fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Afryka, porzucona kolebka

Ramzes III masakruje Nubijczyków (rekonstrukcja fresku dokonana przez Champolliona). Początek niszczenia Afryki przez kraje ościenne
Bridgeman/PhotoPower
Gdyby ktoś był w stanie w roku 2000 przed narodzeniem Chrystusa zbudować wokół Afryki ogromny mur oddzielający ją od reszty planety, dziś istniałyby tam duże, dobrze zorganizowane państwa zarządzane przez wykształcone elity.

Jakiś czas temu miałem okazję przemawiać na konferencji poświęconej ubóstwu, gdzie referowałem tezy mojej najnowszej książki „Foragers, Farmers and Fossil Fuels" („Zbieracze, rolnicy i paliwa kopalne"), w której opisuję, w jaki sposób przez ostatnich 20 tysięcy lat zmieniały się zasoby energii, formy organizacji społecznej i systemy wartości ludzkich.

Dyskusja po wykładzie rozwijała się nadzwyczaj zadowalająco aż do momentu, w którym pewien wybitny politolog zadał mi pytanie: „A co z Afryką?". Musiałem wyglądać na mocno zaskoczonego, ponieważ zdecydował się rozwinąć swoją kwestię, dodając: „Do Afryki nie stosuje się żadna z prawidłowości, o których pan wspominał. Rozwój Afryki od dawna stanął w miejscu. Jak mógłby pan to wytłumaczyć?".

Jedną z przyczyn mojego zdumienia był fakt, że niedługo wcześniej uczestniczyłem w innej konferencji, podczas której ceniony demograf wywodził ze swadą, że Afryka w żadnym razie nie utknęła w swoim rozwoju. Wręcz odwrotnie – twierdził – kontynent ten właśnie zaczyna brać sprawy w swoje ręce, a kolejnych 100 lat uznać można będzie za stulecie Afryki.

Im dłużej zastanawiałem się nad tymi wzajemnie sprzecznymi twierdzeniami, tym lepiej uświadamiałem sobie, że większość świata naukowego zagubiona jest w tej kwestii nie mniej niż ja. Oceny sytuacji i perspektyw Afryki Subsaharyjską są głęboko spolaryzowane: mamy do czynienia z teoriami, które bliskie są formule „szklanka do połowy pełna" bądź „szklanka do połowy pusta", twórcy zaś obu dobierają argumenty w ten sposób, by skłonić nas do zachwytu bądź rozpaczy nad przyszłością kontynentu.

Jedna opowieść, dwie interpretacje

Sam fakt, że specjaliści w swoich dziedzinach są w stanie dojść do tak krańcowo rozbieżnych wyników, upewnia mnie, że potrzebujemy nowego spojrzenia, nowej perspektywy. Myślę też, że – jak to nieraz bywa w nauce – obiecuje ją odwołanie się do historiografii analizującej zjawiska z perspektywy długiego trwania.

Rzućmy okiem na najważniejsze fakty, do których odwołują się obie szkoły badawcze. Oceny akcentujące fenomen „szklanki do połowy pustej" rozpoczynają się zazwyczaj od spostrzeżenia, że Afryka Subsaharyjska należy do najuboższych miejsc na ziemi. Wydany przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy raport „World Economic Outlook" na rok 2015 podaje, że średni PKB na świecie wynosi 10 023 dol. na osobę.

Zaledwie jedno z państw Afryki Subsaharyjskiej – Gwinea Równikowa – ma wynik nieznacznie lepszy od tej średniej (12 541 dol.), zarazem jednak aż 11 państw o najniższych wynikach na świecie to kraje afrykańskie, których PKB mieści się między zatrważającym 315 dol. a niewiele lepszym 582 dol. per capita.

W przypadku krajów afrykańskich przychody z produkcji przemysłowej nadal stanowią przy tym równie niewielki odsetek PKB co w latach 70. XX wieku – nawet tam, gdzie miał miejsce rozwój gospodarczy, zyski trafiają w sposób głęboko nieproporcjonalny do wąskiej elity kraju. Korupcja szaleje: od połowy lat 90., kiedy to Transparency International rozpoczęła publikowanie swego indeksu percepcji korupcji (Corruption Perception Index), w gronie 20 państw o najgorszych wynikach kraje afrykańskie są niewątpliwie najsilniej reprezentowane.

Równie zatrważające są dane dotyczące oświaty: zaledwie niespełna dwie trzecie dzieci Afryki Subsaharyjskiej otrzymuje jakiekolwiek wykształcenie podstawowe, przy czym w gronie tym zaledwie jedna trzecia to dziewczynki. W Ugandzie do szkół trafia zaledwie 13 proc. środków przeznaczonych w budżecie na oświatę, statystyczny zaś nauczyciel tanzański jest obecny w szkole tylko przez 23 proc. czasu, który jest zobowiązany przepracować.

Sytuacja w sektorze ochrony zdrowia nie wygląda ani trochę lepiej: ani AIDS, ani ebola nie zostały skutecznie wyplenione, w Afryce Subsaharyjskiej ma też miejsce 90 proc. łącznej liczby zgonów na malarię w świecie. Trudno się temu dziwić, skoro w Czadzie kliniki otrzymują zaledwie 1 procent środków na wydatki medyczne inne niż płace, a tanzańscy lekarze przyjmują pacjentów średnio przez 29 minut dziennie.

Podobnie wygląda jakość rządów i administracji: rzecz jasna nie każdy prezydent afrykański wzoruje się na Robercie Mugabe, jeszcze mniej jest naśladowców Idi Amina, jednak zaledwie 21 proc. wybrańców narodu, którzy przegrali wybory w latach 1960–2010, zrezygnowało ze sprawowania władzy bez walki. W ciągu ostatniego półwiecza doszło w Afryce do ponad 200 zamachów stanu, jest to również kontynent prawdopodobnie w największym stopniu naznaczony przemocą. Tląca się i wybuchająca na nowo wojna domowa w Demokratycznej Republice Konga, która zaczęła się w roku 1996, przyniosła już 5 mln ofiar – co najmniej 15 do 20 razy więcej niż walki w Syrii.

Statystyki te są przerażające i wielu dziennikarzy skupia się na opisywaniu rozmiarów nieszczęścia, jakim dotknięci są mieszkańcy Afryki. A jednak nietrudno znaleźć optymistów, którzy są w stanie przywołać jakieś budujące fakty w odpowiedzi na każde doniesienie, przywoływane przez stronnictwo „szklanki do połowy pustej".

Swoje polemiki zaczynają zwykle od przypomnienia, jak bardzo niejednorodna jest Afryka: na każde Malawi czy Demokratyczną Republikę Konga, rozwijające się w prawdziwie żółwim tempie, przypada co najmniej jedna rozkwitająca Botswana czy Nigeria. Nawet jednak gdybyśmy usiłowali oceniać ziemie położone na południe od Sahary jako całość, nie sposób nie zauważyć, że w ostatnim dziesięcioleciu gospodarka na tym obszarze rozwijała się szybciej niż na jakimkolwiek innym kontynencie, średnio w tempie 5–6 proc. rocznie.

Co więcej, można mówić o pewnych powtarzających się wzorcach rozwoju: w przypadku aż dwóch trzecich krajów subsaharyjskich mamy do czynienia ze wzrostem rzędu 4–6 procent. Aż przez osiem lat ostatniej dekady gospodarki afrykańskie rozwijały się szybciej niż dalekowschodnie, ekonomiści zaś rutynowo już porównują błyskawiczny skok afrykański w początku XXI wieku z sytuacją w Chinach lat 80. ubiegłego wieku.

Korupcja jest z pewnością nadal zastraszająca, zmiany postępują jednak we właściwym kierunku: liczba punktów, jaką otrzymuje przeciętne państwo Afryki subsaharyjskiej w niesławnym indeksie percepcji korupcji, z 27,1 (na 100 możliwych) w roku 2009 wzrosła do 30,3 już w 2014 r. Co zaś najważniejsze – podkreślają optymiści – jak wynika z szacunków Banku Światowego, w latach 2002–2014 PKB na osobę wzrosł aż trzykrotnie.

Podobnie wygląda sytuacja w poszczególnych sektorach życia: Afryka Subsaharyjska ma z pewnością najgorsze służby publiczne na świecie, ale odsetek dzieci uczęszczających do szkół podstawowych wzrósł z 54 proc. w roku 1998 do 69 proc. w 2013; w roku 2020 blisko połowa Afrykańczyków będzie miała ukończoną jakąś szkołę średnią. Od roku 2000 roczna liczba zgonów na malarię zmalała blisko o połowę, a przewidywana średnia długość życia wzrosła z 50 do 57 lat. Do roku 2035 Afryka powinna doświadczyć dużego skoku demograficznego, przy jednoczesnym bardzo korzystnym stosunku ludności w wieku produkcyjnym do dzieci i osób w podeszłym wieku.

Najtrudniej mówić o postępie w przypadku administracji i władzy, nawet jednak w tej dziedzinie można odnotować, że średnia krajów Afryki Subsaharyjskiej w tzw. wskaźniku demokracji (Democracy Index), wyliczanym przez Economist Intelligence Unit, drgnęła z 4,24 pkt (na 10 pkt możliwych) w roku 2006 do 4,34 pkt w 2014 r. Coraz częściej dochodzi do pokojowego przekazania władzy po wyborach, coraz rzadziej mają miejsce zamachy stanu. Jak wynika z danych Instytutu Badań nad Pokojem z siedzibą w Oslo, w roku 1982 w Afryce Subsaharyjskiej toczonych było aż tuzin wojen: w roku 2012 liczba ta spadła do pięciu.

Te liczby mówią same za siebie, stanowią też fundament wielu historii awansu, jeśli nie „od zera do milionera", to przynajmniej od skrajnego ubóstwa do zadowalającej przeciętnej. Trudno jednak uwolnić się od wrażenia, że zarówno optymiści, jak i pesymiści przebierają w danych niczym w bombonierce, wyglądając tych najbardziej odpowiadających przyjętym przez nich założeniom.

W ich wyborach nieraz – w sytuacji gdy analitycy usiłują za wszelką cenę udowodnić, że źródłem wszelkiego zła lub dobra są globalizacja, dziedzictwo kolonializmu bądź Stany Zjednoczone – można się dopatrywać motywacji ściśle politycznych. Tego rodzaju zafałszowania nie mogłyby mieć miejsca, gdyby nie fakt, że Afryka Subsaharyjska stanowi jedyny w swoim rodzaju twór, w ramach którego rozwój, stagnacja i dynamika współistnieją niemal w jednakowych proporcjach i na równych prawach. I właśnie ten fenomen zasługuje na wyjaśnienie.

Sprinterzy i długodystansowcy

Dopiero wówczas, gdy umieścimy dzieje najnowsze Afryki Subsaharyjskiej w perspektywie długiego trwania, będziemy w stanie uświadomić sobie, że zarówno hipoteza „do połowy pustej", jak i „do połowy pełnej szklanki", jest zasadniczo chybiona. Nie ma mowy o Afryce w ślepym zaułku dziejów, nie należy się jednak spodziewać, że kolejnych 100 lat uznanych będzie w dziejach za afrykańskie stulecie.

Przez ogromną większość dziejów Afryka byłą siedzibą najbardziej zaawansowanych w rozwoju społeczeństw z prostego powodu: historia ludzkości zaczęła się na kontynencie afrykańskim miliony lat wcześniej niż gdziekolwiek indziej. Gałąź, na której końcu znajdują się ludzie współcześni, oddzieliła się od drzewa ewolucji i od dróg, którymi podążyła ewolucja innych wielkich małp, około 7,5 mln lat temu, przede wszystkim ze względu na fakt, że to na sawannach otaczających pierścieniem dżunglę środkowoafrykańską pojawiała się największa ilość bodźców i okoliczności, w ramach których przypadkowe mutacje genetyczne prowadzące do rozwoju mózgu były niejako wynagradzane.

Około 1,8 mln lat temu można już mówić o pojawieniu się na obszarze wschodniej i południowej Afryki gatunków praludzi, określanych przez antropologów mianem Homo erectus (człowiek stojący pionowo) i Homo ergaster (człowiek pracujący). Miały one wyraźnie większe mózgi niż inne małpy człekokształtne, nieco przypominały nas wyglądem, prawdopodobnie były w stanie rozpalać ogień, niewykluczone też, że posługiwały się czymś zbliżonym do mowy. Ci ludzie/małpy okazali się tak skuteczni, że Homo erectus/ergaster szerzył się na całym kontynencie, a następnie poza jego granicami, docierając w ciągu 100 tysięcy lat na tereny znane współcześnie jako Indonezja.

W miarę jak ci imigranci kolonizowali kolejne kontynenty, stykali się z nowymi uwarunkowaniami i wyzwaniami, prowadzącymi do kolejnych mutacji, pod których wpływem powoli przekształcali się w zupełnie nowe gatunki. Niektóre z tych gatunków, szczególnie neandertalczycy, których kultura rozwinęła się (najprawdopodobniej w Europie) około ćwierć miliona lat temu, stworzyli najpewniej społeczności o strukturze bardziej złożonej niż ta, z jaką można mieć do czynienia we współczesnej Afryce. Nasz własny podgatunek, Homo sapiens, rozwinął się (z przyczyn, o które nadal toczy się spór w świecie nauki) właśnie w kolebce, jaką była Afryka wschodnia i południowa, około 200–150 tys. lat temu.

100 tysięcy lat temu my, ludzie współcześni, staliśmy się nieporównanie bardziej inteligentni niż jakikolwiek inny gatunek praludzi, a społeczności, które stworzyliśmy w Afryce, okazały się bardziej złożone niż jakiekolwiek inne powstałe do tego czasu w Azji lub w Europie. To zaś raz jeszcze w dziejach stało się przyczyną ekspansji: w momencie, gdy ludzie współcześni rozprzestrzenili się z praojczyzny afrykańskiej na tereny Eurazji, wszelkie inne gatunki praludzi były praktycznie skazane. Na 20 tys. lat przed narodzeniem Chrystusa Homo sapiens wziął był ziemię we władanie.

Podobnie jak inne podgatunki praludzi, w miarę, jak kolonizowaliśmy nowe nisze i obszary, reagowaliśmy na różne sposoby, z jedną istotną różnicą: jako ludzie współcześni byliśmy tak sprawni intelektualnie, że reagowaliśmy na nowe okoliczności, dostosowując do nich nasze zachowania i kulturę, a nie, jak dotąd, czekając dziesiątki tysięcy lat, aż dostosujemy się do nich pod względem genetycznym. Przykład? Kiedy zaczęliśmy przed ok. 60 tys. lat zasiedlać Syberię, nauczyliśmy się, jak szyć okrycia z futer i skór zwierząt, zamiast czekać, aż sami porośniemy sierścią.

Na tyle, na ile potrafimy to dzisiaj stwierdzić, wydaje nam się, że do momentu, gdy świat zaczął się stawać cieplejszy i wilgotniejszy wraz z końcem ostatniej epoki lodowcowej (czyli ok. 15 tys. lat temu), społeczności Homo sapiens zamieszkujące Afrykę były równie złożone pod względem organizacji społecznej jak te grupy, które emigrowały do Azji i Europy. W tym jednak czasie po raz pierwszy możliwe okazało się udomowienie różnych rodzajów roślin i zwierząt – i wraz z tym zjawiskiem zmieniło się wszystko.

Gatunki roślin i zwierząt, które potencjalnie nadawały się do udomowienia, okazały się rozmieszczone na obszarach, które zwykłem określać w wykładach mianem szczęśliwych szerokości geograficznych (lucky latitudes): w Starym Świecie pas tak fortunnych ziem rozciągał się od Chin do basenu Morza Śródziemnego, w Nowym Świecie odpowiadał mu zaś obszar między Meksykiem a Peru.

Uprawę ziemi rozpoczęto na Bliskim Wschodzie prawdopodobnie ok. 9600 lat p.n.Ch. właśnie ze względu na obfitość tamtejszych zasobów. W ciągu kolejnych 3 tysięcy lat sztukę tę opanowali, częstokroć na własną rękę, inni mieszkańcy „szczęśliwych szerokości geograficznych" – ale nie Afryki: w kolebce ludzkości bowiem ilość gatunków potencjalnie nadających się do udomowienia była tak niewielka, że wynalezienie rolnictwa okazało się niemożliwe.

Pod względem genetycznym mieszkańcy „szczęśliwych szerokości geograficznych" i Afryki byli niemal identyczni, od chwili jednak, gdy ci pierwsi rozpoczęli uprawę roli, coraz bardziej oddalali się od swoich pobratymców. Rolnictwo umożliwiło znaczące zwiększenie populacji, to zaś zmuszało ludzi do organizowania się w inny, nieporównanie bardziej złożony niż dotąd sposób. To z kolei prowadziło do podziału pracy, wzrostu bogactwa i ogromnego zwiększenia siły bojowej.

Rolnictwo stało się sprężyną generującą rozwój społeczny: typowym społecznościom przejście od pierwocin rolnictwa do stworzenia pełnowymiarowych osiadłych wiosek zajęło od 2 do 4 tys. lat. Kolejne 1,5–4 tys. lat pochłonęło stworzenie w miejsce rozproszonych wiosek pierwszych państw posiadających miasta i władze, które zazwyczaj opanowały umiejętność pisania. Nie minęło więcej niż 1,5–2,5 tys. lat, gdy niektóre z tych wczesnych, izolowanych państw były w stanie przekształcić się w ogromne, wielonarodowe imperia.

Podkreślić trzeba jednak, że Afryka Subsaharyjska w żadnym razie nie stała się tym samym pustynią, tym bardziej że w niektórych jej zakątkach istniała możliwość udomowienia niektórych gatunków. Najbogatsze zasoby posiadały sawanny Sahelu na południowych obrzeżach pasa pustynnego, gdzie występowały dzikie gatunki sorgo, ryżu i prosa, a obok nich bulwy manioku, orzeszki ziemne i arbuzy. Zasobów tych jednak było mniej i okazały się bardziej rozproszone niż na północy: uprawę roli na większą skalę zaczęto więc tu praktykować dopiero ok. 5 tys. lat p.n.Ch., w momencie, gdy społeczeństwa Bliskiego Wschodu dysponowały już przewagą rzędu kilku tysięcy lat.

Jak dogonić świat?

Począwszy od tego momentu, rozwój Afryki dokonywał się mniej więcej w podobnym tempie co w „szczęśliwych szerokościach geograficznych". Na Bliskim Wschodzie, gdzie uprawę roli rozpoczęto ok. 9600 lat p.n.Ch., pierwsze wielkie państwa zaczęły rozkwitać na terenie Egiptu i Mezopotamii ok. 3500 p.n.Ch. W Afryce Subsaharyjskiej początki państw przypadają na okres między V a XV wiekiem naszej ery: to potęgi Jenne-jeno nad rzeką Niger, Mapungubwe i Wielkie Zimbabwe nad rzeką Zambezi, wreszcie królestwo Konga w Angoli. W tym czasie jednak ludzkość zamieszkująca „szczęśliwe szerokości geograficzne", nieprzerwanie parła naprzód, rozszerzając obszary swojego panowania i podporządkowując sobie mniej rozwinięte społeczności.

Gdyby ktoś był w stanie w roku 2000 p.n.Ch. zbudować wokół Afryki ogromny mur oddzielający ją od reszty planety, nietrudno byłoby obronić tezę, że miejscowe społeczności rozwijałyby się w taki sam sposób jak gdzie indziej. Obecnie na obszarze Afryki Subsaharyjskiej istniałyby więc duże, dobrze zorganizowane państwa zarządzane przez wykształcone elity, a około roku 3000 powstałyby tu zaś zapewne imperia w niczym nieustępujące starożytnemu Rzymowi. W rzeczywistym świecie jednak nie pojawili się budowniczowie tego rodzaju muru, a starsze i lepiej rozwinięte społeczeństwa bliskowschodnie i śródziemnomorskie niezmordowanie wdzierały się na obszar Afryki, odcinając i kolonizując kolejne jej skrawki.

Już 2 tys. lat p.n.Ch. faraonowie posuwali się w głąb ówczesnej Nubii, stanowiącej część dzisiejszego Sudanu. Na przełomie VI i V w. p.n.Ch. Fenicjanie, zamieszkujący obszar dzisiejszego Libanu, zdołali opłynąć cały kontynent. Około roku 600 Bizantyjczycy i oddziały sassanidzkiej Persji rywalizowały ze sobą, dążąc do podporządkowania sobie Etiopii, a w roku tysięcznym arabscy kupcy podporządkowali sobie Saharę, szerząc islam. Wkrótce po roku 1400 Europejczycy stworzyli pierwsze przyczółki na wybrzeżu afrykańskim, niezmordowanie poszukując złota, niewolników oraz chrześcijańskiego królestwa Księdza Jana, które, jak nie przestawano wierzyć przez stulecia, istniało gdzieś w sercu Afryki.

Te interwencje sprawiały, że cząstki Afryki stawały się elementem systemów zdominowanych przez bardziej fortunne społeczności z Północy; dopiero jednak wkrótce po roku 1850 rozwój broni palnej, medycyny i środków transportu osiągnął rozmiary, które pozwoliły Europejczykom wedrzeć się w głąb kontynentu. Od tego momentu Afryka – na dobre i na złe – zaczęła być wprzęgana do światowego systemu gospodarczego. W rezultacie zaś rdzenni mieszkańcy Afryki zostali „przeciągnięci" przez 20 do 30 wieków rozwoju ludzkości w niespełna 150 lat. Żadna społeczność w dziejach nie została przekształcona tak prędko i na tak wielką skalę, jak stało się to w przypadku Afryki.

Jeśli spojrzeć na dzieje z tej perspektywy, można ujrzeć, jakim absurdem jest twierdzenie, że Afryka utknęła w miejscu. Optymiści mają wszelkie podstawy twierdzić, że przemiany, których doświadczała Afryka po roku 1850, były niesłychanie gwałtowne, ich tempo zaś zwiększyło się jeszcze po roku 2000. W świecie istniejącym na południe od Sahary wszelkie uświęcone tradycją, niezmienne dotąd sposoby funkcjonowania społeczeństw zostały starte z powierzchni ziemi; wszystko, co pojawiało się na ich miejsce, stawało się przestarzałe, zanim zdążyło choć trochę okrzepnąć. Świat społeczny okazał się bez reszty płynny.

Pesymiści jednak również mają szczyptę racji, zauważając, że niektóre aspekty życia społecznego w Afryce okazują się mocno zakorzenione w zamierzchłych dla nas czasach. Jak mogłoby być inaczej? Skok przez tysiąclecia dokonany za życia pięciu zaledwie pokoleń musiał być traumatyczny, skłaniając poddane mu społeczności do oporu, sprzeciwu i przemocy.

Należy się spodziewać, że cała paleta tych zjawisk obecna będzie w przewidywalnej przyszłości, towarzysząc błyskawicznemu wbudowywaniu Afryki we współczesny świat, a zarazem trwaniu na jej obszarze przednowoczesnych struktur społecznych; sprzyjać to będzie zarówno rozwojowi społecznemu, jak i wybuchom kolejnych konfliktów. Następnych 100 lat nie okaże się wiekiem Afryki, z całą pewności jednak nie dojdzie również do zapaści kontynentu i jego oderwania się już na zawsze od półkuli północnej. Historia nigdy nie działa w tak prosty, by nie rzec – prostacki, sposób.

—tłumaczyła Małgorzata Urbańska

Urodzony w 1960 roku Ian Morris jest historykiem i archeologiem, wykładowcą historii starożytnej na Stanford University. Już jego pierwsza książka „Why the West Rules – for Now" („Dlaczego Zachód panuje nad światem – na razie") wydana w roku 2010 okazała się bestsellerem; uznana też została za książkę roku, m.in. przez „Newsweeka" (w edycji amerykańskiej!), „Foreign Affairs", „Foreign Policy" i „The New York Times". Zarówno w tym, jak i w kolejnych bestsellerowych tytułach: „The Measure of Civilization", 2013; „War! What Is It Good For?: Conflict and the Progress of Civilization from Primates to Robots", 2014, i ostatniej, „Foragers, Farmers and Fossil Fuels", autor w mistrzowski sposób zestawia dane historyczne, geograficzne i statystyczne (w „The Measure of Civilization" zaproponował nowe rozwiązania dotyczące badań statystycznych nad cywilizacjami), wskazując na głębokie, często nieznane dotąd przyczyny ewolucji społeczeństwa, krajów i kontynentów.

Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA