Plus Minus

Każdy słucha lekkoducha

Fotorzepa, Adam Burakowski
Jeden z twórców powiedział mi niedawno, że nadeszły czasy, gdy twojej muzyki będą słuchać, pod warunkiem że będą chcieli być tacy jak ty. W wypadku Taco Hemingwaya działało to od początku, gdy jeszcze pakował się w dziwne relacje międzyludzkie i opróżniał butelki w sercu warszawskiego targowiska próżności.

Raper zaprezentował już w tym roku płytę „Soma 0,5 mg". Przygotował ją z kompanem Quebonafide, a niezależne wydawnictwo okryło się podwójną platyną i zainicjowało ogólnopolską trasą koncertową po obiektach z progami zbyt wysokimi nawet jak na hiphopowe nogi. Mówiąc językiem hip-hopu: hajs się zgadza, w dodatku Taco Hemingway gra na własnych warunkach. „Nie biorę hajsu od EB, nie biorę hajsu od Coli" – rymował, co krępowani umowami reklamowymi koledzy po fachu odebrali zresztą jako przytyk. Nie jest na łasce mediów, którym notorycznie odmawia wywiadów – stąd też może, nieco przekornie, wywiadowa forma nowego materiału. Taco może robić dokładnie to, co mu się podoba, choćby czytać Gombrowicza, oglądać Kubricka, pić wino i znienacka wrzucić płytę do internetu w piątek trzynastego.

A zatem „Cafe Belga". Co serwują w tej kawiarni? Aromaty są znajome, ale na szczęście już nie tylko calimocho, chorizo i autotune'a. Przede wszystkim barista nie przegląda się ciągle w lustrze, nie jest taki zmanierowany i znudzony; koncentruje się na tym, co poda. Przestał być antypatyczny i zasłaniać się tym, że jest „z pokolenia, które nie ma nic do powiedzenia", żonglować nazwami marek i nawet jeśli nazwę producenta telefonu powtarza cztery razy, to służy to opowieści, sentymentom. Kiedy paryskie Champs-Élysées w utworze dzielą od stołecznej Marywilskiej (gdzie jeździ się po tanie, wietnamskie ciuchy i najlepszą zupę pho) trzy słowa, to czuć, że wrócił ten szlajający się po mieście chłopak z pierwszych płyt: świetny narrator z „Trójkąta warszawskiego" i kąśliwie obserwujący prekariusz z „Umowy o dzieło". Taco Hemingway znów jest ludzki i znów trudno go nie lubić.

Nowa płyta Taco Hemingwaya nie służy temu, żeby się pobudzić – poi nas słodko-gorzkim życiem, a wersy są jak ciasteczka – aż się proszą, żeby je schrupać. Na „Cafe Belga" procentują w końcu stare znajomości. Etatowy producent Rumak, na początku dyskografii surowy, później piętnowany za zapożyczenia – na własnych błędach nauczył się, jak być na czasie, pozostając sobą. Borucci da się zapamiętać z oszczędnych, ładnie brzmiących synthów w „ZTM" i z udanego tym razem implementowania rytmicznej egzotyki. Warsztatowo rozwinął się sam Taco, na zeszłorocznym „Szprycerze" uczniak niewprawnie podpatrujący zabiegi amerykańskich raperów, teraz raper swobodnie wtrącający przyspieszenia, jeszcze kulejący w refrenach, ale już nie w śpiewnych zwrotkach. Melodyjne wejście we „Wszystko na niby" jest najlepsze na płycie.

„Słuchają nas w korporacjach oraz podstawówkach / słucha twój dziadek, kumpel, babcia, kuzyn, matka, córka" – rapuje Hemingway. Nie chełpi się, raczej odszczekuje krytykantom. Syny, mikrofenomen w alternatywnym hip-hopie, na łamach „Noise Magazine'u" porównały Taconafide do Norbiego. Pisarz i dziennikarz Jakub Żulczyk demaskował go na swoim profilu facebookowym: „brak oporów przed wyczesaniem z kieszonkowego wszystkich polskich gimnazjów za pomocą populizmów i nieszczerości przebijających nawet Petru ze Schetyną".

Nie chcę pisać, że raper dojrzał, bo to jedno z wszechobecnych „dorosłych dzieci", które jednym okiem patrzą na Gryffindor, drugim na Modiglianiego. Matka jeszcze długo będzie go pytać „kiedy zacznie pisać o czymś" i w tym jego urok. Ale to przestało być jak u Czerwonych Gitar – dozwolone do lat 18. Taco znów jest nabitą sprytnymi grami słownymi i spostrzeżeniami bronią masowego rażenia. A my chcemy być trafieni. ©?

Taco Hemingway, „Cafe Belga", Taco Corp

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL