fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Michał Szułdrzyński: Pomniki Jana Pawła II i Lecha Kaczyńskiego zamiast refleksji

Fotorzepa, Waldemar Kompała
Przyjęło się uważać, że nadawanie ulicom lub instytucjom imion znanych osób czy odsłanianie ich pomników ma służyć utrwalaniu pamięci o nich. W każdym mieście jest ulica Kościuszki czy Mickiewicza, by wszyscy te nazwiska znali i z czymś kojarzyli.

We współczesnej Polsce coś w tej materii poszło jednak nie tak. Odnieść można wrażenie, że im więcej ktoś ma upamiętnień, tym bardziej zapomniana jest jego myśl. 12 lat po śmierci św. Jana Pawła II jego imię nadano już niemal wszystkiemu, czemu się dało. Prócz ulic mamy szpitale, szkoły, port lotniczy, a nawet hotel imienia Jana Pawła II. Mimo Dni Papieskich i rozmaitych innych imprez myśl wybitnego Polaka wcale nie jest obecna w codziennym życiu, a tym bardziej w polityce. Jakoś nauczaniu polskiego papieża nie służy wszechobecne upamiętnianie jego osoby. Nawet wśród partii, które odwołują się do autorytetu Kościoła, albo instrumentalizuje się świętego, albo jego myśl przemilcza.

Papież nie jest tu wyjątkiem. Obchodzimy właśnie rok Józefa Piłsudskiego, nie ma miejscowości, w której nie byłoby ulicy poświęconej marszałkowi. Jednocześnie nikt nie garnie się do tego, by wyciągać wnioski z błędów, jakie popełnił, ani z nauk, które pozostawił. Weźmy choćby politykę wschodnią i stosunki z Ukrainą.

Polska pomniko- i ulicomania przypomniała mi się kilka dni temu, gdy przypadkiem zobaczyłem w telewizji relację z odsłonięcia tablicy upamiętniającej... wizytę profesora Lecha Kaczyńskiego w koksowni Przyjaźń w Dąbrowie Górniczej. To była już kolejna tego typu uroczystość w ciągu ostatnich dwóch lat. Nie mam wątpliwości, że takie działania to reakcja na utrudnianie wcześniejszych upamiętnień prezydenta Kaczyńskiego. Oczywiście chodziło w nich o politykę – poprzednia władza bała się politycznego znaczenia pamięci o swym konkurencie, który tragicznie zginął pod Smoleńskiem. W efekcie w ówczesnej opozycji tylko rosło przekonanie, że jak kiedyś wróci ona do władzy, to dopiero Lecha Kaczyńskiego upamiętni. I dziś jesteśmy tego świadkami.

Warto tu dodać zastrzeżenie, że uważam, iż tragicznie zmarłemu prezydentowi należy się w stolicy pomnik. Został wybrany w wyborach bezpośrednich przez większość Polaków, zginął w katastrofie nie podczas urlopu, tylko w delegacji, można nawet rzec, że na służbie. Był pierwszym obywatelem, legalnie wybraną głową naszego państwa i z tego tytułu należy mu się szacunek.

Oczywiście tragiczna śmierć nie oznacza immunitetu na krytykę. W wielu sprawach polityka Lecha Kaczyńskiego zasługuje na pochwałę – jego uczulenie na bezpieczeństwo energetyczne, wrażliwość na budowanie sojuszy na Wschodzie z Litwą, Ukrainą, Gruzją, uhonorowanie powstania warszawskiego czy, szerzej, pomysł na politykę historyczną dowodzą, że myślał w kategoriach racji stanu. Jego wizji w tych kwestiach nie ograniczał horyzont prezydenckiej kadencji, dzięki czemu pozostają one aktualne do dziś. Podobnie doceniam jego szacunek dla państwa, dla instytucji i umiarkowanie na tle własnego obozu politycznego. Krytycznym okiem patrzę jednak na prowadzoną przez niego politykę europejską czy niekiedy małostkowość w polityce wewnętrznej.

Sęk w tym, że choć rządzi dziś ugrupowanie zakładane przez Lecha Kaczyńskiego, choć odsłania się jego kolejne pomniki, tablice, nadaje się jego imię ulicom, parkom, mostom czy nawet terminalowi gazowemu, mało kto wprost odwołuje się do tego, co w jego myśli politycznej było ponadczasowe. Może więc trzeba dziś bronić spuścizny Lecha Kaczyńskiego przed tymi, którzy wolą stawianie pomników od refleksji nad jego myślą?

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA