fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Rozważmy wejście do strefy euro

Adobe Stock
Nasza gospodarka ma przed sobą wyzwania typowe dla kraju stosunkowo wysoko rozwiniętego i nie jest konieczne znaczne przyspieszenie tempa wzrostu PKB. Nawet z demografią nie jest źle, jak się często wskazuje.

Taka rocznica jak 100-lecie odzyskania niepodległości skłania z jednej strony do refleksji nad historią, a z drugiej pobudza do myślenia o przyszłości. Inicjatywa redakcji „Rzeczpospolitej", by podjąć rzeczową merytoryczną dyskusję o przyszłości naszego kraju w perspektywie roku 2050, jest potrzebna. Bardzo brakuje analiz, które odrywają się od bieżących spraw i podejmują problemy strategiczne.

Tak dobrze jeszcze nie było

Wciąż trudno przebić się do opinii publicznej z obiektywnymi faktami. Tak wysokiego poziomu rozwoju, jaki obecnie, jeszcze nasz kraj nie doświadczył. Widać to zarówno we wskaźnikach bezwzględnych (PKB na mieszkańca w Polsce to już 29 tys. dol., licząc według parytetu siły nabywczej), jak i względnych – luka rozwojowa (różnica w PKB na osobę) między Polską a Niemcami i USA to obecnie odpowiednio 41 i 51 proc., a jeszcze w roku 1990 było to 69 i 73 proc.

Ten niesamowity postęp trzeba doceniać chociażby przez porównanie z latami międzywojennymi. Polska Powstająca po I wojnie światowej notuje niewątpliwe sukcesy, jak zjednoczenie kraju po 123 latach rozbiorów czy wygranie wojny z bolszewikami w 1920 roku. Jednak z punktu widzenia ekonomicznego nie bardzo jest się czym chwalić.

Mimo budowy Gdyni czy Centralnego Okręgu Przemysłowego, ogólny obraz gospodarczy trudno uznać za pozytywny. 20 lat wolności to głównie kryzysy, bieda, ogromne nierówności społeczne i w sumie tracenie dystansu do cywilizowanego świata. Luka rozwojowa między Polską a Europą Zachodnią w roku 1938 była większa niż w roku 1918.

Obecny poziom rozwoju ma swoje konsekwencje, o których trzeba pamiętać. Przede wszystkim nie można powtarzać niedorzeczności, że tkwimy w pułapce średniego rozwoju. Średni poziom rozwoju na świecie to obecnie PKB per capita około 20 tys. dol., a my jesteśmy znacznie powyżej tego pułapu.

Nawiasem mówiąc, nie ma żadnych dowodów, że takie zjawisko jak pułapka średniego rozwoju w ogóle istnieje. Biorąc pod uwagę nasz obecny poziom rozwoju i fakt, że stale nadrabiamy dystans do najbogatszych gospodarek świata, trzeba jasno stwierdzić, że nasza gospodarka ma przed sobą wyzwania typowe dla kraju stosunkowo wysoko rozwiniętego i nie jest konieczne zasadnicze przyspieszenie tempa wzrostu PKB.

Wzrost na poziomie 4–5 proc. rocznie jest bliski optymalnemu, bo pozwala znacząco podnosić poziom życia. Bezrobocie spada i stopniowo „wyrastamy" z długu publicznego, którego relacja do PKB maleje. W tym samym czasie nie widać napięć w postaci presji inflacyjnej, narastającej nierównowagi zewnętrznej czy zużycia środowiska.

Ci, którzy wskazują, że nasza gospodarka powinna rosnąć w tempie 7–8 proc. rocznie, niech sobie uzmysłowią, że oznacza to podwojenie produkcji w okresie 10 lat. Czy nasz kraj jest gotowy chociażby do podwojenia ruchu na naszych drogach w ciągu 10 lat? Można się spodziewać, że pozytywne efekty tak szybkiego wzrostu dochodu zostałyby zniwelowane przez rosnące korki i smog. Paradoksalnie więc przyspieszenie tempa wzrostu może pogarszać, zamiast poprawiać, jakość życia.

Warto też pamiętać o ostatnim kryzysie – kraje nadbałtyckie, Irlandia czy Hiszpania rozwijały się przez kilka lat bardzo szybko, ale odbywało się to kosztem pogarszania równowagi makroekonomicznej, co skończyło się bolesnym dostosowaniem, czyli głęboką recesją, która sięgnęła na Łotwie czy Litwie 15 proc. PKB w ciągu jednego roku.

Niestety, niewiele jest także głosów doceniających, że nasza struktura gospodarki w ostatnich latach zasadniczo się zmienia na plus. Udział produktów zaawansowanych technologicznie w naszym eksporcie to już 7 proc., a jeszcze w roku 2004 było to tylko 2,7 proc. Na badania i rozwój nasze podmioty publiczne oraz prywatne wydają już ponad 1 proc. PKB wobec 0,55 proc. w roku 2004 i co ważne, już 40 proc. (wobec 30 proc. w roku 2004) tych nakładów jest ponoszonych przez sektor prywatny, więc stałe narzekania na niski poziom inwestycji w badania i innowacyjność u naszych przedsiębiorców na szczęście powoli przestaje być aktualne.

Wyzwań jednak nie brakuje

Można spotkać wiele alarmistycznych głosów, według których malejąca liczba ludności doprowadzi do zapaści gospodarczej, bo braknie rąk do pracy i nie będzie komu finansować wypłat emerytur. Faktycznie, obecne wskaźniki dzietności (liczba dzieci przypadających na „statystyczną" kobietę) wskazują, że nasza populacja będzie się kurczyć, co jest jeszcze potęgowane ujemnym saldem migracji. Nie można jednak przesadzać z czarnymi wizjami.

Poziom życia określa nie ogólny poziom PKB w danym kraju, ale PKB w przeliczeniu na jednego mieszkańca. Malejąca liczba pracowników prowadzić więc musi do zwiększania inwestycji kapitałowych i podnoszenia wynagrodzeń, bo praca będzie dobrem coraz rzadszym. Można więc wskazywać, że faktycznie przyrost PKB na skutek malejącej siły roboczej będzie się zmniejszał, ale w tym samym będzie przyrastał PKB per capita i wzrośnie udział płac w PKB. W sumie więc wolniejszy wzrost (albo nawet spadek krajowego PKB) niekoniecznie musi przekładać się na spadek jakości życia. Jeśli ilość wytworzonego dochodu w przeliczeniu na przeciętnego Polaka będzie się zwiększać i jednocześnie udział płac w PKB się podniesie, to mimo niższego lub wolniej rosnącego PKB będzie nam się żyło dostatniej.

Wspomniane zależności powinny też uspokoić przyszłych emerytów. Nasz system emerytalny opiera się zasadniczo na tzw. zasadzie repartycyjności (dzisiejsi pracownicy finansują bieżące świadczenia dla dzisiejszym emerytów), a moja przyszła emerytura wynika z wysokości wpłaconych przeze mnie składek. Jeśli pracujących będzie w przyszłości mniej, a emeryci będą żyć coraz dłużej, to może powstać duża luka między dochodami i wydatkami ZUS-u. Pamiętajmy jednak o zasadzie zdefiniowanej składki i rosnących płacach w przyszłości – emerytura moja i mojej żony będzie zależeć od tego, ile składek odprowadzimy dziś, a wypłaty tych świadczeń będą finansowane ze składek naszej córki, której wydajność pracy, a więc i płaca, będzie zasadniczo wyższa.

Są wyliczenia wskazujące, że jeśli założymy wzrost wydajności pracy, to nie potrzebujemy 21 dzieci na 10 statystycznych kobiet (taki współczynnik dzietności utrzymuje wielkość populacji na stałym poziomie), aby utrzymać równowagę w gospodarce. Około 15 dzieci na 10 kobiet powinno wystarczyć, więc z demografią nie jest źle, jak się często wskazuje, bo obecnie na jedną kobietę w Polsce przypada około 1,4 dziecka.

Żeby jednak ten pozytywny scenariusz się zrealizował, trzeba zadbać o ucywilizowanie rynku pracy. Przede wszystkim chodzi o upowszechnienie pracy na etacie, co musi oznaczać wyeliminowanie patologii takich jak nadużywanie umów cywilnoprawnych czy samozatrudnienia, czyli sytuacji, gdy płace są dużo mniej „oskładkowane".

Obok więc spektakularnych działań na rzecz zwiększenia dzietności w stylu 500+ czy tzw. emerytury matczynej trzeba się skupić na działaniach prowadzących do wzrostu wydajności pracy i podnoszenia siły przetargowej pracowników. Nie chodzi więc tylko o to, ilu nas będzie w przyszłości pracowało, ale jaka i ile płatna będzie to praca. Tutaj łatwych i szybkich rozwiązań nie ma, bo łączą się kwestie edukacji, badań naukowych, ochrony zdrowia, polityki migracyjnej czy regulacji rynku pracy.

Dla trwałego rozwoju niezbędna jest stabilność makroekonomiczna, na którą składa się równowaga finansów publicznych, przewidywalny i zapewniający konkurencyjność kurs walutowy, niska i stabilna inflacja czy względnie zrównoważony bilans wymiany z zagranicą. Z tego punktu widzenia trzeba poważnie rozważyć wejście do strefy euro, oczywiście przy zapewnieniu optymalnych warunków przyjęcia europejskiej waluty, na co składa się chociażby kurs konwersji złotego na euro, poziom rezerw walutowych, które zostaną wniesione do ECB, czy miejsce narodowego nadzoru finansowego w strukturach tzw. unii bankowej.

Status członka strefy euro nie tylko praktycznie eliminuje ryzyko walutowe i znacznie obniża koszty transakcyjne naszych przedsiębiorstw, ale daje nam udział w podejmowaniu strategicznych decyzji w odniesieniu do kształtu polityki makroekonomicznej prowadzonej na szczeblu UE.

Sposób na niższy dług

Rekordowo niski deficyt budżetowy, który notujemy obecnie (około 2 proc. PKB), jest oczywiście powodem do zadowolenia. Trzeba jednak pamiętać, że jego poziom wynika głównie ze splotu korzystnych okoliczności, takich jak szybki wzrost PKB, malejące bezrobocie i niskie stopy procentowe, a taka sytuacja makroekonomiczna nie jest dana raz na zawsze.

Należy zapewnić stabilność finansów publicznych w całym przebiegu cyklu koniunkturalnego. W okresie wzrostu gospodarczego poziom deficytu i kosztów obsługi długu publicznego nie powinien być wyższy niż nominalny przyrost PKB, bo wtedy relacja dług publiczny/PKB się zmniejsza, więc tworzy się przestrzeń do ewentualnego zwiększenia deficytu, kiedy zwalniająca gospodarka będzie potrzebowała wsparcia.

Ustalenie takiej zależności wymaga przede wszystkim pilnowania wydatków w tzw. dobrych czasach, bo wtedy, kiedy budżet jest w dobrym stanie, pojawia się pokusa, by hojnie wydawać środki publiczne, bo potrzeb przecież nie brakuje. Ze względów politycznych raz przyznanego świadczenia praktycznie nie można zabrać, więc każda nowa kategoria wydatkowa musi być planowana bardzo ostrożnie i warto wpisywać w regulacjach końcowy termin danego programu.

Jeśli takiej daty nie ma, można być pewnym, że taki wydatek zostanie w budżecie „na zawsze", natomiast zbliżanie się do wskazanego terminu w naturalny sposób wymusza debatę nad sensownością i efektywnością danego rozwiązania, więc można przeprowadzić korekty.

Trzeba też unikać stosowania zapisów indeksacyjnych, które powodują samoistny wzrost wydatków, bo tracimy nad nimi kontrolę. Przykładem takiego instrumentu jest propozycja zapisania w prawie, że wydatki na wojsko mają wynosić 2,5 proc. PKB, co powoduje, że w fazie szybkiego wzrostu gospodarczego zamiast „wyrastać" z deficytu będziemy musieli zwiększać wydatki bez względu na faktyczne potrzeby naszego bezpieczeństwa.

Światowe wyzwania

Nie ma raczej wątpliwości, że państwa narodowe będą jeszcze długo zasadniczym podmiotem polityki gospodarczej. Nawet nasza Unia Europejska, która jest przecież przykładem najdalej na świecie posuniętej integracji gospodarczo-politycznej, ma do dyspozycji budżet na poziomie 1 proc. produktu brutto UE, podczas gdy kraje członkowskie wydają w swoich budżetach narodowych nawet 50 proc. PKB.

Trzeba jednak pamiętać, że wielu wyzwań współczesnego świata nie da się rozwiązać na poziomie narodowym. Zapewnienie dochodów publicznych to nie tylko sprawność krajowych służb skarbowych, ale w coraz większej mierze współpraca i koordynacja międzynarodowych działań w ograniczaniu skali unikania opodatkowania, co odbywa się chociażby przez dostęp do tzw. rajów podatkowych. Zmiany klimatyczne są niekwestionowanym faktem i tylko skoordynowana akcja na poziomie światowym może być skuteczna.

Podobnie sytuacja wygląda w zakresie pomocy dla krajów dotkniętych wojnami czy klęskami naturalnymi. Twierdzenie, że nas problem uchodźców nie dotyczy, bo przecież nie mieliśmy nigdy kolonii zamorskich, skąd głównie pochodzą przybysze do Europy, trudno uznać za poważny głos w światowej i europejskiej debacie nad losami świata.

Podsumowując, obecna dobra sytuacja polskiej gospodarki na pewno cieszy i należy doceniać sukces, jaki osiągnęliśmy. Nie brakuje jednak wyzwań. Osiągniętą stabilność finansów publicznych bardzo łatwo popsuć, jeśli ulegać będziemy populistycznym żądaniom i wprowadzimy szereg zapisów, które będą powodować niekontrolowany wzrost wydatków publicznych.

Trwanie przy pieniądzu narodowym jest bardzo ryzykowną strategią wobec widocznej tendencji do tworzenia się jądra Unii Europejskiej skupionego wokół euro. Przenoszenie decyzji w takich obszarach jak polityka klimatyczna czy migracyjna na poziom międzynarodowy nie może być traktowane jak pozbywanie się narodowej samodzielności. Jest raczej pożądaną reakcją na wyzwania, przed jakimi stoi gospodarka świata i Europy.

Prof. dr hab. Jacek Tomkiewicz  pracuje w Akademii Leona Koźmińskiego

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA