fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Białostocka bitwa w wojnie kulturowej - komentuje Tomasz Pietryga

W zderzeniu dwóch światów – konserwa-tywnego i postępowego – chuligani nie są kluczowi. Po Marszu Równości znajdą sobie inne preteksty do zadym (na zdjęciu zamieszki w Białymstoku, 20 lipca 2019)
AFP
Uproszczeniem jest patrzenie na to, co się stało w Białymstoku, przez pryzmat agresywnych kiboli czy bieżącej polityki.

Na jednym z zamieszczonych w sieci amatorskich filmów z sobotnich zajść w Białymstoku jest fragment pokazujący wiernych klęczących przed katedrą podczas mszy. Kilkadziesiąt metrów dalej, jakby w tle, rozgrywa się zadyma. Agresywni chuligani, którzy atakowali uczestników Marszu Równości, uciekają przed policją. Słychać odgłosy wystrzałów, a nad zbiegowiskiem unoszą się kłęby gazu łzawiącego i dymu z petard. Rozróba trwa, a niektórzy zadymiarze wbiegają między modlących się ludzi, szukając schronienia. Marsz Równości z tęczowymi flagami brnie w tym czasie naprzód.

Jakby dwa światy, dwie planety zatrzymały się obok siebie. Z jednej strony postępowy marsz, który niesie na sztandarach hasła tolerancji, legalizacji związków partnerskich, poszerzonego modelu rodziny, płynnego rozumienia płci. Z żądaniami: uznajcie, przyjmijcie nasze reguły, nasze rozumienie świata. Z drugiej strony rytuał nabożeństwa. Taki sam od lat, dekad czy stuleci. Zmieniają się tylko pokolenia wiernych. Tradycyjne rozumienie małżeństwa i rodziny pozostaje niezmienne.

Naziolskie łatki

W tym zderzeniu światów – patrząc na całą sprawę szerzej – agresywni kibole, którzy stali się głównymi bohaterami sobotnich zajść, nie są istotni. Dziś bili „pedałów" i „zboczeńców", za tydzień pobiją „żydów", kibiców konkurencyjnej drużyny, a za parę miesięcy przywdzieją narodowe szaty z symbolami Polski Walczącej, by dołączyć do Marszu Niepodległości, szukając okazji do burd. Ku uciesze lewicowych mediów i komentatorów, którzy pokażą palcem: patrzcie, oto prawdziwa twarz polskiego patriotyzmu, antysemicka, naziolska, tolerowana przez władze. Skrzętnie pomijając przy tym fakt, że dla agresywnych półgłówków w szalikach każda okazja do zadymy jest dobra.

Takie proste, choć nieuczciwe budowanie obrazu świata jest wygodne. Łatwo bowiem skompromitować lub przykleić „naziolską" łatkę każdemu. Także Kościołowi i jego kapłanom chwalącym obronę tradycyjnych wartości. Pytać, co to za wartości, których obrońcą jest agresywna żulia. I jakież to dobro niesie Kościół, skoro głaszcze po głowach młodocianych bandytów.

Jak łatwo wyśmiać, wyszydzić patriotyczne postawy, celebrowanie ważnych świąt i rocznic, oceniając je jedynie przez pryzmat agresji osiłków w klubowych szalikach. Jak łatwo postawić wtedy znak równości między „naziolami" a tymi, którym losy państwa, kwestia historii i pamięci nie jest obojętna.

Tyle że jeżeli między „naziolami", kibolami, patriotyzmem i Kościołem można postawić znak równości, to co z milionami wiernych wyznających naukę Kościoła daleką od przemocy i agresji? Co z dziesiątkami tysięcy harcerzy, członków drużyn strzeleckich, żołnierzy obrony terytorialnej, wreszcie milionami tych, którzy wywieszają flagi w narodowe święta po to, by pamiętać i przekazać pamięć następnym pokoleniom? Czy można na tych ludzi patrzeć jak na kiboli?

Zrobić z Polski Hiszpanię

W sprawie białostockiej grubą linią trzeba oddzielić dwie kwestie: burdy wszczynane przez kiboli i białostocką żulię oraz trwającą w Polsce wojnę kulturową. Może podgrzewaną i wykorzystywaną w prekampanii wyborczej, jednak to nie z powodu wyborów do takiego starcia kulturowego obecnie w Polsce dochodzi. To postęp cywilizacyjny i europejskie trendy trafiły do nas z otwartego i liberalnego świata.

Nowe idee chłoną kolejne młode pokolenia, które już w wolnej Polsce wchodzą w dorosłe życie, mając wpływ na rzeczywistość polityczno-społeczną. Dla nich liberalna rzeczywistość jest nierzadko bardziej atrakcyjna niż konserwatyzm rodziców. To właśnie zastępy młodych dorosłych są paliwem dla ruchów kulturowej rewolucji.

Gra toczy się o przedefiniowanie rzeczywistości w Polsce. Trochę według hiszpańskiego, trochę irlandzkiego wzorca; w tych krajach słabnący, targany złą historią lub aferami pedofilskimi Kościół oddał pole rewolucji światopoglądowej. Inne definiowanie małżeństwa, rodziny, edukacji, tolerancji czy płciowości było tego konsekwencją. Stało się zdobyczą nowego ładu, pilnowaną przez prawa i instytucje. Ten liberalny prąd dotarł do Polski, zderzając się z ukształtowanym, dość silnym polskim konserwatyzmem, przywiązaniem do tradycyjnych wzorców rodziny, z uprzywilejowaną rolą Kościoła w społeczeństwie.

Wiązanie tego z kibolami to uproszczenie. Podobnie jak szukanie w tym zjawisku jedynie doraźnego paliwa dla wyborczego starcia. Spór trwa od dawna, choć dziś nabiera nowej dynamiki. W krajach o konserwatywnych tradycjach to starcie musi być bolesne, a jego wynik jest wciąż niepewny.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA