fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Rosja w Ameryce Południowej. Jak Putin zdobywa wpływy utracone przez Stany Zjednoczone

Gdy Hugo Chavez popadł w konflikt z USA, naturalnym partnerem Caracas stał się Kreml. Po raz pierwszy Putin spotkał się z Chavezem w 2001 r. Rosji zależało głównie na surowcach naturalnych Wenezueli
AFP
Po latach nieobecności Kreml wraca do Ameryki Łacińskiej, gdzie trwa najostrzejsza od 30 lat rywalizacja o wpływy. Wydaje się, że Waszyngton nie ma pomysłu, jak ją wygrać.

W pochmurny marcowy poranek do hawańskiego portu wpływa pomalowany w szare barwy ochronne okręt rozpoznania elektronicznego Wiktor Leonow. Mimo że służy w Marynarce Wojennej, nie posiada imponującego uzbrojenia. Nie potrzebuje go. Jego zadaniem nie jest walka, ale przechwytywanie i rejestrowanie danych z sonarów i radiolokatorów przeciwnika. Licząca 94 m długości jednostka w towarzystwie dwóch holowników mija symbol miasta, XVIII-wieczny fort del Morro i kieruje się w stronę przystani. Należący do rosyjskiej Floty Północnej okręt szpiegowski właśnie wrócił z misji u wschodnich wybrzeży Stanów Zjednoczonych, gdzie przez dwa miesiące zbierał dane wywiadowcze.

Według pracowników Pentagonu, z którymi rozmawiali dziennikarze CNN, statek pojawił się m.in. w okolicach bazy atomowych okrętów podwodnych w King's Bay oraz największej stoczni amerykańskiej marynarki w Norfolk. W ciągu kilku ostatnich lat Wiktor Leonow podobną trasę pokonał co najmniej trzy razy. Zawsze po skończonym patrolu zawijał na Kubę, by uzupełnić zapasy. Pisząc o tak śmiałych działaniach Rosjan tuż pod nosem Stanów Zjednoczonych, amerykańskie media często nawiązują do kryzysu kubańskiego z 1962 r. Tym razem świat nie stoi jednak na krawędzi atomowej zagłady. Zagrożona może być natomiast pozycja USA jako światowego hegemona.

Królewskie powitanie

Niecałe cztery miesiące po tym, jak w lutym 2014 r. Rosja zajęła Krym, Władimir Putin wybrał się na wielkie tournée po Ameryce Łacińskiej. W czasie, gdy z Waszyngtonu i większości europejskich stolic pod jego adresem płynęły słowa potępienia, w państwach latynoskich mógł liczyć na wyjątkowo ciepłe przyjęcie. Na Kubie, od której symbolicznie rozpoczął swoją podróż, w ogromnym Pałacu Rewolucji powitał go ówczesny prezydent Raul Castro w towarzystwie wojskowej asysty honorowej. Później Putin wraz z najważniejszymi kubańskimi politykami złożył wieńce na placu Rewolucji. Odwiedził także schorowanego Fidela Castro, legendę i symbol kubańskiej rewolucji, oraz wziął udział w uroczystej ceremonii pod pomnikiem poświęconym sowieckim żołnierzom.

Wizyta nie miała wyłącznie charakteru ceremonialnego. Podczas wspólnej konferencji prasowej z kubańskim prezydentem Putin ogłosił, że Rosja umarza 90 proc. wynoszącego ponad 30 mld dol. długu, który Kubańczycy zaciągnęli jeszcze w czasach ZSRR. Obaj przywódcy podpisali także umowy o współpracy gospodarczej. Co więcej, rosyjski prezydent obiecał, że zrobi wszystko, co w jego mocy, by „pomóc przyjaciołom z Kuby uwolnić się od nielegalnej, amerykańskiej blokady".

W drodze do Argentyny, która miała być jego następnym przystankiem, Putin nieoczekiwanie odwiedził Nikaraguę. Na lotnisku w Managui czekał na niego komitet powitalny złożony z prezydenta Daniela Ortegi, jego małżonki oraz dowódców nikaraguańskiej armii. Ściskając serdecznie gospodarza Kremla, Ortega zapewnił, że jego państwo popiera rosyjską politykę wobec Ukrainy i uznaje aneksję Krymu. Ze swej strony Putin obiecał pomoc w realizacji ambitnego planu budowy kanału transoceanicznego mającego być konkurencją dla tego w Panamie.

W Buenos Aires uśmiechnięty Putin, w ociekającej złotem barokowej sali prezydenckiego pałacu, podpisał z Cristiną Fernández de Kirchner szereg porozumień o współpracy w dziedzinie energetyki jądrowej. Jedno z nich przewiduje, że Rosjanie będą uczestniczyli w budowie reaktora argentyńskiej elektrowni atomowej Atucha III. Komentując tę umowę, Kirchner podkreśliła, że potwierdza ona więzi przyjaźni między Rosją a Argentyną.

Iście po królewsku Putina przywitała Brazylia, która była ostatnim przystankiem na trasie jego podróży. W drodze od limuzyny do pałacu prezydenckiego, którą gospodarz Kremla pokonał pieszo, towarzyszyła mu orkiestra i wojskowa asysta honorowa. Przed samym wejściem do budynku czekała na niego już Dilma Rousseff. Gdy zakończono odgrywać hymny obu państw, na cześć gościa oddano artyleryjską salwę honorową składającą się z 21 wystrzałów.

W trakcie rozmowy z Rousseff rosyjski przywódca uzgadniał m.in. sprzedaż rosyjskiej broni, w tym systemów przeciwlotniczych, jeszcze przed letnimi igrzyskami w Rio de Janeiro. Podsumowując spotkanie z ówczesną prezydent, Władimir Putin stwierdził, że Brazylijczycy chcą wzmocnienia relacji z Rosją. Jego zdaniem oba kraje dążą do stworzenia świata wielobiegunowego. Objazd latynoskich stolic był niewątpliwie wizerunkowym sukcesem Putina. Jego głównym celem nie była jednak poprawa notowań wśród rodaków, ale zacieśnienie relacji gospodarczych i politycznych z państwami regionu. W Ameryce Łacińskiej trwa bowiem najostrzejsza od 30 lat rywalizacja o wpływy. Wydaje się, że Waszyngton nie ma pomysłu, jak ją wygrać.

Jaja droższe od benzyny

W trakcie zimnej wojny Ameryka Łacińska obok Europy i Azji stanowiła jedno z najważniejszych pól walki między ZSRR a Stanami Zjednoczonymi. Od lat 50. XX w. Kreml wspierał większość latynoskich ruchów rewolucyjnych – od Kuby po Chile. Te działania zakończyły się wraz z upadkiem Związku Radzieckiego. Powstała na jego gruzach Federacja Rosyjska z powodu problemów wewnętrznych przez lata była praktycznie nieobecna w regionie.

Sytuacja zmieniła się po tym, jak do władzy doszedł Władimir Putin, który postanowił przywrócić Rosji pozycję globalnego mocarstwa. – Początkowo rosyjski powrót do Ameryki Łacińskiej ograniczał się wyłącznie do kontaktów handlowych. Z czasem Moskwa zauważyła, że nie wszystkie kraje latynoskie popierają działania Stanów Zjednoczonych i prowadzą dość niezależną politykę. Wówczas uznała, że mogą być one narzędziem geopolitycznej rozgrywki – tłumaczy prof. Wiktor Chejfec, ekspert ds. stosunków międzynarodowych z Petersburskiego Uniwersytetu Państwowego.

Od 2014 r., wraz z pogarszaniem się relacji z Zachodem, Kreml stara się zwiększać swoją obecność u wybrzeży Stanów Zjednoczonych. Z jednej strony chce w ten sposób pozyskać sojuszników w obliczu międzynarodowego ostracyzmu i sankcji, a z drugiej strony uderzyć w Waszyngton, który zgodnie z XIX-wieczną doktryną Monroe'a przez lata traktował Amerykę Łacińską jako swoją wyłączną strefę wpływów.

– Rosjanie starają się osłabić więzi łączące USA z poszczególnymi państwami regionu, a co za tym idzie podkopać dominującą pozycję Amerykanów w tej części globu – mówi w rozmowie z „Plusem Minusem" David Salvo, analityk German Marshall Fund. Do realizacji tych celów wykorzystywany jest cały wachlarz sprawdzonych metod: – Moskwa posługuje się internetowymi trollami, mediami, inwestycjami w sektorze energetycznym oraz kontraktami zbrojeniowymi. Nie cofa się też przed wspieraniem organizacji terrorystycznych i zorganizowanej przestępczości – wylicza dr Stephan Blank, znawca Rosji z American Foreign Policy Council.

Ostatnie przemiany polityczne na Kubie, w Kolumbii i Meksyku oraz kryzys gospodarczy w Wenezueli stworzyły Rosji wiele nowych możliwości ingerowania w sprawy kontynentu. Pomagają jej w tym również działania Donalda Trumpa, który m.in. grozi rządowi w Caracas militarną interwencją, spiera się z Meksykiem o mur na granicy i obraża latynoskich imigrantów.

– Z każdą nową deklaracją administracji Trumpa dotyczącą Ameryki Łacińskiej wpływy USA w regionie słabną, co z kolei wzmacnia inne państwa postrzegane jako przeciwwaga dla Waszyngtonu – mówi prof. Chejfec. Taki obrót rzeczy cieszy szczególnie przywódców Kuby, Wenezueli i Nikaragui. Wszystkie trzy państwa podzielają antyamerykańską retorykę Rosji i od lat są jej najbliższymi sojusznikami.

Rosyjskie wpływy w Wenezueli zaczęły rosnąć wraz z objęciem władzy przez Hugo Chaveza. Wenezuelski prezydent, który chciał zbudować w swoim kraju „socjalizm XXI w.", szybko popadł w konflikt ze Stanami Zjednoczonymi. Oskarżał je o imperialne ambicje i rzekome próby usunięcia go z urzędu. Bratał się także z dyktatorami potępianymi przez Zachód. W takiej sytuacji kwestią czasu było, kiedy nastąpi zacieśnienie relacji na linii Caracas – Moskwa.

Do pierwszego spotkania Chaveza z Putinem doszło już w 2001 r. w rosyjskiej stolicy. Obaj przywódcy dyskutowali wówczas o współpracy w dziedzinie energetyki oraz zakupie uzbrojenia, oczywiście przez Wenezuelę. Od tego czasu kraj stał się jednym z głównym odbiorców rosyjskiego sprzętu wojskowego. Obecnie do Caracas trafia 70 proc. całej broni sprzedawanej przez Rosję do Ameryki Łacińskiej. Bezpośrednio po wojnie z Gruzją, która doprowadziła do pogorszenia stosunków z USA, Kreml wykorzystał swoje wpływy w Wenezueli do pokazania siły. We wrześniu 2008 r. Rosja wysłała do tego kraju dwa bombowce strategiczne Tu-160, a dwa miesiące później wraz z wenezuelską marynarką przeprowadziła manewry na Morzu Karaibskim. Rok później Caracas uznało niepodległość Abchazji i Osetii Południowej.

Rosyjskie zaangażowanie w przemysł energetyczny Wenezueli rośnie systematycznie od 2004 r., kiedy Łukoil podpisał umowę o współpracy z rządowym koncernem PDVSA. W 2010 r. oba kraje zawarły porozumienie o utworzeniu wspólnego przedsięwzięcia, tzw. joint venture, dla zagospodarowania złóż ropy naftowej leżących w dorzeczu rzeki Orinoko.

Kreml zwiększył kontrolę nad wenezuelskimi zasobami naturalnymi po tym, jak kraj pogrążył się w kryzysie. Spadek cen ropy na światowych rynkach w 2014 r. doprowadził niewydolną gospodarkę, która opiera się głównie na eksporcie tego surowca, na skraj upadku. Obecnie w Wenezueli półki sklepowe świecą pustkami, co chwila pojawiają się przerwy w dostawach prądu, a inflacja bije kolejne rekordy. Jedno jajko kosztuje już tyle co 200 tys. litrów benzyny!

Szacuje się, że w biedzie żyje prawie 90 proc. mieszkańców Wenezueli. By ratować sojusznika, Rosja zgodziła się na restrukturyzację wynoszącego ponad 3 mld dol. wenezuelskiego długu. Spłatę wszystkich należności rozłożono do 2023 r. Co więcej, Rosnieft wsparł PDVSA kwotą ponad miliarda dolarów.

Kreml nie pomaga oczywiście bezinteresownie. Po pierwsze, nie chce dopuścić do upadku Nicolasa Maduro, następcy Chaveza. Demokratyczna opozycja już zapowiedziała, że po dojściu do władzy ograniczy kontakty z Rosją. Po drugie, w zamian za wyciągnięcie pomocnej dłoni Moskwa otrzymała prawo poszukiwań oraz wydobycia ropy i gazu ze złóż na szelfie Wenezueli, a także handlu wenezuelską ropą i produktami naftowym. Dzięki bliskim relacjom z Caracas zbliżyła się również do Kuby, Nikaragui, Boliwii i Ekwadoru.

Sentyment partyzanta

Odnowienie relacji z niegdyś najbliższym sojusznikiem ZSRR na zachodniej półkuli rozpoczęło się w 2000 r. od spotkania Władimira Putina z Fidelem Castro w Hawanie. Na rezultaty tej podróży nie trzeba było długo czekać. W 2004 r. Rosjanie zgodzili się na restrukturyzację części kubańskiego długu z czasów zimnej wojny. Cztery lata później ówczesny prezydent Dmitrij Miedwiediew zawarł z braćmi Castro szereg umów dwustronnych, dotyczących m.in. współpracy w dziedzinie edukacji i ochrony zdrowia.

Kubą zainteresował się również rosyjski przemysł zbrojeniowy. W 2016 r. oba kraje podpisały porozumienie zakładające, że Moskwa do 2020 r. pomoże zmodernizować kubańskie siły zbrojne. Kiedy Donald Trump zaczął odchodzić od polityki Baracka Obamy i ponownie nakładać restrykcje na handel z Kubą, Moskwa zaangażowała się w ponad 50 projektów energetycznych i infrastrukturalnych o łącznej wartości 4 mld dol. W 2017 r. rosyjska firma Inter Rao zbudowała na wyspie cztery elektrownie, a Kamaz otworzył jedną ze swoich fabryk. Moskwa prowadzi także negocjacje w sprawie budowy linii kolejowej na Kubie. Rosyjski gigant energetyczny Rosnieft uczestniczy z kolei w modernizacji największej kubańskiej rafinerii w Cienfuegos.

Po tym, jak z powodu zapaści wenezuelskiej gospodarki Kuba zaczęła odczuwać braki ropy naftowej, Moskwa interweniowała, by uratować jej sektor energetyczny. W ciągu ostatnich pięciu lat dostarczyła na wyspę ponad 18 tys. ton produktów ropopochodnych o wartości niemal 12 mln dol. Pod koniec zeszłego roku jeden z rosyjskich urzędników prognozował na łamach „The Independent", że dzięki zbliżeniu Rosji i Kuby wymiana handlowa między nimi może się zwiększyć z 248 mln dol. do 400 mln dol.

W zamian za wsparcie Kremlowi umożliwiono budowę na Kubie centrum komunikacji satelitarnej systemu GLONASS będącego odpowiedzią na amerykański GPS. Moskwa zapowiedziała także, że rozważa ponowne otwarcie stacji nasłuchowej w Lourdes, z której za czasów ZSRR szpiegowano Waszyngton.

Przyjaźń między Rosją a Nikaraguą rozpoczęła się na dobre w 2007 r., kiedy prezydentem kraju został Daniel Ortega. Polityk już wcześniej żywił sentyment do Kremla. W latach 80. XX w. należał bowiem do wspieranej przez ZSRR sandinistowskiej partyzantki walczącej z prawicową dyktaturą.

Krótko po objęciu przez niego urzędu Managua uznała niepodległość Abchazji i Osetii Południowej. Pięć lat później oba kraje podpisały umowę, zgodnie z którą Rosjanie zajęli się modernizacją nikaraguańskiej armii. W latach 2012–2016 całe uzbrojenie zakupione przez Nikaraguę pochodziło z Rosji. Trzy lata temu parlament Nikaragui zgodził się, by rosyjskie okręty wojenne korzystały z tamtejszych portów.

Z kolei w 2017 r. oba kraje postanowiły wspólnie walczyć z handlarzami narkotyków. W tym celu Kreml stworzył na przedmieściach Managui centrum treningowe dla lokalnej policji. Co ciekawe, tuż obok amerykańskiej ambasady Moskwa zbudowała stację komunikacyjną obsługującą system GLONASS. Rodzi to plotki, że może być ona wykorzystywany do szpiegowania.

W stolicy Nikaragui, podobnie jak w Caracas i Hawanie, działają również biura telewizji RT (dawniej Russia Today), pełniącej rolę propagandowej tuby Kremla. Jak wyliczyli analitycy ośrodka Wilson Center obecnie jest ona dostępna w języku hiszpańskim niemal w całej Ameryce Łacińskiej. Wszystko dzięki 320 lokalnym operatorom sieci kablowej, którzy mają ją w swojej ofercie.

W ramach zacieśniania relacji z krajami regionu Kreml podpisał jeszcze umowę na wydobycie gazu oraz budowę reaktora atomowego w Boliwii, porozumienie w sprawie elektrowni wodnej w Ekwadorze, kontrakt na sprzedaż broni z Peru oraz umowę na wydobycie boksytu na Jamajce.

Wyrafinowane metody

Listopadowy szczyt przywódców państw G20 w Buenos Aires będzie dla Władimira Putina kolejną świetną okazją, by przełamać międzynarodową izolację Rosji oraz zbliżyć się do tych państw Ameryki Łacińskiej, które są uważane za sojuszników Waszyngtonu. – USA nawiązały silne relacje militarne z Argentyną, Brazylią i Meksykiem. Moskwa nie ma szans tego zmienić. Jeśli jednak chodzi o kontakty polityczne, np. Brazylia ma odmienne cele niż Biały Dom. Moskwa i Brasilia współpracują w ramach BRICS, a Argentyna przykłada dużą wagę do dobrych stosunków z Rosją. Ostatnia zmiana władzy w Meksyku również stwarza okazje do ocieplenia relacji z Kremlem – tłumaczy prof. Vladimir Rouvinski z Uniwersytetu ICESI w Kolumbii.

Najlepsze stosunki z Argentyną Moskwa nawiązała w latach 2007–2015, kiedy krajem rządziła Cristina Fernández de Kirchner. Wówczas oba państwa podpisały porozumienie o współpracy w dziedzinie energetyki atomowej. Władimir Putin publicznie poparł argentyńskie roszczenia względem kontrolowanych przez Wielką Brytanię Wysp Falklandzkich. W 2014 r. RT jako jeden z dwóch zagranicznych kanałów uzyskała miejsce na platformie argentyńskiej telewizji publicznej.

By ograniczyć skutki zachodnich sankcji, Kreml zawarł z Argentyną szereg umów na dostawy żywności, w szczególności mięsa. Kiedy prezydentem kraju został Mauricio Macri, Buenos Aires zaczęło naprawiać swoje relacje z Zachodem. Mimo to na początku tego roku polityk poleciał do Moskwy, gdzie podpisał z Putinem porozumienie o współpracy strategicznej.

Rosyjskie kontakty z Brazylią skupiają się głównie na handlu. Jego wartość wciąż rośnie i obecnie wynosi ponad 4 mld dol. W 2016 roku 90 proc. wieprzowiny importowanej przez Rosję pochodziło z Brazylii. Oba kraje wspierają się także na arenie międzynarodowej. W 2014 r. Brasilia wstrzymała się od głosu w sprawie rezolucji potępiającej zajęcie Krymu. Kreml z kolei popiera kandydaturę Brazylii jako stałego członka Rady Bezpieczeństwa.

Część brazylijskich ekspertów obawia się, że Moskwa może ingerować w październikowe wybory prezydenckie. Mają o tym świadczyć m.in. analizy przeprowadzone przez think tank FGV DAPP. Wynika z nich, że w trakcie wyborów z 2014 r. rosyjskie boty publikowały w mediach społecznościowych posty popierające niektórych kandydatów.

Podobne działania zaobserwowano podczas tegorocznych wyborów prezydenckich w Meksyku, które wygrał lewicowy polityk López Obrador. Były doradca Donalda Trumpa ds. bezpieczeństwa H.R. McMaster przyznał, że USA odnotowały „wyrafinowane próby wpływania na przebieg kampanii". Meksykańska komisja wyborcza zauważyła, że ponad 60 proc. odwiedzin strony dla obywateli głosujących poza granicami kraju pochodziło z komputerów znajdujących się w Petersburgu. RT przed wyborami emitowała także materiały wychwalające Obradora. Obecnie, kiedy z powodu działań Trumpa porozumienie NAFTA stoi pod znakiem zapytania, Moskwa skupia się na zwiększeniu współpracy handlowej i energetycznej z Meksykiem.

Imperialne siły

Na początku lutego ówczesny sekretarz stanu USA Rex Tillerson rozpoczął tygodniowy objazd latynoskich stolic. Na chwilę przed przylotem do Meksyku polityk ostrzegł kraje regionu przed rosnącą obecnością Rosji: – Ameryka Łacińska nie potrzebuje nowych imperialnych sił, które szukają jedynie własnej korzyści – podkreślał Tillerson. Nakłaniał też kraje latynoskie, by bliżej współpracowały ze Stanami. Problem w tym, że obecnie pozycja USA w Ameryce Łacińskiej słabnie, a takie apele przestają być skuteczne.

Waszyngton co prawda wciąż pozostaje najważniejszym partnerem handlowym państw regionu, ale jak zauważają eksperci Council on Foreign Relations, jego dominacja powoli się kończy. Wpływ ma na to m.in. polityka Białego Domu, który wycofuje się z porozumień handlowych albo stara się je renegocjować. Co więcej, wraz ze wzrostem pozycji międzynarodowej kraje takie jak Brazylia czy Meksyk prowadzą bardziej zdywersyfikowaną politykę, nawiązując kontakty z państwami spoza zachodniej półkuli. Stany Zjednoczone zaniedbały też stosunki z Ameryką Łacińską, skupiając się głównie na Azji. – Nie widzę, by Waszyngton miał pomysł, jak sobie z tym radzić. To będzie dla niego duże wyzwanie – zauważa Brett Forrest, dziennikarz „The Wall Street Journal".

I choć skala relacji handlowych między Rosją a krajami latynoskimi nigdy nie dorówna ich kontaktom gospodarczym ze Stanami Zjednoczonymi, to poprzez sprzedaż broni czy zacieśnianie relacji politycznych Moskwa stwarza realne zagrożenie dla interesów USA. Rywalem gospodarczym Kremla pozostają natomiast Chiny. Między 2006 a 2016 r. handel Pekinu z Ameryką Łacińską wzrósł o ponad 200 proc.

Państwo Środka ma obecnie status głównego partnera handlowego Brazylii, Chile i Peru, a jego obroty handlowe z całym regionem wynoszą ponad 260 mld dol. (dla porównania wartość wymiany handlowej Rosji z Ameryką Łacińską wynosi 19 mld dol.). Na zachodniej półkuli Pekin i Moskwa zarówno ze sobą współpracują, jak i współzawodniczą. Oba kraje łączy chęć rozbicia hegemonii Stanów Zjednoczonych. Dzieli natomiast m.in. sprawa dostępu do złóż ropy i gazu. Nie da się jednak wykluczyć, że w końcu postanowią działać razem.

– Byłoby naiwnością myśleć, że takie rozmowy nie są prowadzone – dodaje Forrest. W takim przypadku USA znalazłyby się na przegranej pozycji. W pojedynkę rosyjski niedźwiedź i chiński smok nie mają szans z amerykańskim orłem. Razem mogą go jednak pokonać.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA