fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Tomasz Pietryga o segregacji odpadów: Normy zamiast zachęt

Fotorzepa / Robert Gardziński
Dbania o środowisko nie da się zadekretować. Potrzebne są edukacja i mądra polityka państwa, a obie w Polsce szwankują.

Kiedy przed laty przeprowadzano w Polsce opartą na unijnych przepisach rewolucję śmieciową, mieliśmy dołączyć do ekologicznych prymusów starej Europy. Wdrożone dyrektywy i rozporządzenia miały to zagwarantować. Po latach widać, że papier przyjmie wszystko, gorzej z wykonaniem, zwłaszcza jeśli chodzi o rozwiązania, które miałyby być stosowane powszechnie przez obywateli, takie jak segregacja odpadów.

Barier było wiele. Od braku kultury ekologicznej, nawyków, dźwiganej na plecach spuścizny po PRL, w której takie pojęcia jak ekologia nie istniały. Po absurdalną politykę państwa, a nawet samorządów przekonanych, że wszystko można zadekretować, a kary dla niepokornych załatwią wszystko. Zapominano zwłaszcza na poziomie lokalnym o uświadamianiu, jakie korzyści niesie czyste środowisko, oraz o zachętach do wdrażania proekologicznych rozwiązań.

A z tym nie jest najlepiej. We wtorek w „Rzeczpospolitej" pisaliśmy o problemach samorządów z wdrażaniem zasad segregacji śmieci, mieszkańców trudno zmusić do ich przestrzegania. Na niektórych osiedlach czy blokach pojawiły się nawet błagalne prośby do mieszkańców, aby segregowali.

Tymczasem kilka tygodni temu parlament uchwalił jeszcze ostrzejszą ustawę określającą zasady segregacji, a w ślad za nią nowe opłaty i stawki kar. Nie przejmując się społecznym podejściem do nowych obowiązków.

To niejedyny problem. Równie poważny jest z opłatami za wywóz śmieci. Likwidacja konkurencji wśród firm śmieciowych i wprowadzenie mikromonopoli dekretowanych przez gminy doprowadziły z czasem do wywindowania cen za te usługi. W efekcie opłaty za śmieci w ciągu kilku lat wzrosły trzy-, a nawet czterokrotnie. Uderza to zwłaszcza w rodziny wielodzietne, które muszą płacić nawet po 200 zł miesięcznie za wywóz segregowanych odpadów. W podwyżkach przodują niektóre podwarszawskie miejscowości, których nieudolne władze nie potrafią sobie z reformą poradzić, przerzucając jej koszty na mieszkańców. Problem w tym, że tego rodzaju polityka spowoduje, że mniej zamożni obywatele zaczną unikać systemu wywozu i segregacji śmieci, a te znów mogą trafiać do lasów.

Szkoda że Sejm, długo pracując nad ustawą, nie zauważył tego problemu. Z uporem wdrażając kolejne dyrektywy i wyśrubowane normy segregacji, nie zauważył, że za plecami wyrasta mu nierozwiązywalny problem.

Zapomniano też o edukacji i zachętach. W fińskim Lahti, aby przekonać mieszkańców do bycia eko, wprowadzono specjalną aplikację na telefony mierzącą, ile zanieczyszczeń wytwarza dana osoba. Uwzględnia ona informacje o tym, jak często korzysta on z samochodu, jakie produkty w opakowaniach plastikowych kupuje. Aplikacja jest dobrowolna, a dane zbierają miejscowe władze, aby bardziej spersonalizować politykę ekologiczną. A co z tego mają obywatele? Oprócz zdrowszego środowiska również różnego rodzaju rabaty, bonusy i zniżki za bycie eko. Pilotażowy program się sprawdza. Może więc warto, rozpoczynając rewolucję, przyjrzeć się, jak radzą z nią sobie inni.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA