fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Jan Maciejewski: Cyfrowe malarstwo czy duchowe rzeźbiarstwo

AdobeStock
"Piszesz pamiętnik to znaczy stawiasz sobie pomnik/ Dlatego powietrze karmi cię skąpo/ Nie prowadzą niewidzialne ręce". Znam kilka osób, które po przeczytaniu wiersza księdza Twardowskiego, z którego pochodzi ten fragment, zarzuciły prowadzenie pamiętnika. Ale chyba żadnej, która pod jego wpływem – albo pod wpływem tego, o czym opowiada – zlikwidowała któreś ze swoich kont w mediach społecznościowych; pomników bogatszych, piękniejszych i lepiej widocznych niż jakikolwiek pamiętnik świata. Jeżeli się na to decydowali, mówili zazwyczaj o oszczędności czasu albo potrzebie anonimowości.

Jakby obie te rzeczy mogły być wystarczająco mocną walutą, zyskiem, który jest w stanie wypełnić dziurę w budżecie samooceny powstałą po opuszczeniu targowiska próżności, rynku wymiany uwagi. Rozświetlić ciemność, jaka zapada, kiedy zamykają się setki śledzących dotychczas każdy twój krok oczu. Anonimowość nie istnieje, nie będzie już nigdy wartością to, co potrafi się kojarzyć tylko z brakiem i opuszczeniem. Potrzeba czegoś innego, jakichś innych oczu. Czegoś, co nie tyle zastąpi, ile przelicytuje Facebooka i Instagrama; dokładniejszej inwigilacji, jeszcze cierpliwszego adresata intymnych wyznań.




Media społecznościowe nie mają innego godnego siebie rywala poza ideą boskiej opatrzności. Ich wielka, żeby nie powiedzieć: ewangelizacyjna, rola polega na tym, że rozwiały złudzenie samotności, w której można się ukryć i dożyć to życie, zajmując się po prostu swoimi sprawami. Są bogiem zazdrosnym, domagają się cały czas nowych ofiar, nowych treści, k...

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA