, innych przeraża. Na zdjęciu w S?o Paulo 17 sierpnia tego roku
AFP
Były spadochroniarz, który chce dać policji prawo do swobodnego zabijania przestępców, lub marionetka skazanego za korupcję byłego prezydenta Luli da Silvy – taka alternatywa zapewne czeka Brazylijczyków w drugiej turze nadchodzących wyborów na najwyższy urząd w państwie.

Już po napisaniu tego tekstu przez autora kandydat na prezydenta Brazylii, Jair Bolsonaro, został zraniony nożem w czasie wiecu politycznego w południowo-wschodniej Brazylii. 

Luigi Cosenza, właściciel funduszu inwestycyjnego Capital Lab z Sao Paulo, jest pełen entuzjazmu. – To jest odrodzenie Brazylii. Po raz pierwszy uwierzyliśmy, że w ramach systemu politycznego coś można zmienić – mówi w rozmowie z „Plusem Minusem".

Brazylia już 30 lat temu osiągnęła to, o czym wciąż mogą tylko marzyć Chińczycy czy Rosjanie: demokrację. Do niedawna politycy w tym wielkim jak cała Europa kraju mogli czuć się jednak bezkarnie. Kradli na potęgę. Ale czas powszechnej korupcji odchodzi w przeszłość. Pod kierunkiem 46-letniego sędziego z Parany Sergia Moro grupa młodych prawników zdołała rozbić wielopiętrowe układy korupcyjne, które wiązały wielki biznes z władzami centralnymi. Działali tak szybko, że pewni siebie politycy dali się zaskoczyć – wielu znalazło się za kratkami, jeszcze zanim zdołali uruchomić swoje koneksje.

– Pewna karta została zamknięta. Dziś już żaden brazylijski polityk nie czuje się bezkarny, zaczynając od obecnego prezydenta Michela Temera. To jest przełom – mówi nam Martine Droulers, specjalistka od Ameryki Łacińskiej w paryskim Narodowym Instytucie Badań Naukowych CNRS.

Nic nie uosabia lepiej skutków powszechnej korupcji niż pożar 2 września w Muzeum Narodowym w Rio de Janeiro. Pałac, w którym mieszkał ostatni król Portugalii przed niepodległością kraju, a po nim cesarska dynastia Brazylii, skrywał bezcenną kolekcję 20 mln eksponatów. Jednak apele dyrekcji o modernizację systemu przeciwpożarowego nie dawały nic, bo powiązane z gangami przestępczymi władze miasta wolały inwestować tam, gdzie były do zgarnięcia łapówki. Samo Rio, chyba najpiękniej położone miasto świata, ledwie dwa lata po igrzyskach olimpijskich z 2016 r. przemieniło się w obraz zupełnego chaosu, przestępczości i niemocy władz.

Lula, przestępca i bohater

Ale pogrążone w takim bagnie miasto na tle reszty Brazylii w coraz większym stopniu staje się niechlubnym wyjątkiem. W stolicy kraju, Brasilii, trwa wielkie czyszczenie politycznych elit. Na 594 członków brazylijskiego Kongresu Narodowego aż 252 postawiono już zarzuty prokuratorskie, a wielu pozostałych zapewne spotka taki sam los.

Najwięcej politycznych karier upadło z powodu prowadzonego przez Moro śledztwa w aferze „Lava Jato" („Pralka") – wykryto szeroki układ korupcyjny zbudowany wokół państwowego giganta naftowego Petrobras. Wszystko działo się za rządów byłego lidera związkowego, a potem przywódcy lewicowej Partii Pracujących (PT) Luiza Inacio Luli da Silvy, który był prezydentem kraju w latach 2003–2011, oraz jego następczyni z tego samego ugrupowania Dilmy Rousseff. Lula od kwietnia odsiaduje 12-letni wyrok za przyjęcie od jednej z firm budowlanych mieszkania w zamian za intratne kontrakty państwowe, Dilma została zaś odsunięta od władzy w połowie kadencji.

– Korupcja w Brazylii jest bardzo rozpowszechniona. Ale dopiero Lula stworzył scentralizowany system przekupstwa, na którego czele stał on sam. Chciał przekształcić Brazylię w coś na kształt „republiki boliwariańskiej", jak w Boliwii i Wenezueli: układ, w którym dzięki korupcji jedna partia pozostaje wiecznie u władzy – twierdzi Luigi Cosenza.

Sądząc po sondażach, Brazylijczycy rzeczywiście uwierzyli, że da się wyczyścić kraj z przekupstwa. Jednak nawet, co wydaje się pewne, działania sędziego Moro i jego kolegów w długim okresie przyniosą Brazylii siłę, na krótką metę mogą okazać się niebezpieczne dla demokracji.

Dla niemal połowy Brazylijczyków Lula nie jest bowiem przestępcą, ale bohaterem. Co prawda to jego poprzednik Fernando Henrique Cardoso poprzez konsekwentne reformy postawił gospodarkę kraju na nogi i dał przepustkę do grupy najbardziej obiecujących gospodarek wschodzących (BRICS), ale dopiero charyzmatyczny Lula uznał, że owocami tego bogactwa trzeba obdzielić szerokie rzesze społeczeństwa. Tak powstał w szczególności program Bolsa Familia, dzięki któremu około jednej czwartej społeczeństwa po raz pierwszy otrzymało wsparcie od państwa pod warunkiem posyłania dzieci do szkoły. Dziesiątki milionów ludzi mogło sobie kupić telewizor, pralkę, nawet samochód, a także otworzyć konto w banku. W kraju, który wciąż podnosi się z okresu bezwzględnej eksploatacji dokonywanej przez portugalskich kolonizatorów i ich spadkobierców, i gdzie niewolnictwo zniesiono dopiero w 1888 r., wreszcie jakiś przywódca zaczął myśleć o całym społeczeństwie, a nie tylko jego elitach.

– Niektórzy twierdzą, że to był moment, w którym tak naprawdę narodził się brazylijski naród – uważa Martine Droulers.

Osadzony w więzieniu w Kurytybie Lula figuruje na oficjalnej liście kandydatów w zaplanowanych na 7 października wyborach prezydenckich. Ma jednak ograniczone możliwości prowadzenia kampanii wyborczej. Na co dzień może spotykać się tylko z adwokatami (w tej roli występuje typowany na jego następcę były burmistrz Sao Paulo Fernando Haddad). Członkowie rodziny i współpracownicy odwiedzają natomiast jego celę tylko w czwartki. Były przywódca państwa nie ma też prawa udzielać wywiadów, a tym bardziej występować w telewizji.

Mimo to 73-letni polityk pozostaje wielkim faworytem nadchodzących wyborów: sondaże z początku września dawały mu 37,3 proc. głosów, przeszło dwa razy więcej niż kolejnemu w tym rankingu Jairowi Bolsonaro, byłemu spadochroniarzowi (18,3 proc.).

Dlatego wyrok komisji wyborczej z 31 sierpnia, że Lula nie ma prawa ubiegać się o trzecią kadencję na czele państwa (były prezydent odwołał się do Sądu Najwyższego), i późniejszy o dwa dni zakaz rozklejania jego plakatów wyborczych wcale nie zostały uznane przez całe społeczeństwo za zwycięstwo rządów prawa i demokracji. Przeciwnie, nawet poza Brazylią tak poważne postaci jak byli prezydenci Francji François Hollande i Chile Michelle Bachelet oraz amerykański polityk Bernie Sanders zaapelowały o zezwolenie Luli na udział w wyborach.

Medale za trupy

Obrońcy dawnego lidera związkowego nie bez racji wskazują, że sędzia Moro wsadził do więzienia przede wszystkim działaczy Partii Pracujących, choć jest tajemnicą poliszynela, że przynajmniej w równym stopniu skorumpowana była prawica, zaczynając od obecnego prezydenta kraju Michela Temera, przez pięć lat zastępcy Dilmy Rousseff, siłą rzeczy wtajemniczonego w wiele jej wątpliwych poczynań.

– To był pewien kompromis. Przeprowadzenie impeachmentu Temera zaraz po odsunięciu Rousseff byłoby niebezpieczne dla stabilności kraju, demokracji. Dlatego uznano, że dotychczasowy wiceprezydent pokieruje krajem do najbliższych wyborów – tłumaczy Luigi Cosenza.

Sztab Luli gra na to poczucie niesprawiedliwości u wielu, w szczególności uboższych, Brazylijczyków. Chce podtrzymać kandydaturę idola mas do ostatniego momentu, w którym można zmienić nazwiska osób na listach wyborczych. Zgodnie z tą strategią na 20 dni przed głosowaniem Fernando Haddad ma zostać oficjalnie namaszczony jako faworyt lidera PT.

Jest to jednak ryzykowna strategia. Carlos Malamud, ekspert madryckiego instytutu Real Elcano, wskazuje, że być może tylko połowa tych, którzy bezwarunkowo byli gotowi poprzeć Lulę, oddałaby głos na niemal zupełnie nieznanego poza Sao Paulo Haddada.

To otwiera drogę do pałacu Planalto w Brasilii dla Jaira Bolsonaro. Były pułkownik, który nie waha się wychwalać bilansu rządów wojskowej junty z lat 1964–1985, stawia wszystko na jedną kartę: bezpieczeństwo. W minionym roku w Brazylii zamordowano 63,8 tys. osób, najwięcej ze wszystkich krajów, które nie były w tym czasie trawione przez wojnę. To przekłada się na 30,8 zabójstw na 100 tys. mieszkańców, prawie 60 razy więcej niż w Polsce. Co czwarty Brazylijczyk przyznaje, że „czuje się bezpośrednio zagrożony", a 62 proc. młodych mieszkańców kraju myśli o emigracji za granicę.

Znawczyni brazylijskiej historii Isabel Lustosa tłumaczy, że przemoc w Brazylii ma głębokie korzenie. To przede wszystkim wynik niezwykłej polaryzacji społeczeństwa, niskiego poziomu edukacji, braku perspektyw dla młodych (poza wejściem do któregoś z licznych gangów). Najwięcej zabójstw (przeszło 60 na 100 tys. mieszkańców) jest w takich stanach, jak Acre czy Rondonia, które leżą obok Boliwii lub Kolumbii, największych producentów narkotyków na świecie. Brazylia służy za główny szlak ich przemytu do Europy i Azji. Skuteczna walka z gangami musiałaby więc w tym przypadku obejmować całą Amerykę Łacińską.

Ale jednymi z najbardziej niebezpiecznych miast świata pozostają też metropolie na południu kraju – przede wszystkim Rio i Sao Paulo. Tu po obaleniu junty wojskowej w połowie lat 80. XX wieku część pozbawionych pracy żołnierzy stanęła na czele grup drobnych przestępców, ucząc ich, jak posługiwać się bronią i uzyskać do niej dostęp. To był okres boomu budowlanego, którego pozostałością są hotele i apartamentowce o monotonnej architekturze, które stoją wzdłuż wspaniałych plaż atlantyckich takich dzielnic, jak Copacabana, Ipanema i Leblon w Rio. Aby maksymalizować zyski, deweloperzy chętnie korzystali z taniej siły roboczej zubożałych chłopów z północnych regionów kraju. Nie przeszkadzało im (podobnie jak skorumpowanym władzom), że ich pracownicy żyją w dzikich dzielnicach nędzy, bez dostępu do kanalizacji, elektryczności i asfaltowych dróg, gdzie policja nigdy nie zapuszcza się po zmroku. Dziś zdesperowani mieszkańcy tych slumsów także w środku dnia schodzą do bogatych dzielnic, aby nieraz w bardzo brutalny sposób okradać mieszkańców i turystów.

Ograniczenie przestępczości w Rio i Sao Paulo do poziomu wielkich miast Stanów Zjednoczonych jak Los Angeles czy Nowy Jork (ok. pięciu zabójstw na 100 tys. mieszkańców) wymagałoby lat, o ile nie dekad inwestycji w infrastrukturę, szkolnictwo, służbę zdrowia, policję. Na razie z trudem utrzymującej anemiczny wzrost gospodarczy i obarczonej 14 milionami bezrobotnych Brazylii na to nie stać.

Bolsonaro ma jednak prostą receptę na ukrócenie przestępczości. – Kryminalistów nie wolno traktować jak zwykłych ludzi. Nie możemy dłużej pozwalać, aby policjanci ginęli z ich rąk. Jeśli funkcjonariusz zabija 10, 15 czy 20 przestępców, powinien dostać za to medal, a nie być ściganym przez prokuratorów – tłumaczył niedawno w największej telewizji kraju, Globo.

Taka recepta przekonuje wielu zdesperowanych Brazylijczyków, także w takich ubogich stanach jak w wysuniętym najdalej na wschód Rio Grande do Norte, do tej pory bastionie Partii Pracujących. Wskaźnik zabójstw osiągnął tam astronomiczny poziom 63,9 na 100 tys. mieszkańców, życie toczy się już niemal w warunkach wojennych.

– Własność musi być święta. Jeśli państwo nie jest w stanie jej obronić, musimy jej bronić sami – apelował tu niedawno Bolsonaro. I zapowiedział, że jeśli zostanie prezydentem, zniesie kary za zabicie złodzieja, który wejdzie na prywatną posesję. Już teraz znaczna część spośród 5144 zabójstw, jakich w ubiegłym roku dokonano w Rio Grande do Norte, to efekt brutalnych pacyfikacji przez policję. Wielu obawia się więc, że po wyborach dojdzie do usankcjonowania prawa dżungli, Brazylia zamieni się w nowy Dziki Zachód, tyle że dwudziestopierwszo-, a nie dziewiętnastowieczny.

To niejedyny powód do niepokoju. Pułkownika wspiera tylko malutka, ultrakonserwatywna Partia Społeczno-Demokratyczna (PSL), która ma zaledwie jednego deputowanego w Kongresie. Nikt więc za bardzo nie wie, jaką prowadziłby politykę w innych niż bezpieczeństwo dziedzinach, przede wszystkim w gospodarce.

Życie na kredyt

Gdy 15 lat temu Lula został zaprzysiężony na prezydenta, obawiał się, że podzieli los prezydenta Chile Salvadora Allende. Zwolennik reform socjalnych został tak osaczony przez elity finansowe kraju i CIA, że w końcu popełnił samobójstwo w pałacu prezydenckim w Santiago w 1973. Brazylijski lider związkowy wszedł więc w układ z wielkim biznesem i zagwarantował, że jego program socjalny nie naruszy podstawowych interesów bogaczy. Niezwykła koniunktura na rynku surowców, których ten ogromny kraj ma bez liku, pozwoliła zrealizować takie założenie.

Jednak wielki kryzys gospodarczy, który wybuchł w 2008 r., a w szczególności załamanie popytu ze strony Chin na brazylijską ofertę eksportową, zrujnował ten plan. Brazylia, która poza surowcami ma ograniczoną sprzedaż za granicą towarów przetworzonych (jej łączny eksport liczony w dolarach jest mniejszy niż Polski) straciła znaczną część dopływu dewiz.

Aby nie zawieść wyborców PT, utrzymać poziom konsumpcji, desygnowana przez Lulę Dilma Rousseff zaczęła zadłużać państwo. Rząd rozwinął kolejne programy społeczne, na które nie było go już stać. Wzrosły podatki, wielki kapitał zaczął uciekać za granicę.

Z tego snu o potędze Brazylia budzi się dziś z wielkim długiem (stanowi równowartość 74 proc. produktu krajowego brutto), wysokim bezrobociem (12 proc.), anemicznym wzrostem gospodarczym (1 proc.). W ostatnim roku miejscowa waluta, real, straciła jedną trzecią wartości wobec dolara.

– Aby uniknąć katastrofy, kraj pilnie powinien zreformować przede wszystkim rozbuchany powszechny system emerytalny, ale także mechanizm, który powoduje, że najbogatsze stany przekazują ogromne środki z podatków teoretycznie na rozwój biedniejszych regionów, a tak naprawdę na układy korupcyjne – uważa Luigi Cosenza.

Nadzieją wielkiego biznesu w tych wyborach jest Geraldo Alckmin, były gubernator stanu Sao Paulo i kandydat umiarkowanej partii socjaldemokratycznej PSDB. To ugrupowanie, które przejęło znaczną część deputowanych w Kongresie, co zgodnie z prawem daje mu dostęp do telewizyjnego i radiowego czasu antenowego w czasie oficjalnej kampanii wyborczej, także we wpływowej Globo. Takiej możliwości nie ma Bolsonaro, a Fernando Haddad – na co liczy etablishment – nie stanie się w ostatnich trzech tygodniach przed datą głosowania rozpoznawalny dla szerokich mas.

Ale to są czasy Trumpa i brexitu, ruchów protestu i zaskakujących wyborów. Dzięki prostemu przekazowi i niezwykłej aktywności w mediach społecznościowych Bolsonaro ma wciąż czterokrotnie większe poparcie niż Alckmin i nie bardzo widać, co miałoby mu uniemożliwić przejście do drugiej tury.

Świat wstrzymuje więc oddech. Jak donosi Bloomberg, zagraniczne inwestycje w Brazylii warte przynajmniej 33 mld dolarów zostały zawieszone, w tym tak ważne, jak umowa o strategicznej współpracy Boeinga i Embraera czy o eksploatacji razem z Petrobrasem złóż ropy i gazu pod dnem Oceanu Atlantyckiego. Narastają obawy, że wepchnięta między lewicowy populizm nominata Luli i prawicowy populizm Bolsonaro Brazylia w końcu podzieli los sąsiedniej bankrutującej Argentyny albo wręcz znajdującej się w ruinie Wenezueli.

W 1941 r. Stefan Zweig napisał słynną książkę „Brazylia, kraj przyszłości". Dziś wielu Brazylijczyków znów się obawia, że takim „krajem przyszłości" pozostanie ona na zawsze. Ale jest też możliwe, że dzięki szokowej terapii antykorupcyjnej, jaką zaserwował sędzia Moro, ich ojczyzna z nową siłą ruszy na podbój świata.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA