fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Nic poza nauką nie leczy z lęku

AFP
W okresie komfortu pojawia się pokusa karmienia się złudzeniami i oderwania myśli od rzeczywistości. Złudzenia pozwalały omijać prawdę o śmierci, która była wypierana lub wyolbrzymiana do granic możliwości. Na zdjęciu tymczasowy szpital dla chorych na Covid-19 w centrum wystawienniczym Ifema w Madrycie
Lata postępu naukowego i technologicznego kazały człowiekowi myśleć, że ujarzmił naturę, ograniczając zagrożenie przedwczesną śmiercią. Możliwe jednak, że nigdy nie będzie jej panem. Przynajmniej dopóki nie znajdzie lekarstwa na lęk.

Dzień przed sylwestrem ubiegłego roku mogło się jeszcze wydawać, że żyjemy w złotym wieku. Może lewica narzekała na nierówności społeczne, a prawica na upadek tradycji, ale statystyki były uspokajające. W ciągu ostatnich 200 lat – jak wskazywał cztery lata temu w książce „Nowe Oświecenie" amerykański psycholog Steven Pinker – odsetek osób żyjących w skrajnym ubóstwie spadł na łeb na szyję z 90 do 10 proc. Połowa tego spadku nastąpiła od 1980 r. Świat przechodził kolejne fale demokratyzacji, rosły równość, jakość życia, dostęp do edukacji, i to nie tylko w najbogatszych krajach. Wzrost gospodarczy od 1995 r. w 30 państwach rozwijających się, dawniej zwanych państwami Trzeciego Świata, takich jak Bangladesz, Etiopia czy Rwanda, przekłada się – twierdził Pinker – na podwojenie przychodów per capita co 18 lat.

Warunkiem niezbędnym do korzystania z bogactwa jest oczywiście zdrowie, ale w tym zakresie też nastąpiła kolosalna poprawa, może większa niż we wszystkich innych obszarach. Oczekiwana długość życia w Europie od 1960 r. do 2017 r. wzrosła z 52 do 72 lat. Dane WHO wskazują, że umieralność niemowląt przez 17 lat do 2017 r. spadła z 65 do 27 zgonów na 1000 urodzeń żywych. Wyeliminowaliśmy całkowicie ospę prawdziwą, prawie pokonaliśmy chorobę Heinego-Medina, radzimy sobie z dyfterytem, szkarlatyną i z wieloma chorobami, które jeszcze nie tak dawno niosły masową śmierć.

Historyk Yuval Noah Harari w książce „Homo Deus. Krótka historia jutra" (sprzedaż: ponad 7 milionów egzemplarzy) wtórował Pinkerowi, mówiąc: „Nikt nie może zagwarantować, że jakiś upiorny powrót groźnych plag rzeczywiście nie nastąpi, ale mamy realne podstawy, żeby uważać, że w wyścigu zbrojeń między lekarzami a zarazkami ci pierwsi będą szybsi". Harari zdawał się wierzyć, że rzeczywiście zaczynamy „opanowywać głód, zarazę i wojnę". Roztoczył więc wizję, wedle której w XXI wieku podejmiemy prawdopodobnie próbę osiągnięcia nieśmiertelności, trwałego szczęścia i boskich mocy. Wszystko to dzięki ludzkiemu rozumowi i postępowi.

Świat spał spokojnie, kołysany pieśnią koryfeuszy nowego oświecenia. Pierwsze oznaki wybudzenia z drzemki miały miejsce 31 grudnia 2019 r., kiedy to w Wuhanie, stolicy chińskiej prowincji Hubei, pojawiły się pierwsze przypadki zapalenia płuc o nieznanej przyczynie. 3 stycznia 2020 r. chorowały 44 osoby, w tym 11 poważnie. Dwa dni później pojawił się komunikat WHO na ten temat, jednak organizacja wskazała, że „nie zaleca żadnych szczególnych środków dla podróżnych" i „odradza nakładanie jakichkolwiek restrykcji dotyczących podróży lub handlu z Chinami". To było trzy miesiące temu. Gdzie jesteśmy dziś – wiadomo. Na pewno świat się budzi i nie jest to przebudzenie przyjemne. Jesteśmy bliżej lęku i dalej od zaufania do rozumu niż jeszcze kwartał temu.

Kojąca siła głębokiej wiary

Jaki lęk obudził się w nas pod wpływem pandemii? Jest to przede wszystkim ten najważniejszy, podstawowy: strach przed śmiercią. O tym, że jest on najsilniejszą z ludzkich obaw, mówili wielcy mędrcy różnych epok – od Arystotelesa po Gandhiego. Jest jednak także czymś większym: mówi się, że wszystkie formy lęku są jedynie pochodną lęku przed śmiercią. Każda utrata – zdrowia, pieniędzy, statusu społecznego – jest swego rodzaju małą śmiercią, ubytkiem, przybliżeniem do nicości. Antropolog Ernest Becker twierdzi, że lęk przed śmiercią jest główną siłą napędową wszelakiej ludzkiej działalności. Działalność ta ma na celu uniknięcie fatum śmierci poprzez zaprzeczenie, że to ona jest naszym ostatecznym przeznaczeniem. Tyle tylko, że ostatecznie nie da się temu zaprzeczyć.

Przez lata istotnym sposobem radzenia sobie z obecnością śmierci i łagodzenia lęku były narracje religijne, których istotnym elementem była wiara w życie po śmierci. Jednak badania nie są tu jednoznaczne. Dr Jonathan Jong z Uniwersytetu w Coventry z zespołem naukowców z różnych uczelni przeprowadził systematyczne studium 100 artykułów naukowych prezentujących wyniki badań dotyczących związku między religijnością a lękiem przed śmiercią, przeprowadzonych na 26 tys. osób z różnych stron świata. Wyniki, opublikowane w „Religion, Brain and Behavior" w 2017 r., pokazują, że związek jest skomplikowany. Według 30 proc. badanych osoby religijne w istocie boją się śmierci mniej niż niewierzące, ale 18 proc. wskazywało na odwrotną tendencję: wynikało z nich, że śmierci mniej boją się ateiści. „Może to oznaczać, że ateizm także daje pocieszenie w obliczu śmierci, albo że osoby, które nie boją się śmierci, nie mają motywacji do poszukiwań religijnych" – komentował Jong na stronie internetowej Oxford University. Badanie potwierdziło natomiast, że lęk przed śmiercią łagodzi jedynie religijność głęboka, czyli oparta na autentycznej wierze, a nie na pragmatycznych przesłankach, na przykład na społecznych czy emocjonalnych korzyściach z wiary.

Rzecz w tym, że religijne narracje w ostatnich latach, a nawet stuleciach, stopniowo traciły na znaczeniu. O ile jeszcze kultura przedwojennego Zachodu miała charakter chrześcijański, o tyle dziś można mówić o życiu w świecie postchrześcijańskim. Wiara religijna w świecie zachodnim przestaje być czymś naturalnym, wyssanym z mlekiem matki. Jest jedną z wielu nisz na wolnym rynku idei i konkurujących ze sobą narracji. Nadal jest to nisza duża, ale już nie dominująca. W wielu krajach Zachodu nie jest już wystarczająco silna, aby stanowić podstawę do poradzenia sobie z obawą przed końcem życia.

Antidotum na śmierć i lęk przed nią stało się więc to, co socjologowie nazywają współczesnym projektem – opartym na rozumie i naukowości, łączącym w sobie myśl, technologię i praktyczne działania. Badania wskazują, że łagodząca moc naukowej wizji świata jest podobna do mocy narracji religijnej. „W sytuacjach stresowych ludzie najczęściej zwracają się ku światopoglądom i przekonaniom, które są dla nich najbardziej znaczące" – mówi Anna-Kaisa Newheiser, psycholog z Uniwersytetu Yale. „W świeckiej współczesności jesteśmy skłonni trzymać się przekonań naukowych, w ten sam sposób, w jaki nasi przodkowie zwracali się do bogów". Oczywiście na wspomnianym wolnym rynku idei funkcjonują i rozpychają się coraz bardziej poglądy nienaukowe, wręcz irracjonalne, przybierające postać to „płaskoziemstwa", to „antyszczepionkizmu", to znów – w polskich warunkach – opowieści o „Wielkiej Lechii", jednak nie spowodowały one upadku współczesnego projektu. Pozostaje on główną podstawą funkcjonowania państw i organizacji.

Autorzy „Podręcznika śmierci i umierania" („Handbook of Death and Dying"), ogromnego dzieła pod redakcją socjologa Cliftona D. Bryanta, systematyzującego wiedzę o śmierci pochodzącą z różnych źródeł, piszą, że podłożem współczesnego projektu jest odkrycie jednostki ludzkiej jako podmiotu i próba jego ostatecznego wyzwolenia. Dzieje się tak zwłaszcza tam, gdzie nie mogły tego wyzwolenia dokonać dotychczasowe praktyki grupowe, włącznie z religijnymi. Medycyna i inne dziedziny nauki, technologia, psychoterapia, coaching: wśród ostatecznych celów ich wszystkich istotne miejsce zajmuje odsunięcie śmierci w czasie. Jednak to nie wystarcza. Jak pisałem wyżej – myśliciele tacy jak Harari wskazywali nawet, że wśród wyzwań, jakie podejmie ludzkość w XXI wieku w ramach rozwoju współczesnego projektu, będzie ostateczne stawienie czoła śmierci i rozwikłanie zagadki nieśmiertelności.




Zmagania człowieka z przyrodą

A jednak współczesny projekt zderzył się ze ścianą. Nikt z rozsądnych naukowców nie negował wprawdzie możliwości pandemii, ale powszechnie uważano podobnie jak Harari – że współczesny projekt okaże się szybszy niż zagrożenie. Lawinowy wzrost zachorowań w Europie wskazuje, że tak się nie stało.

Pandemia oznacza, że na wielką skalę wrócił konflikt, który wydawał się w dużej mierze rozwiązany – zmaganie człowieka ze światem przyrody. Lata postępu naukowego i technologicznego kazały człowiekowi myśleć, że jest poza naturą, że ją ujarzmił, przynajmniej do tego stopnia, że udało się wyeliminować ogólnoświatowe zagrożenie przedwczesną śmiercią. Pandemia Covid-19 dowodzi jednak, że ani nie da się człowieka wyabstrahować ze świata natury, ani nie jest on, i być może nigdy nie będzie – jej panem.

Współczesny projekt, jak pisze Bartłomiej Radziejewski w „Nowej Konfederacji", miał wprowadzić całą populację „do monumentalnej cieplarni, strefy wiecznego komfortu, gdzie odwieczny problem niedoboru będzie raz na zawsze rozwiązany". Tak się jednak nie stało. Lęk przed śmiercią jest lękiem przed nieznanym. Obecna sytuacja – kiedy co prawda (piszę to 23 marca), jak się zdaje, udało się opanować rozprzestrzenianie wirusa w Chinach, ale mimo zastosowanych restrykcji liczba zakażeń cały czas rośnie we Włoszech, Hiszpanii i wielu innych państwach – jest sytuacją, w której masy ludzi wystawione są na bezpośredni kontakt z nieznanym.

Fizyk John Ioannidis pisze w „StatNews" o fiasku podejścia naukowego: choć pandemia rozwija się, cały czas podejmujemy – i musimy podejmować – kluczowe decyzje bez wystarczających i wiarygodnych danych. Stawiamy krok w ciemność, żeby nie powiedzieć – w przepaść. Nie możemy przewidzieć konsekwencji przedłużającego się lockdownu i być może coraz dalej idących restrykcji – zarówno na poziomie społecznym, jak i psychologicznym – choćby dlatego, że na skalę globalną nigdy dotąd takie restrykcje nie były stosowane.

Pandemia Covid-19 jest też żywym laboratorium społecznym ze względu na sposób, w jaki jest masowo doświadczana przez społeczność światową. Żadnej poprzedniej pandemii, włącznie z grypą hiszpanką sto lat temu, nie śledziły takie ogromne masy ludzi, jakie dziś śledzą chorobę przy wykorzystaniu nowoczesnych środków masowej komunikacji. Sama obserwacja jest kolejnym czynnikiem globalnej trwogi, a co za tym idzie – dalszego obniżenia zaufania do postępu nauki i techniki. Tryumfują też przeciwnicy globalizacji i społeczeństwa otwartego, na czele z Aleksandrem Duginem, ideologiem Kremla, który twierdzi, że świat może uratować tylko zamknięcie, w każdym sensie: zamknięcie granic, gospodarek narodowych, dostaw produktów.

Czy zatem dla rozumu, będącego podstawą dla dotychczasowego globalnego ładu, nadeszły mroczne czasy? Czy możemy spodziewać się wybuchu nowego irracjonalizmu? Czy zaleją nas nowe ruchy antyszczepionkowe i płaskoziemskie? To jednak wątpliwe, choćby dlatego, że żadna pozanaukowa narracja nie oferuje wybawienia od koronawirusa ani skutecznego lekarstwa na lęk. Bolesną klęskę w czasach pandemii, przynajmniej na gruncie polskim, ponosi Kościół, raczej pogrążony w kazuistycznych rozważaniach (musi być dyspensa czy nie? Komunia na rękę czy do ust? Woda święcona – tak czy nie?) niż dający pocieszenie takie, jakie dawał choćby Polakom uciemiężonym przez komunizm. Nie widać także, mimo rozczarowania nauką, masowego zwracania się w stronę irracjonalnych wyjaśnień. Zwracamy się więc ku racjonalności, bo nie mamy innego wyjścia.



Wierny ogląd świata

Rozumowi potrzebna jest jednak korekta kursu, która zresztą właśnie się dokonuje. W okresie komfortu pojawia się pokusa karmienia się złudzeniami i oderwania myśli od rzeczywistości. Dominowała ona od lat zwłaszcza w świecie zachodnim. Złudzenia pozwalały omijać prawdę o śmierci, która była wypierana lub wyolbrzymiana do granic możliwości. Także świat nauki nie był wolny od różnego rodzaju rojeń. Korekta kursu będzie więc zbliżona do tego, co postulował Edmund Husserl – do powrotu do rzeczy samych, a więc do twardych faktów w miejsce utopii i myślowych konstruktów. Doktor filozofii, Krzysztof Hubaczek, autor książki „Bóg a zło", zapytany o obecną sytuację, mówi: – Jesteśmy uczestnikami wielkich, ponadwyznaniowych rekolekcji, będących spotkaniem z rzeczywistością. Po latach pseudotematów i rozważania „problemów pierwszego świata" stajemy oko w oko z tym, co najbardziej fundamentalne – dodaje. – Odchodząca epoka karmiła się często pseudomyśleniem, fragmentaryzacją świata, koncentracją na tematach brzeżnych i lekceważeniem rzeczywistości – mówi Michał Józef Kawecki, psycholog i terapeuta. – Potrzeba nam dziś myślenia rzetelnego, pozwalającego na panoramiczny i wierny ogląd świata, wolnego od emocji, lecz szanującego i doceniającego ich obecność.

Zarówno zasady religijne, jak i nauka mają odsyłać do rzeczywistości, a nie zatrzymywać na sobie i tworzyć rzeczywistość równoległą. W czasach zmagań z koronawirusem nie ma miejsca na naukę w służbie ideologii i pychę rozumu, który oddzielony od dobra konkretnego człowieka i od faktów staje się czystą grą. Jest miejsce na myślenie ściśle związane z faktami i krytyczne wobec własnych rekomendacji. Jak pisał Czesław Miłosz: „Wierzyć, że się jest wspaniałym i stopniowo przekonywać się, że się nie jest wspaniałym. Starczy roboty na jedno ludzkie życie".

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA