fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Ładnie chłopcy grają

Fotorzepa, Grzegorz Rutkowski
Przepis o konieczności udziału w meczu co najmniej jednego młodzieżowca zdaje egzamin.

PZPN wprowadził zasadę, że od nowego sezonu w każdej drużynie na boisku musi przebywać zawodnik urodzony w roku 1998 lub młodszy. Prawdę mówiąc, uratował w ten sposób inny swój przepis, znacznie bardziej kontrowersyjny, znoszący limit zawodników spoza Unii Europejskiej. Argumentów na rzecz konieczności gry młodzieżowców jest tyle samo, co przeciw. Naprawdę zdolny młody chłopak i tak znajdzie miejsce w drużynie, niezależnie od przepisu.

Patryk Dziczek jest podstawowym zawodnikiem mistrza Polski Piasta Gliwice, Maciej Ambrosiewicz Górnika Zabrze, Kamil Jóźwiak (wbił w sobotę bramkę Wiśle Płock), Robert Gumny i Paweł Tomczyk Lecha Poznań, Sebastian Kowalczyk Pogoni, a Karol Fila Lechii. Łączy ich jedno: urodzili się w roku 1998.

Doszli do nich kolejni. Jednym z głównych rozgrywających Rakowa, który w Białymstoku odniósł zwycięstwo nad Jagiellonią, był ich rówieśnik Miłosz Szczepański. Chłopak z Nowego Sącza, nauczony w Legii, gdzie pierwszą drużynę oglądał tylko z trybun. Podobno trenerzy zapatrzeni w „szkiełko i oko" uznali, że chłopak o wzroście 168 centymetrów i ważący 60 kilogramów nie ma czego szukać w ekstraklasie. Ale może wyszło mu to na dobre. Dla większej wyobraźni czytelników warto podkreślić, że są to piłkarze o dziesięć lat młodsi od Roberta Lewandowskiego.

Pierwszą bramkę sezonu strzelił przed tygodniem w Gdyni dla Jagiellonii Bartosz Bida, 18-latek urodzony już w XXI wieku. W sobotę też grał dobrze, zakładał przeciwnikom siatki w pobliżu pola karnego i to nie jego wina, że Jagiellonia przegrała. Skauci białostockiego klubu wypatrzyli go w Rzeszowie, kiedy miał 14 lat. Z Rzeszowa pochodzi też Kamil Antonik (rocznik 1998), który przed tygodniem zawstydził swoją pełną polotu grą starszych kolegów z Arki.

W Zabrzu Marcin Brosz wpuścił na ostatnie pół godziny meczu z Zagłębiem Daniela Ściślaka, urodzonego w roku 2000. Chłopak przeprowadził kilka akcji, a starsi koledzy dają mu wykonywać rzuty rożne i wolne, bo wiedzą, że ich nie zmarnuje.

Raków i ŁKS są największymi wygranymi drugiej kolejki ekstraklasy. Raków wrócił na ten poziom rozgrywek po 21 latach. Zaczął od porażki z Koroną 0:1, ale kapitan Tomas Petrasek powiedział, że drużyna tak bardzo przeżywała awans, że w pierwszym meczu zjadła ją trema. Na dojście do siebie Rakowowi wystarczył tydzień. Wynik 1:0 może sugerować, że w Białymstoku miał szczęście. Nic podobnego, to częstochowianie prowadzili grę, a przynajmniej panowali nad jej przebiegiem.

Pokonali zespół, który wcześniej nie dał szans Arce. Mimo że piłkarze Jagiellonii wiedzieli o golach zdobywanych głową przez dwumetrowego Petraska, nie zdołali mu przeszkodzić. A środkowy napastnik Felicio Brown Forbes, który w ciągu dziewięciu lat profesjonalnej kariery zdążył już zagrać w jedenastu klubach, więc chyba nie jest artystą, robił z białostockimi obrońcami co chciał. Raków wziął go z Korony za darmo. Trener zespołu z Częstochowy Marek Papszun kolejny raz pokazał, że jeśli dobrze ustawi się drużynę na boisku i zna się przeciwnika, to można pokonać faworyta.

Jeszcze lepsze wrażenie zrobił w Krakowie ŁKS. Tydzień temu zremisował z Lechią, teraz pokonał Cracovię i, podobnie jak Raków w Białymstoku, solidnie na to zapracował. W rozpoczynającej mecz jedenastce wybranej przez trenera Kazimierza Moskala znalazło się aż dziesięciu Polaków. Tylko dwaj z nich mieli doświadczenia ekstraklasowe: warszawiak Łukasz Piątek z Polonii, Zagłębia Lubin i Termaliki oraz Łukasz Sekulski z Jagiellonii, Korony i Piasta. Pozostali na tym poziomie rozgrywali dopiero drugi mecz. A spisywali się jak rutyniarze. W walkach z trzecią i czwartą drużyną poprzedniego sezonu ŁKS wywalczył trzy punkty.

Wygrała też Legia, pokazując Koronie, że nawet jeśli prawdziwi piłkarze przez półtorej godziny grają słabo, to trzeba na nich uważać do ostatnich sekund. Właśnie wtedy legioniści zdobyli w Kielcach zwycięską bramkę. Piłkę z autu wrzucał Paweł Stolarski, Jose Kante przedłużył podanie głową, a Walerian Gwilia z bliska kopnął piłkę do siatki. Wcześniej Legia zdobyła prowadzenie po szczęśliwym dla niej „bilardowym" odbijaniu się piłki i strzale Arvydasa Novikovasa. Wyrównał Michal Papadopulos, sprytnie uprzedzając atak Inakiego Astiza.

Aleksandar Vuković przeprowadził sześć zmian w podstawowej jedenastce, w porównaniu z pierwszym meczem, ale jakości gry to nie poprawiło. Legia nadal nie może złapać rytmu, a o jej postawie świadczy fakt, że najlepszym zawodnikiem był obrońca Artur Jędrzejczyk, który niczego nie budował, za to skutecznie rozbijał ataki Korony.

Do niecodziennej sytuacji doszło w Płocku. Trener Leszek Ojrzyński zrezygnował z pracy z powodów osobistych. Pracował w Wiśle, ale w żadnym z dwóch meczów (1:1 z Górnikiem i 0:4 z Lechem) nie zajmował miejsca na ławce, bo odbywał karę. Zastąpi go asystent Patryk Kniat. Na razie, a może na dłużej.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA