fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Pesymizm peryferii

Plus Minus, Mirosław Owczarek
Fundament dzisiejszego dekalogu europejskiego stanowi antyfaszyzm. Nasze środkowoeuropejskie doświadczenie dwóch totalizmów i znaczenia wspólnoty nie zostało ani uwzględnione, ani nawet zrozumiane.

Wiosną tego roku podczas obrad Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy miałem okazję śledzić zajmującą, choć zapewne nierzadką sytuację. Brytyjczycy wprowadzili pod obrady kwestię sylwestrowych zajść w niemieckich miastach. Zaproponowali prosty tekst rezolucji: kto to zrobił, jaką metodą, jak nie zareagowały media i jakie wnioski z tego trzeba wyciągnąć. Po dwóch dniach pracy w komisji przedstawiono rezolucję już zupełnie inną: okazało się, że wina wynika z wielowiekowych nierówności między kobietami i mężczyznami, ważne jest konsekwentne wdrażanie konwencji antyprzemocowej, a media co prawda powinny informować, lecz najważniejsze jest niestygmatyzowanie żadnych grup. Nawet nie napisano, że chodzi o uchodźców, emigrantów czy Arabów.

To nie była zła wola: zebranym naprawdę niełatwo było brytyjski tekst przerobić, tym bardziej że komisja kierowała się, jestem o tym głęboko przekonany, szukaniem kompromisu i „języka dobra". Dlaczego dla mnie – a nie byłem odosobniony – brzmiało to fałszywie? Czy moja wrażliwość, moje pojmowanie rzeczywistości są aż tak inne?

Zdaję sobie sprawę, że jeśli nie pojmiemy źródła tych różnic, nie zrozumiemy („my", czyli w tym przypadku większość parlamentarzystów z krajów postkomunistycznych) kolejnych wyborów dokonywanych przez elity starej UE. Co więcej, obawiam się, że wobec kryzysu instytucjonalnego Brukseli i rozpadu europejskiej solidarności, ograniczonej w zasadzie do płytkiej reaktywności na kłopoty czołowych przywódców europejskich, możemy zostać – np. jako państwa wyszehradzkie – potraktowani jak kozioł ofiarny: to na nas zwali się winę. Inność naszej części Europy uczyni nas podczas kryzysu szczególnie widocznymi.

To w sumie nic dziwnego, bo przypomnę (za lewicowym bułgarskim politologiem Iwanem Krastewem), że demokracja jest ustrojem, który w znacznej mierze opiera się na zbliżonej równości doświadczeń obywateli. Doświadczenie środkowoeuropejskie poprzez swą inność może stać się źródłem nieporozumień: przykładem choćby różne rozumienie projektu Nordstream 2. Fundamentalną różnicę między naszą częścią Europy a Zachodem chcę jednak ukazać, analizując frazę „europejskie wartości". Często słyszymy, że w walce z terroryzmem nie możemy zrezygnować z naszych europejskich wartości, często pisze się, że Polska i Węgry sprzeciwiają się tym wartościom, a Czesi niezgadzający się na kwoty uchodźców nie tylko depczą istotę solidarności unijnej, ale i wartości. Jakie one więc są i czy przypadkiem w ich innym definiowaniu nie leży istota nieporozumień?

Można by sądzić, że tzw. europejskie wartości to system dóbr i wartości duchowych wynikających z chrześcijaństwa, uzupełniony (trochę w opozycji do niego) tradycją XVIII-wiecznego oświecenia. Na potrzeby zeświecczonego społeczeństwa europejskiego można byłoby je określić terminem „trochę więcej niż prawa człowieka i obywatela". Trochę więcej, gdyż obok niezbywalnych praw są tam także niedefiniowalne obowiązki, chociażby wzmiankowana już solidarność.

Postchrześcijaństwo

Osobiście jest mi blisko do definicji brytyjskiego konserwatysty Scrutona, definiującego Europę i jej kulturę jako „przestrzeń wybaczania i autoironii". Dziedzictwo chrześcijańskie każe mi uzupełnić to o wartość indywidualnego wstydu. Przedstawiciele parlamentów narodowych w Radzie Europy w większości jednak tej przestrzeni tak nie definiują. Widać to, gdy się ogląda europejskie telewizje i czyta czasopisma wydawane na naszym kontynencie. Przecież wstyd nie jest możliwy bez dumy, a duma w Europie właściwie jest zakazana. Jeżeli już wstyd – to nie indywidualny, lecz zbiorowy, jako przeprosiny za kolonializm, chrześcijanocentryzm, antysemityzm.

Również wstyd zbiorowy – z częstym uderzaniem się w nie swoje piersi. Wstyd indywidualny jest rozmyty brakiem wcześniejszej winy, którą i tak łatwo tłumaczy się czynnikami zewnętrznymi, zazwyczaj społecznymi. Same prawa człowieka też traktowane są wybiórczo: dowodem choćby coraz częstsze ograniczanie praw religijnych chrześcijan (zakazy eksponowania w przestrzeni publicznej choinek czy żłobków), wyszydzanie osób wierzących i ucieczka od kultury chrześcijańskiej, czego przykładem była decyzja o niewpisaniu dziedzictwa chrześcijańskiego jako fundamentu Europy do konstytucji.

Wartości te zostały celowo rozmyte: stworzono system, w którym w zasadzie wszystko można, system stojący pożądliwym konsumentem i obywatelem bez zobowiązań. Korporacje i „lobby zła" narzuciły opłacalną dla nich pustkę. A jednak twierdziłbym, że wśród europejskich parlamentarzystów, brukselskich urzędników, dziennikarskiej śmietanki, ale i u wielu aktywnych politycznie i społecznie obywateli UE odwoływanie się do europejskich wartości nie jest oszustwem. Większość z nich, mimo wielkiego dystansu do chrześcijaństwa, nie podpisałoby się pod tezą, że wszystko można. Dla zrozumienia trzeba przyjąć do wiadomości prawdziwość ich wiary w europejskie wartości, mimo że definiują je w inny sposób niż ja.

Czym są więc te „ich" wartości? Kształt takiej definicji wynika z paradoksalnego faktu, że faktycznym zwycięzcą w drugiej połowie XX wieku w Europie okazali się Niemcy. O ich potędze świadczy nie tylko pozycja gospodarcza, wchłonięcie NRD i stworzenie tym samym najludniejszego kraju UE, nie tylko faktyczne przywództwo i odpowiedzialność za UE czy możliwość podporządkowania sobie innych krajów (sprzedaż obligacji włoskich przez Deutsche Bank i upadek rządu Berlusconiego, wykupywanie greckiego majątku). To także system wartości narzucony reszcie. System wartości będący wynikiem wojennej traumy, intelektualnego wysiłku niemieckich elit i amerykańskiego moralnego przymusu. Ten system wartości nazwę po prostu antyfaszyzmem.

My, Europejczycy?

Tymczasem nad Europą nadal ciąży cień Hitlera, II wojny światowej i Holokaustu i to on, często nieświadomie, kształtuje sumienia wielu obywateli i polityków Niemiec, Beneluksu i Francji. Często stamtąd słyszymy, że 70 lat pokoju w Europie to zasługa UE. Nasza bardziej wschodnia Europa chętniej podpisałaby się pod stwierdzeniem, że przed atomową katastrofą Europę uchronił podatnik amerykański, a zasługą UE jest zminimalizowanie konfliktów wewnętrznych, co po części zostało związane z samozadowoleniem obywateli z szybkiego rozwoju gospodarczego z drugiej połowy XX w. Co więcej, towarzyszyły temu częste, bezmyślne próby samorozbrojenia (chociażby protesty przeciwko pershingom w latach 80.), które, gdyby nie USA, prowadziłyby do kapitulacji wobec ZSRR.

Dlaczego zatem Bruksela wierzy w UE jako gwaranta bezpieczeństwa? Nie tylko wzmacnia to jej legitymizację i pozwala budować plany dalszej integracji, ale przede wszystkim daje poczucie sukcesu moralnego. Salon europejski zdaje się mówić: „My, Europejczycy, wyciągnęliśmy wnioski z ludobójstwa, katastrofy ludzkich wartości z lat 1939–1945. Zrodzone nieszczęście powstało z niemieckiego nacjonalizmu i przekonania, że lepsi (Niemcy) mogą zabijać gorszych, by stworzyć przestrzeń życiową dla swoich, silniejszych, mądrzejszych. To niemiecki nacjonalizm zhierarchizował ludzi i gdzieś na dnie umieścił Żydów oraz Romów. Gdyby nie niemiecka duma i pogarda dla innych, wojny by nie było".

W efekcie tego rozumowania Niemcy jeszcze do niedawna uciekali od jakiejkolwiek dumy i tożsamości. Pamiętam, jak podczas mojego pierwszego wyjazdu na Zachód wykształcony, młody Monachijczyk tłumaczył mi, że przede wszystkim jest Europejczykiem, potem Bawarczykiem, a na samym końcu Niemcem. Był zdziwiony, że dla mnie pierwszą przestrzenią samoidentyfikacji po chrześcijaństwie jest polskość.

Oczywiście nacjonalizm końca XIX wieku i kilkudziesięciu pierwszych lat XX wieku był niebezpieczny. Grzeszyli Anglicy, niosąc „brzemię białego człowieka" , Francuzi oraz Belgowie w środkowej Afryce i Rosjanie na dalekiej Syberii – a nawet Polacy z rojeniami o spolszczeniu Ukraińców i Białorusinów. Często stała za tym przemoc, przyczyny ekspansji były w znacznej mierze natury ekonomicznej. Co gorsza, na przełomie XIX i XX wieku nie mamy już do czynienia z nacjonalizmem prostackim, lecz naukowym: wstrząsająco opisuje to Sven Lindqvist w eseju „Wytępić całe to bydło".

Prawda o przewrocie darwinowskim została uznana za zasadę rządzącą światem. Dodano do niej wygodną dla zdobywców tezę, że wszystko, co żyje, można wyćwiczyć przez karę i garść wniosków z filozofii Nietzschego. To wszystko uległo uproszczeniu i zwulgaryzowaniu przez dziennikarzy, polityków i dowódców wojskowych. Skoro jesteśmy mądrzejsi, to wynika to z doboru naturalnego, a zatem decyduje prawo silniejszego. Barbarzyństwo masowych mordów (Kongo), pierwsze obozy koncentracyjne (wojny burskie) były pośrednio budowane na takiej naukowości. To prostackie uproszczenie nauki prowadziło do eugeniki i nie przypadkiem najbardziej światłe kraje Europy (wstrząsający opis tych praktyk znaleźć można w słynnej już książce Macieja Zaremby Bielawskiego „Higieniści. Z dziejów eugeniki") zdecydowały się na eliminację „niegodnych życia" obywateli swoich krajów pod wzniosłym i naukowym hasłem uszlachetniania narodu.

Hitler tylko wyciągnął z wcześniejszych doświadczeń ostrzejsze, bardziej konsekwentne wnioski. Dostrzegł też konflikt tak rozumianej naukowości z chrześcijaństwem i w efekcie także tej religii wypowiedział wojnę. Nawiasem mówiąc, polskim najbardziej znanym zwolennikiem eugeniki był Tadeusz Boy-Żeleński, który został rozstrzelany jako elita „gorszego, słowiańskiego narodu" we Lwowie w 1941. Dziwić mogą jedynie próby łączenia intelektualnych prób unaukowienia wszystkiego (aż po eksperymenty medyczne w Auschwitz) z okultyzmem i gnozą. Wytłumaczenie wydaje się proste: niezniuansowane zrozumienie nauki jest pseudoreligią, jest wiarą, a gdy nie wystarcza rozumu, musi to prowadzić do „uzupełnienia metafizycznego" w gnozie.

Osobną kwestią jest pytanie o wagę słowa „socjalistyczna" w nazwie NSDAP. Hitleryzm był projektem przebudowy społecznej, wychowania nowego człowieka i lewicowej potrzeby podporządkowania kultury temu celowi. Początkowy sojusz ze Stalinem nie był jedynie taktycznym manewrem, lecz szczerym podziwem okrutności wodza radzieckiego w budowaniu nowego świata.

Urawniłowka

A jeśli tak – obowiązująca na Zachodzie narracja traktująca o korzeniach Zagłady, sprowadzająca rzecz do nacjonalizmu, jest nieprawdziwa. Nie uwzględniono udziału myśli scjentystycznej i lewicowej – i to uproszczone tłumaczenie „genezy hitleryzmu" zrodziło system wartości wyznawany obecnie w Europie.

Jeżeli nacjonalizm prowadzi do komór gazowych, Babich Jarów i palenia miast, trzeba go tropić i niszczyć w zarodku. Takie właśnie rozumowanie prowadzi do akceptowalnych przez wszystkich wniosków: należy umożliwić narodom bliską współpracę, wspierać wymianę młodzieżową, skasować granice, zwiększyć wymianę handlową i współpracę polityczną. Tropiąc jednak zarodki nowego faszyzmu, mówi się zarazem: „najlepiej rozpuśćmy narody niczym cukier w wodzie, akceptując jak w ZSRR jedynie folklor, no, może jeszcze narodową reprezentację w piłce nożnej". Mimo oficjalnych zaklęć o bogactwie różnorodności Europy różnorodność uważa się jednak ze niebezpieczną.

Oczywiście tolerancję, słowo wytrych, można budować mozolnie poprzez własną tożsamość, a potem poprzez dystans do samego siebie oraz swoich grup identyfikacji (scrutonowska autoironia), czyli przemianę prowadzącą do wybaczania poprzez dumę i wstyd. Niestety, można tolerancję budować także prościej: zasypując granice, stosując wszechobecną urawniłowkę. Obawiam się, że europejski system wartości, antyfaszyzm, nie tylko uprościł powody katastrofy środka XX wieku, ale po złej diagnozie serwuje nam leczenie lub profilaktykę na skróty.

Jakie mogą być najważniejsze skutki raz przyjętego „kursu na eliminowanie różnic"? Po pierwsze – więcej władzy w Brukseli/Berlinie. 28 premierów to bałagan, to różne spojrzenie, to niespójność i psucie europejskiego przekazu, to niebezpieczeństwo narodzenia się złego buntu. To dlatego inność Brytyjczyków w Brukseli bardziej irytuje, niż postrzegana jest jako szansa.

Po drugie konieczne będzie wprowadzenie kordonu sanitarnego wokół partii prawicowych plus (tak definiuję wszystkie ugrupowania na prawo od CDU), uznawanych za zarodki przyszłego faszyzmu. Skoro NSDAP wygrało demokratycznie wybory, to się to może powtórzyć, co z kolei oznacza konieczność eliminowania u podstaw wszelkich partii z dumą narodową na sztandarze. Siłą rzeczy centrum (Bruksela) żywi większe obawy wobec nowych, młodszych braci w UE niż wobec dojrzałych demokracji, chociaż paradoksalnie to właśnie tam działają naprawdę niebezpieczne i cieszące się znaczącym poparciem partie nacjonalistyczne i populistyczne. W naszej części Europy ostro nacjonalistyczny jest w zasadzie tylko węgierski Jobbik.

Po trzecie – umacnia się mit wszechwładzy wychowawczej i propagandowej. Sukces propagandy, która potrafiła wyprać mózgi narodowi filozofów, uczy współczesną Europę, że „nasze europejskie wartości" uda się wtłoczyć w system szkolnej edukacji, a przecież łatwiej stworzyć wizerunek wroga, niż zbudować przekaz pozytywny. Każdy problem europejski, każda rezolucja to apel o lepszą edukację i działania informujące. Tyle że każdy z nas lepiej się uczy, jednak poprzez doświadczenie: jestem przekonany, że mimo przyjętej rezolucji Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy Niemcy z Kolonii nie będą postrzegać wydarzeń z sylwestra 2015 jako efektu wielowiekowej nierówności w Europie między kobietami a mężczyznami, lecz jako atak młodzieży arabskiej, w tym uchodźców, na niemieckie kobiety.

Elementem różnicującym, zwłaszcza w starej Europie, są religie. Jedną z przyczyn walki i ośmieszania wierzących jest lęk o zderzenie religii. Europejczykom wydaje się, że zderzenie islamu z ludźmi obojętnymi religijnie będzie mniej konfliktogenne niż z chrześcijanami. Zatarcie różnic łatwiejsze jest bez wierzących praktykujących chrześcijan, a ich wyeliminowanie to być może jednocześnie zmniejszenie prawdopodobieństwa sukcesów partii prawicowych plus. Rzeczywiście w zachodniej Europie chrześcijaństwo zostało zepchnięte na margines istnienia medialnego.

Najważniejsza dla stosunku do chrześcijaństwa może się natomiast okazać teza, że próba zrozumienia świata, czyli tęsknota metafizyczna prowadząca do Prawdy, może być początkiem totalitaryzmu. Stąd filozofią antyfaszyzmu jest filozofia dekonstrukcji, postmodernizmu, powszechnej zgody na mądrość etapu (to, co dziś jest wartością podstawową, jutro może być nieaktualne). Narzuca się więc system prawd cząstkowych, chwilowych i indywidualnych. Zapewne stąd ucieczka filozofów od Wielkich Pytań i zabawa językiem i strukturą.

Lewicowa ewolucja antyfaszyzmu

Antyfaszyzm, który zdefiniował się w opozycji do narodu i nacjonalizmu, musi ewoluować w sprzeciwie wobec patriotyzmu i prawicy. Staje się (a może zawsze był?) ruchem lewicowym. Do tego dochodzi zdumiewający zachwyt nad „oswobodzicielem", nad sowiecką Rosją. Skoro to Rosjanie pokonali faszyzm, to antyfaszyzm ma nalot marksistowski. Mimo gigantycznej ewolucji partii socjalistycznych w Europie, ten nalot ciągle istnieje i powoduje, że w starej Europie nikt nie boi się dobrych wyborczych wyników komunistów czy postkomunistów.

W ramach paradygmatu antyfaszystowskiego nie dostrzega się niczego złego czy niebezpiecznego dla demokracji w rządach czy koalicjach komunistów (Dania, Czechy). Niepokój budzi dopiero mocno prawicowy austriacki Jorg Heider z Partii Wolności. Tym można tłumaczyć niemiecką akceptację dla włączenia Zielonych do systemu w latach 70. i odmowę udziału partii głównego nurtu w dyskusji z Alternatywą dla Niemiec.

Marksistowski nalot obowiązujących w Europie wartości tłumaczy łatwość przejścia naszych byłych komunistów na pozycje najlepszych Europejczyków (doceńmy, że nasi i tak są bardziej narodowi w formie niż węgierscy). To tłumaczy ich szybki skok z marksizmu w postmodernizm. Tym nalotem można też tłumaczyć otwartość salonów europejskich wobec postkomunistów.

Wspomniałem już o odmienności stanowiska brytyjskiego: może wspólnota językowa ze Stanami Zjednoczonymi i brak okupacji spowodowały – mówiąc w pewnym uproszczeniu – że maccartyzm był silniejszy niż antyfaszyzm? W naszej postkomunistycznej Europie żywimy lęk zarówno przed faszyzmem, jak i komunizmem. Mamy przekonanie, że kultura narodowa i religia pozwoliły nam ocalić naród i naszą godność, a w końcu odzyskać niepodległość. W przeciwieństwie do starej Europy mamy świadomość historycznych sytuacji granicznych, naoczne doświadczenie ludobójstwa (każdy ma w rodzinie kogoś, kto widział śmierć zmultiplikowaną), a co za tym idzie przekonanie, że niepodległość to bardziej wyjątek niż reguła, oraz świadomość możliwości nieistnienia całej wspólnoty (mocniej taka świadomość występuje tylko w Izraelu).

Uczuleni jesteśmy po komunizmie na nowomowę, jesteśmy wyposażeni w mechanizm obronny, który pozwala nam przyjmować propagandę tylko naskórkowo. W efekcie nie rozumiemy narzecza brukselskiego. Po 1989 roku doszlusowaliśmy do świata, w którym według Jonathana Sacksa „jest więcej możliwości, ale mniej sensu", gdzie „jak" jest ważniejsze od „dlaczego". I chociaż liberalny walec trochę nas zmiażdżył, to choćby na zasadzie bólu fantomowego tęsknimy za sensem. Czasami próbujemy się dostosować, mówimy „tylko polityka ciepłej wody, ona nie jest faszystowska".

Owszem, to jedna z możliwych metod działania politycznego: szukanie akceptacji za wszelką cenę w celu zwiększenia naszego bezpieczeństwa. Nie potępiam tego w czambuł. Tyle że Europa i tak chwali nas nie z wyrachowania, ale z przekonania. Zarazem wciąż boi się o nasz zakątek, bo mimo obowiązującego mitu o równości wszystkich kultur i narodów patrzy się na nas z góry. Nasze odmienne doświadczenia historyczne sprawiają, że z perspektywy starej Europy powody do obaw ciągle istnieją. Po prostu nie sprostaliśmy europejskim wartościom, które były efektem amerykańsko-niemieckiej pracy po wojnie, pracy, która w efekcie, jak zawsze u Niemców, jest albo gorąca, albo zimna.

My, Polacy, ze swoim anarchizmem czy Czesi ze swoją ironią – jesteśmy siłą rzeczy zbyt letni. Za mało antyfaszystowscy. Nie sprostaliśmy wartościom.

Liberalizm triumfujący

W ramach wyciągniętych w Niemczech po wojnie wniosków nie tylko uznano za zło nadmierną miłość do narodu, lecz i zbyt dużą rolę wspólnoty. Ta diagnoza torowała drogę dla demokracji liberalnej, ze wszystkimi skutkami ustawowymi dla praw obywatelskich w zderzeniu z państwem, z preferencjami dla jednostki ludzkiej. Liczy się indywidualność, wolność osoby ludzkiej, jej godność i jej możliwość (zagwarantowana prawnie) powiedzenia państwu „nie" .

Na pierwszy rzut oka to symbioza personalizmu chrześcijańskiego i demokracji liberalnej, rozumianej jako zestaw mechanizmów prawnych i zwyczajów ograniczających tyranię większości wobec jednostki. Ta symbioza jest jednak pozorna, gdyż w personalizmie wolność jest bardziej zadana niż dana. Pozorna, bo wolność i godność, cel życia jednostkowego odkrywany jest we wspólnocie i poprzez wspólnotę. I dlatego że demokracja liberalna poszła w kierunku podejrzliwości wobec wspólnot, przede wszystkim religijnym, które mają zawłaszczać jednostkową wolność i szczęście. Uważam, że demokracja liberalna przeakcentowuje wolność jednostki kosztem narodu, parafii, a nawet rodziny. To błąd antropologiczny, to niezrozumienie natury ludzkiej, to rozmontowanie przyjaznego, ciepłego otoczenia, które pozwala nam z nadzieją wchodzić w życie i podejmować wyzwania nie z mocy obowiązku prawnego, lecz imperatywu moralnego.

Chciałbym być dobrze zrozumiany: instytucje demokracji liberalnej są wielkim zwycięstwem, trzeba jednak 70 lat po wojnie się zastanowić nad ich minusami i nad tym, na ile uproszczona odpowiedź na zło hitleryzmu była wylaniem dziecka z kąpielą, na ile, skupiając się na zwalczaniu niebezpieczeństwa zła wewnętrznego, będziemy w stanie wygrać, gdy zagrożenie będzie zewnętrzne.

Do długofalowych efektów niesprawności liberalnej demokracji w zderzeniach cywilizacyjnych zaliczyć wypada, przede wszystkim, demontaż wspólnoty, w tym rodziny: ustawia to nas na przegranych pozycjach demograficznych względem Azji.

W dłuższej perspektywie taka postawa niszczy założenia demokracji jako troski o dobro wspólne, gdyż zmniejsza minimum obowiązków demokratycznych, prowadzi do hedonizmu obywatelskiego, tzn. przewagi praw nad powinnościami. To czyni nas bezbronnymi względem społeczeństw gotowych do poświęceń (świat islamu).

Narastać będzie dylemat między potrzebą ochrony życia i zdrowia a maksymalizacją wolności obywatelskich. Co więcej zaś, zimny, prawy koncept „demokracji liberalnej" służyć będzie wzmocnieniu konsumpcyjnego, ekonomicznego wymiaru naszego człowieczeństwa. W sytuacji wyczerpania się modelu wieczystego wzrostu dochodu przekonanie, że demokracja to trwały sukces, i narastający lęk przed polaryzacją, zwiększają ryzyko niepokojów społecznych i zmniejszają szanse na autokorektę demokratycznego systemu. To osłabia Europę w obliczu nadciągającej dekoniunktury gospodarczej.

Oczywiście przestrzeń, jaką stworzyła demokracja liberalna, umożliwiła dokonanie wielu odkryć naukowych. Przyczyniła się ona (obok chrześcijaństwa) do wyrównania szans kobiet, ułatwienia mniejszościom poszukiwania własnej tożsamości. Przyniosła nam 70 lat prosperity i praw człowieka w naszej części świata.

Być może demokracja liberalna i tak doszłaby do głosu jako ostateczna konsekwencja demokracji, rozszerzenie jej na wszystkich obywateli, źródło późniejszego buntu mas i elit (Jose Ortega y Gasset i Christopher Lasch). Twierdzę jednak, iż II wojna światowa i jej przemyślenie w Niemczech ten proces przyspieszyły i ukierunkowały. Demokracja liberalna okazała się świetnie pasować jako systemowe uzupełnienie antyfaszyzmu.

Upokorzeni Niemcy, pełni poczucia winy, odreagowali wojnę hipermoralnością; tropieniem zła i „ograniczaniem pól konfliktu", czyli minimalizowaniem wspólnych wartości. To utorowało drogę do pustki i hedonizmu. Przedtem jednak siła ekonomiczna, intelektualna, ale i żar moralny Niemiec narzuciły Parlamentowi Europejskiemu, Radzie Europy i czołowym mediom nowe moralne kamienne tablice, na których napisano, że tolerancja ma nas ocalić.

Czy w naszej części Europy mamy odwagę powiedzieć, iż nasza wrażliwość to szansa, a nie zagrożenie? Czy stara Europa spróbuje naprawdę nas zrozumieć?

Na razie jest inaczej. Europa nie chce powtórki lat 40. ubiegłego wieku. Stoi więc u wejścia do jaskini i zabija polityczną poprawnością, sankcjami, rezolucjami wszystko, co mogłoby w przyszłości zawęzić demokrację liberalną i europejskie wartości rozumiane jako antyfaszyzm. Europa nie chce zrozumieć, że złe zdefiniowanie przyczyn europejskiej katastrofy sprzed 75 lat spowoduje, że zagłada przyjdzie z drugiego końca jaskini. Być może za sprawą lewicowego pacyfizmu, naiwności i braku zrozumienia prawd o naturze człowieka lub nieograniczonego rozwoju techniki i biotechniki? Być może zginiemy za sprawą nazbyt szczegółowego prawa, które nie uchroni naszego życia, ale pomoże naszym wrogom. Czy peryferie, jak kiedyś mnisi irlandzcy, uratują kulturę europejską? Czy stać nas na przekonanie Europy do obrony drugiego wejścia do jaskini, skoro nie rozumiemy brukselskiego narzecza, a czasami nawet się nim brzydzimy?

Obawiam się, że naszą sytuację zdefiniował już przed laty Konstandinos Kawafis w wierszu „Czekając na barbarzyńców". Jego bohaterami są senatorzy, którzy nie uchwalają praw, konsulowie, którzy tylko się stroją, retorzy, którzy nie wygłaszają oracji. Nikomu się już nic nie chce, republiki jako troski wspólnej już nie ma. Dlatego Kawafis mówi: czekamy na barbarzyńców. Oni byliby jakimś rozwiązaniem.

Autor był w latach 80. działaczem opozycji, a w latach 2001-2011 – wiceprezydentem Wrocławia. Zasiada w Radzie Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Obecnie jest senatorem niezależnym

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej":

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA